|
Smutny jest świat zbieraczy złomu. Chodzą ludziska całymi dniami
pchając swe wózki pełne żelastwa. Nie lubią ludzkich spojrzeń. Nie lubią
też chłodnych i deszczowych dni. Czasem, gdy uda się dobrze zarobić, idą na
tanie wina. Wspominając lepsze czasy, piją. Bywa że długo. Dwa lub trzy dni.
Ci o których chcę napisać, byli dobrymi ludźmi. Niestety jak większość
dobrych ludzi, mieli pewną skłonność do alkoholu.
- Franek, lubisz patrzeć w słońce? - spytał łysawy gość
swego kompana.
- Tylko kiedy piję.
A ja nie lubię słońca. Pali jak alpaga - skwitował Marek Betko
dopijając piwo.
Obaj leżeli na małej polanie. Tuż obok rozciągał się parkan
cmentarza. Wkoło nich rosły młode świerki. Delikatny zapach żywicy unosił
się w powietrzu. Wiosenne promienie słońca przedzierały się mozolnie przez
zachmurzone niebo.
- Bedko, skoczysz do sklepu po wino?
- Jeśli sprawa jest nagląca, oczywiście!
-
Sprawa wina to priorytet!
-
Jeśli tak to idę.
Bedko
z mozołem podniósł się z ziemi. Rozprostował obolałe kości i podrapał się
po plecach. Potem spojrzał na Franka i roześmiał się szczerze.
- Upodliłeś się tym winem jak zwierzę - mówił
cały czas śmiejąc się.
- I oto Polska walczyła - odpowiedział Franek
przewracając się na drugi bok
- Wiesz co, chyba na razie damy sobie spokój z tym winem.
- Czemu? - spytał Franek z żałością w
głosie
- Będzie to jakiś pogrzeb- mówił Bedko patrząc na
pobliską drogę-widzę księdza i trumnę.
- No i co z tego?
- Niefartowna
sytuacja,lepiej będzie przeczekać.
Kondukt
pogrzebowy poruszał się leniwie. Stare kobiety zawodziły kościelne pieśni.
Po skroniach mężczyzn niosących trumnę spływały krople potu. Bedko i
Franek przykucnęli przy ogrodzeniu, tak aby nie było ich widać.
- No i co teraz panie Marku? - spytał Franek.
- A co ma być? Posłuchamy co trupowi na do widzenia powiedzą.
- A co tam mu mogą powiedzieć-mamrotał ziewając Franek -
rachu ciachu i do piachu.
Po kilku minutach ostatniej drogi trumna z nieboszczykiem spoczęła na
deskach ułożonych w poprzek dołu. Młody, szczupły ksiądz rozpoczął pożegnalną
mowę. Trwało to dość długo. Bedko i jego kolega Franek wsłuchiwali się
ciekawie schowani za parkanem. Padło w tym przemówieniu wiele pięknych słów.
Było o wiekuistej szczęśliwości, o doczesnych cierpieniach i wierze, która
pozwala ludziom nigdy nie tracić nadziei . Na koniec kaznodzieja powiedział:
„Żegnamy cię Piotrze! Miałeś złote serce”. Franek zadrżał z
podniecenia.
- Słyszałeś? - wyszeptał do Bedki - „złote
serce”!
- To blef-skomentował Marek
- A jeśli nie?
- A jeśli nie...,to musimy tutaj w nocy zajrzeć.
Gdy
ciemność okryła cmentarz, dwaj zbieracze złomu pojawili się znowu. Tym
razem zamiast butelek nieśli dwie łopaty i długi wojskowy bagnet. Bez słowa
zabrali się do ciężkiej pracy. Po godzinie dokopali się do trumny. Przez
następnych kilka minut siłowali się z wiekiem. W końcu ustąpiło.
- Kto to zrobi? - spytał lękliwie Franek.
- Ja-odpowiedział Bedko - ty przyświecaj mi latarką.
Operacja
na trupie nie trwała długo. Marek sapiąc ciężko wyciągnął z klatki
piersiowej nieboszczyka szczero złote serce. Radości nie było końca.
Zbieracze złomu musieli się nawzajem uciszać.
- Jesteśmy bogaci! - darł się Franek.
- Tak, jesteśmy... - powtarzał Marek trzymając w
uniesionej dłoni złoty skarb.
- Co teraz będziemy robić? Może pojedziemy na wyspy!
Bedko
zamyślił się. Pogładził dłonią swoją łysinę, a potem delikatnym głosem
przemówił do Franka:
Wiesz. jest tyle biedy na świecie. Tyle dzieci nie ma rodziców. Sądzę,
że teraz możemy im pomóc.
Franek
zalał się łzami rozpaczy. Potem powiedział głosem pozbawionym radości i
jakiejkolwiek nadziei:
Bedko! Ty masz k..., złote serce!
|