Staszek Studziński

Złote serce

(C)

 

        Smutny jest świat zbieraczy złomu. Chodzą ludziska całymi dniami pchając swe wózki pełne żelastwa. Nie lubią ludzkich spojrzeń. Nie lubią też chłodnych i deszczowych dni. Czasem, gdy uda się dobrze zarobić, idą na tanie wina. Wspominając lepsze czasy, piją. Bywa że długo. Dwa lub trzy dni. Ci o których chcę napisać, byli dobrymi ludźmi. Niestety jak większość dobrych ludzi, mieli pewną skłonność do alkoholu.

        -   Franek, lubisz patrzeć w słońce? - spytał łysawy gość swego kompana.

        -   Tylko kiedy piję.

        A ja nie lubię słońca. Pali jak alpaga - skwitował Marek Betko dopijając piwo.

        Obaj leżeli na małej polanie. Tuż obok rozciągał się parkan cmentarza. Wkoło nich rosły młode świerki. Delikatny zapach żywicy unosił się w powietrzu. Wiosenne promienie słońca przedzierały się mozolnie przez zachmurzone niebo.

        -   Bedko, skoczysz do sklepu po wino?

        -   Jeśli sprawa jest nagląca, oczywiście!

-  Sprawa wina to priorytet!

-  Jeśli tak to idę.

Bedko z mozołem podniósł się z ziemi. Rozprostował obolałe kości i podrapał się po plecach. Potem spojrzał na Franka i roześmiał się  szczerze.

        -   Upodliłeś się tym winem jak zwierzę  -  mówił cały czas śmiejąc się.

        -   I oto Polska walczyła -  odpowiedział Franek przewracając się na drugi bok

        -   Wiesz co, chyba na razie damy sobie spokój z tym winem.

        -    Czemu?  -  spytał Franek z żałością w głosie

        -    Będzie to jakiś pogrzeb- mówił Bedko patrząc na pobliską drogę-widzę księdza i trumnę.

        -   No i co z tego?

        -   Niefartowna sytuacja,lepiej będzie przeczekać.

Kondukt pogrzebowy poruszał się leniwie. Stare kobiety zawodziły kościelne pieśni. Po skroniach mężczyzn niosących trumnę spływały krople potu. Bedko i Franek przykucnęli przy ogrodzeniu, tak aby nie było ich widać.

        -   No i co teraz panie Marku? - spytał Franek.

        -   A co ma być? Posłuchamy co trupowi na do widzenia powiedzą.

        -   A co tam mu mogą powiedzieć-mamrotał ziewając Franek - rachu ciachu i do piachu.

        Po kilku minutach ostatniej drogi trumna z nieboszczykiem spoczęła na deskach ułożonych w poprzek dołu. Młody, szczupły ksiądz rozpoczął pożegnalną mowę. Trwało to dość długo. Bedko i jego kolega Franek wsłuchiwali się ciekawie schowani za parkanem. Padło w tym przemówieniu wiele pięknych słów. Było o wiekuistej szczęśliwości, o doczesnych cierpieniach i wierze, która pozwala ludziom nigdy nie tracić nadziei . Na koniec kaznodzieja powiedział: „Żegnamy cię Piotrze! Miałeś złote serce”. Franek zadrżał z podniecenia.

        -  Słyszałeś? - wyszeptał do Bedki  - „złote serce”!

        -  To blef-skomentował Marek

        -  A jeśli nie?

        -   A jeśli nie...,to musimy tutaj w nocy zajrzeć.

Gdy ciemność okryła cmentarz, dwaj zbieracze złomu pojawili się znowu. Tym razem zamiast butelek nieśli dwie łopaty i długi wojskowy bagnet. Bez słowa zabrali się do ciężkiej pracy. Po godzinie dokopali się do trumny. Przez następnych kilka minut siłowali się z wiekiem. W końcu ustąpiło.

        -   Kto to zrobi? - spytał lękliwie Franek.

        -   Ja-odpowiedział Bedko - ty przyświecaj mi latarką.

Operacja na trupie nie trwała długo. Marek sapiąc ciężko wyciągnął z klatki piersiowej nieboszczyka szczero złote serce. Radości nie było końca. Zbieracze złomu musieli się nawzajem uciszać.

        -    Jesteśmy bogaci! - darł się Franek.

        -   Tak, jesteśmy... - powtarzał Marek trzymając w uniesionej dłoni złoty skarb.

        -   Co teraz będziemy robić? Może pojedziemy na wyspy!

Bedko zamyślił się. Pogładził dłonią swoją łysinę, a potem delikatnym głosem przemówił do Franka:

        Wiesz. jest tyle biedy na świecie. Tyle dzieci nie ma rodziców. Sądzę, że teraz możemy im pomóc.

Franek zalał się łzami rozpaczy. Potem powiedział głosem pozbawionym radości i jakiejkolwiek nadziei:

        Bedko! Ty masz k..., złote serce!

      

 

 KU STRONOM STRYCHOWYM