Staszek Studziński

Cykler - czyli mroczne dziedzictwo swaroga

(C)

 

H.BoschOd kiedy Stiopa zbudował w swojej szopie perpetuum mobile czas mu się dłużył a przejściowe stany migreny dawały o sobie znać co raz częściej .

- Co jeszcze mógłbym zrobić ? - myślał zawzięcie . Czekał przy swoim płocie na Lizawietę Nikołajewną . Dwa , nieraz trzy razy w tygodniu kobicina przynosiła mu do domu zamówione zakupy .

Grzebiąc szpicem swojej drugiej laski ; która od pierwszej odróżniła się kształtem i wyrafinowaną rękojeścią , tłukł się z myślami .

- Tego się nie da zatrzymać - bździło się nikłe światło oświecenia w głowie Stiopy - a skoro postęp techniki stał się nieuchronny muszę doprowadzić to do samego końca aby wiedzieć czy świat wytrzyma ciśnienie technicznej rewolucji .

Lizawieta nadchodziła powoli . Zapach świeżego salcesonu i chleba rozprzestrzeniał się niepostrzeżenie po wsi . Wszystkie burki wydawały się rozdrażnione i z ich zajadłego szczeku można było czytać jak z unijnych dyrektyw :

„ Oddaj salceson cholero ! cholerooo ! Salceson oddaj . . . ! Oddaj cholero !”

- Stiopa , salceson przyniesłam .

- Dziękuję Lizawieta . Szczerze Ci dziękuję .

- A co tam Stiopa znowu robisz w tej szopie ?

Stopia od kiedy po raz szósty obejrzał „Siedemnaście mgnień wiosny” stał się wobec świata jakby miej ufny . Jakiś duch kazał mu mówić dużo i rzadko na temat . Było w pytaniach Lizawiety wiele smrodliwego spisku który , jak mniemał Stiopa , uknuła z sołtysem - Czerwonym Jurijem -znanym „gazownikiem” i bandytą .

- A , nic takiego , silnik od krajzegi naprawiam

- Trzy dni naprawiasz ?

- A tak . Zepsuty był . A powiedz mi Lizawieta - podejrzliwość rosła w głosie Stiopy jak świeże drożdże - a zapałki przyniesłaś ?

- Nie . Zapomniałam . Pójdę i przyniesę .

- Zaczekaj Lizawieta . A wczoraj kto był u ciebie w nocy ?

- Nikt .

- Ale chyba ktoś był , piętnaście minut było przed drugą; wychodziłem i światło się u ciebie paliło przed domem .

Lizawieta traciła całą pewność siebie . Gra robiła się niebezpieczna .

- A tak ,przypomniałam sobie . . . Wychodziłam , psy szczekały .

Stiopa pogrzebał delikatnie pierwszą laską w ziemi . Gleba była miękka , zbita jesiennym deszczem . „Aha” - powiedział Stiopa , a tembr jego głosu wydawał się łamać żelbetonowe ściany , kasyn oficerów kontrwywiadu . Patrzył w dół . Wiedział , że zanim odejdzie musi powiedzieć coś takiego . . . Ciężko to było określić . To musiało być coś mocnego i kpiącego . Coś takiego żeby Jurij który mieszkał dwie chałupy dalej mógł to usłyszeć i zesrać się ze strachu . No , przynajmniej analizować słowa Stiopy w długie , chłodne , jesienne wieczory .

- Lizawieta !

- No ?

- Psy mogą szczekać - mówił Stiopa powoli , głosem silnym i trudnym . Tak jak uczyli go oficerowie polityczni podczas akcji - „Mroczne dziedzictwo Swaroga” - bylebyśmy tylko my nie szczekali .

Jurij nie słyszał . Leżał otumaniony alkoholem w swojej stodole . Słyszał kto inny , sąsiad z naprzeciwka - Zygmuncik . Zimne ciarki przeszły go po plecach a sucha twarz stwardniała złością . Ułamek sekundy zajęło mu odblokowanie kieszonkowego telefonu . Mówił do kogoś długo , bardzo długo . Nabrzmiałe z zimna usta przebierały słowami szybko , jak migawki szpiegowskich aparatów .

Czas naznaczał się wilgotnym i wietrznym tchnieniem zbrodni .

Stiopa wrócił z zakupami do swojej chałupy . Cały czas myślał , myślał bez przerwy . Czasem przychodziły mu do głowy wiersze romantyków których uczył się niegdyś na pamięć . Tak , lubił swoje szkolne wspomnienia . I tylko czasem kiedy myślał zbyt intensywnie o naprawianiu świata , mylił czasem „Młode lwy” z „Jak hartowała się stal”.

Poza tym nie popełniał już żadnych błędów , a „ szkieletów ludy’ zamierzał tępić i przeklinać do utraty tchu . Tak samo jak robili to jego przodkowie o charakterach tak ciemnych jak lakiery pierwszych Fordów .

Oszustwo z niedowagą salcesonu było proste do wykrycia . Stiopa domniemywał oszustwa na dwa sposoby : wzrokowo i poprzez fizyczne uniesienie które w słowniku wynalazców znaczy tyle co podniesienie dłonią wędliny na wysokość wagowych określeń .

- Złodzijka - syknął , a z zaciśniętego w ręce salcesonu sos wypłynął . Reakcja musiała być natychmiastowa , wyrafinowana , miażdżąca . Stiopa nienawidził oszustów od wczesnego dzieciństwa . Nie potrafił opanować swojej złości , a bluźnierstwa których zwykł w takich sytuacjach nie reglamentować powodowały , że watahy wróbli uciekały z wrzaskiem z pobliskich harmenzi bzów , a woda w miednicy robiła się ciężka .

- To jest dwa kilo , to jest k...dwa kilo ! - nienawiść płynąca z jego słów wydawała się nieokiełznana . Miotał swym niespokojnym spojrzeniem po wszystkich kątach szukając choćby jednego powodu dla którego miałby jeszcze odkładać krwawą wendettę ; zaplanowaną niegdyś drobiazgowo . Potrzebował tylko jednego - niepodważalnego dowodu . Jak zawsze w szopie znajdowało się wszystko czego potrzebował ; tym razem była to waga . Waga była i to był fakt niepodważalny lecz od kiedy Stiopa zaprzestał hodowli cieląt na handel , na jej szali oblepionej stęchłym ziarnem pasły się myszy i odważne szczury . Pamiętna była to waga , znająca czasy wielkiego rozkwitu i niekończących się spraw w sądach wszelkich instancji . Z rozrzewnieniem Stiopa wspominał nieraz czasy kiedy szykowali się z swoim ojcem na rozprawy o wyoraną przez bandę Jurija miedzę . Najpierw czyścili oficerki , potem zakładali wojskowe płaszcze a w ich kieszenie kładli ciężkie , kowalskie młotki . Ostatnim etapem było ważenie . Zarówno Stiopa jak i jego ojciec swe potężne cielska traktowali z należnym szacunkiem . Żyli par excellence - tak więc ciężar gatunkowy zawsze był na odpowiednim poziomie . Do autobusowego przystanku szli w zwartym szyku . Milczący . Na ogół kiedy wychodzili ze swej chałupy padał deszcz ; tata Stiopy uważał ,że prochowe płaszcze lepiej wyglądają w strugach deszczu .

Sprawy na ogół były przegrane , młotki poplamione z fragmentami owłosienia na obuchach , a Stiopa wydawał się niepocieszony . W kodeksie karnym nie był już tak biegły jak w prawie agrarnym .

I teraz , kiedy wychodził z swojej chałupy , nie miał już wątpliwości - grona gniewu dojrzały . Drogę zastąpił mu jego pies „Wicher” - znany we wsi miukacz i pogromca kretów . Robił to co potrafił najlepiej - merdał wesoło ogonem i miukał rozdziawiając zarośniętą mordę w psim uśmiechu .

- WEK !!!!! - zaryczał Stiopa . Coś we wsi zadrżało . Dudniące echo drażniło małżowiny Jurija co powstał z upadku i upodlenia , Zygmuncika który w zdenerwowaniu zbyt głęboko opuścił ostrze siekiery na rozdygotany biegiem - kamień szlifierski . Giganci budzili się ze snu , a Stiopa jeszcze tego nie rozumiał .

Z salcesonem było tak jak podejrzewał , brakowało dwudziestu pięciu deko .

Zawył ze złości Stiopa . Miukacz położył się cicho na klepisku , tuż obok ściany z sosnowych obladrów nie miukając wcale . Patrzył na swego pana podejrzliwie .

Stiopa nie przebierał w środkach . Postanowił nie korzystać z konwencjonalnych metod . Człowiek który zbudował perpetuum mobile nie mógł , ot tak po prostu , użyć do swej zemsty narzędzi tak lapidarnych jak dębowy drąg lub siekiera . To musiało być potężne , karzące jak otchłań , a z drugiej strony proste , bezpretensjonalne . Cykler. Tak , cykler to było to czego potrzebował . Maszyna gniła od dawna w skrzyni pomiędzy sznurkami od snopowiązałki i przetartymi końskimi kantarami oraz innymi elementami uprzęży z czasów młodości ojca Stiopy . Maszyna do podróży w czasie - Cykler. Nie wynalazł Stiopa bardziej karzącego urządzenia .

Mało rozumiał z tego wszystkiego miukacz . Powietrze z obracającego się perpetuum mobile chłodziło jego psią mordę . Czekał . Salceson był blisko , bliżej niż cokolwiek tego dnia .

- gdzie uderzyć ? - myślał Stiopa , wycierając sporej wielkości urządzenie śmierdzącą pakułą . Spopielona fragmentami i oleista ściera lepiła się do rąk . Jeśli zaskoczę Lizawietę w sklepie to może być za mało . Przestraszy się tylko i powie , że się jej pokręciło w głowie , że waga jest zepsuta albo jeszcze co innego . To musi być coś mądrego .

Stiopa wydawał się spokojniejszy . Drapał się od czasu do czasu w siwą głowę .

Gorycz upodlenia ustępowała miejsca , na jego twarzy poczęły się pojawiać pierwsze błyski mściwego ukojenia .

- Kiedy jej powiedziałem o salcesonie ? - myślał Stiopa na głos - wczoraj ? Nie . Przedwczoraj . Tak to było w środę , pamiętam , Zygmuncik przejeżdżał na rowerze . Od Zbyśka jechał pijany . Chyba do sklepu po wino .

Zbysiek nie należał do grona miłych ludzi . Rzadko można było go we wsi zobaczyć , a jeśli już to z fuzją i po zmroku . Jedynym człowiekiem który widział Zbyśka za dnia był Zygmuncik , ale skoro Zygmuncika nikt nie widywał po zmroku ludzie na ogół zastanawiali się nad innymi sprawami , niż krwawe przymierze tych dwóch facetów . Jedyną pewną rzeczą były bliskie koligacje pomiędzy Zbyśkiem i Zygmuncikiem oraz ich zasadnicza skłonność do alkoholowych tortur oraz plutonów egzekucyjnych .

Stiopa był już gotowy . Szopa wypełniła się snopem niebieskich iskier ze styków hiperkondensatora , poszarzało w stodółce .

Kiedy miukacz po raz trzeci zamiukał , wierzeje czasu poczęły się pojawiać i ze zgrzytem otwierać . Stiopa choć nie znał strachu , poczuł zimne krople potu spływające po twarzy . Dawno już tego nie robił ; zaczął nawet trochę żałować , że wyciągnął tego cholernego cyklera . Na odwrót było za późno , z szarzyzny poczęła się wyłaniać postać wajdeloty .

- Witaj - zagwizdał wajdelota na wierzbowej fujarce

- Miu , miu - odpowiedział „Wicher”

- Do budy ! - zarepetował Stiopa i mechanizm czasu nabrał wolnych obrotów .

Wajdelota wyglądał jowialnie i śmierdział straszliwie. Nawet Stiopa nawykły do hardych zapachów które często gościły w jego chałupie , nie mógł znieść drażniącej woni .

- Śmierdzisz jakbyś się wytarzał po wszystkich oborach na przestrzeni dziejów - wymamrotał Stiopa zatykając usta i nos dłonią .

- I są mądrzy ludzie którzy uważają , że powinno się tobie zabrać te cholerne urządzenie - odpowiedział spokojnie wajdelota . Pogrzebał chwilę w kieszeni swojej kurtki ze skóry rysia , aby odnaleźć paczkę „miękkich” Marlboro .

- Daj ognia Stiopa

Stiopa wskazał lewą ręką iskrzący styk kondensatora nie odklejając drugiej dłoni od twarzy .

- W życiu nie widziałem tak głupiej zapalniczki - mamrotał wajdelota przypalając papierosa - no , może oprócz porcelanowego nocnika Ludwika XIV. No to dokąd Stiopa ?

- Dwa dni wstecz , przy moim płocie . A potem sklep . . .

- I są mądrzy ludzie ... , ale to już nie ważne Stiopa . Wchodź .

Zaryczały północne wichry nad słomianą strzechą stodółki . I choć miukacz miukał , nikt już tego nie słyszał . Ciemne sprawy poczęły się toczyć w stodółce i nawet odważne szczury w mig zrozumiały , że nie warto być świadkami kolejnej odsłony hiperparanoicznego pomysłu Stiopy . Wierzeje czasu zamykały się . Zawiasy nie smarowane od wieków zaskowyczały straszliwie . Pochłonął śmiałego Stiopę ocean tajemnic

* * *

Nie było już na co czekać . Wiedział o tym zarówno czerwony Jurij jak i Zygmuncik . A najlepiej wiedziała o tym Lizawieta . To właśnie ona miała zadanie inwigilacji stodółki Stiopy . To o czym dowiedziała się Lizawieta Nikołajewna , Zbysiek myśliwy skrzętnie analizował w swoim kapowniku . Ostatni wpis świadczył , iż atak na posesję Stiopy jest nieunikniony i nastąpi w bliskim terminie :

„ Stiopa ma już takie urządzenie , że może każdą robotę zrobić na wczoraj . Nie jesteśmy tego pewni , ale Tośkowa czarownica sądzi nawet , że na przedwczoraj . Z ostatnich doniesień Lizawiety wynika , że zbudował coś nowego . Takie coś , każdą sprawę może tym odkręcić bez angażowania żadnych środków . Teraz miedzę musimy wyorywać na jutro , żeby nie wpaść na Stiopę skoro opanował mechanizm czasu .

Z tego wynika , że nic nie robimy !!!Skoro wszystko jest na jutro . . .

Tak dalej być nie może ! Atak jest nieunikniony !!!”

Choć Wicher nie należał do groźnych psów , lubił go każdy . Przyciągała ludzi do niego ta szczególna zdolność miukania . Nawet Stiopa który z psami na ogół się nie patyczkował , też czuł do tego kudłatego psiaka jakiś szczególny sentyment . Dzieci rzucały mu czasem cukierki po których długo i namiętnie miukał , ale tylko Stiopa wiedział , że ten pies nie był tak delikatny na jakiego wyglądał . Któż oprócz niego rzucił wyzwanie panom podziemnego świata - kretom . Nikt . Jak się okazało , także wierzeje czasu nie zdołały się oprzeć temu wścibskiemu psu . Nie pierwszy już raz włożył zarośniętą mordę tam gdzie nie potrzeba , oblizując się przy tym i przełykając ostatni kęs salcesonu .

Wajdelota poczuł zimny powiew przeciągu . Zanurzywszy się w głębokim fotelu czesał swoje kudłate włosy drucianą szczotką . Rozkoszował się smakiem kubańskiego cygara .

- Znowu ten cholerny duch zimnej wojny - zaklął i splunął siarczyście na lśniącą alu podłogę swego „ czasowego” biura .

 

* * *

 

Zbysiek już od rana czynił przygotowania do rewolty . Z szuflady dużego biurka w kolorze ciemnego dębu dobierał ładunki do swojej fuzji „dwunastki” . Wyciągnął około dziesięciu sztuk w kolorze czerwonym z rysunkiem dzika na łuskach . Rozłożył je w dwu równych częściach i wrzucił do obu kieszeni swoich sportowych spodni .

Nie był do końca przekonany czy to wystarczy . Dołożył więc pięć sztuk fioletowych ze znakiem mamuta oraz jeden bezbarwny z rysunkiem Brachiozura .

Był już kompletnie przygotowany kiedy z telefonu komórkowego odezwał się sygnał zgłoszenia . Muzyka z „Operacji piorun” z Bondem w roli głównej poderwała Zbyśka na równe nogi . Spojrzał na wyświetlacz - „ Zygmuncik” !

Nim wcisnął przycisk „yes” z tajnego schowka wyjął książkę kodów , zapalił papierosa i zgasił silnik traktoru stojącego na podwórzu .

Wszyscy wiedzieli , że Zbysiek to ciemny typ bez skrupułów . Tylko nieliczni , na ogół nieżyjący , utożsamiali go z melomanem .

 

- Nooo - zagrzmiał Zbysiek

- To ja - skonstatował Zygmuncik

- Wiem .

- Gdzie jesteś Zbysiek ?

- Za rzeką , w cieniu drzew .

- Rozumiem , ja ze swojego okna widzę wzgórza jak białe słonie

- A ja - mówił Zbysiek przykładają do oczu wojskową lornetkę - widzę .. , bohatera naszych czasów

- Ty nim jesteś mistrzu - podlizywał się Zygmuncik .

- Dziś będzie u mnie uczta , przyjdziesz ?

- I tego się obawiałem - mamrotał Zygmuncik

- Nie narzekaj tylko przyjdź , ja również nie lubię bronić Sokratesa ale pamiętaj , że słońce też wschodzi .

- A kto będzie ?

- Ja , chłopcy z placu broni , trzy siostry , lolita . . .

- I ONA TEŻ !

- Tak . Zamknij się i pozwól mi skończyć . Więc będzie lolita , Martin Eden , dzieci kapitana Granta , żona gajowego , dama kameliowa , pani

Bovary , mistrz i małgorzata , buszujący w zbożu , Szymon muzykant ,cno i oczywiście Buddenbrookowie i lord Jim .

- Ja wszystko rozumiem , nawet Lolitę , ale Jim . Ja go nienawidzę - zawył Zygmuncik .

- A co , miałem go zostawić w jądrze ciemności ? Ty nawet nie wiesz jak on się boi Wirginii Woolf i jeszcze ten portret . . .

- Jaki portret ?

- Doriana Graya . Od czasu tej kradzieży pogrążył się w mroku czekając na Godota

- No dobrze , ale nie róbmy targowiska próżności ! - ripostował Zygmuncik

- Zamknij się !!!- zaryczał Zbysiek - Bilard o wpół do dziesiątej ! Zabierz blaszany bębenek . Sztukmistrz z Lublina przyjedzie wozem ognistym razem z kobietą z wydm . Kapitan z Kopenick wyciągnie cię człowieku bez właściwości z kłębowiska żmij i wrócisz do źródeł czasu drogą tytoniową z użyciem tramwaju zwanego pożądaniem !

- Wolałbym nocny lot - zagaił Zygmuncik - ale skoro uważasz , że tak będzie lepiej . . .

- Nie rozumiesz durniu , że światłość w sierpniu jest za duża by podróżować do kresu nocy !!!

- A więc to się stanie kiedy powróci Filip Latinowicz ?

- Tak . Wojna światów .

- Czy to konieczne ? - z łzami w oczach pytał Zygmuncik

- Tak do cholery ! To już koniec starych czasów . Nie będziemy dłużej nadzy wśród wilków a cichy don odezwie się pieśnią motoru .

- A więc proces . . . , gdzie się odbędzie ? - spytał uduchowiony Zygmuncik .

- Salem!!!

- Szalom ! - odpowiedział Zygmuncik i odłożył delikatnie słuchawkę telefonu .

Nerwowo otarł krople potu z bruzdowatego czoła . Nim zaczął niuchać w książce kodów w poszukiwaniu rozwiązania zagadki Zbyśka , chlapnął sobie sto gram wódki na odwagę . Po godzinie mozolnej pracy zapisał na kartce swego notesu odkodowany tekst :

„ Spotykamy się dziś o 19-ej przy stodółce Stiopy . Zabierz koktajle mołotowa !”

 

* * *

Deszcz padał od dwóch dni z krótkimi przerwami . Już wczesne popołudnia były szare i smutne . Rzadko po wiejskiej drodze przejeżdżał ktokolwiek . W oknach chałup błyskały blade jeszcze światła elektrycznych lamp . Nic nie zapowiadało dramatu .

Tuż przed dziewiętnastą zawrzało na wsi , jak w słoiku pełnym chrabąszczy . Zbysiek przyjechał do Stiopy swoim wojskowym Łazem podwożąc grzecznościowo Zygmuncika . Lizawieta razem z Tośkową czarownicą nadchodziły z drugiej strony podwórza poprzez krzaki . Ciągnęły za nimi chmary chudych , wygłodzonych kotów z całej okolicy . Już samo ich przeraźliwe miałkanie mogło doprowadzić człowieka do spazm szaleństwa i myśli samobójczych .

Zbyśka niepokoiła absencja czerwonego Jurija . „Czyżby był pijany” - pomyślał Zbysiek , zaklął i splunął ze złością . Byłby już go przeklął z kretesem gdyby nie jego sokoli wzrok . Jurij nadjeżdżał . Ryk motorów brygady zmechanizowanej klanu Jurija przyćmiewał wszystko co Zbysiek do tej pory słyszał . A sporo słyszał - wszyscy w okolicy o tym wiedzieli .

Staliniec pomalowany niebieską nitro sunął naprzód niosąc na swym grzbiecie cały jurny klan mścicieli . Za każdym razem kiedy Jurij dodawał gazu , stalowe haki gąsienic wyrywały z łoskotem brukowe kamienie z wiejskiej drogi .

- Druchu mój ! - krzyknął Zbysiek - zatrzymaj , otworzę bramę !

- Nie nada ! - odparował Jurij - pajedziom . . .

Rzeczywiście . Zapora jaką stanowił parkan i brama Stiopy, dla potężnej maszyny stanowiły śmiesznostkę historii . I tylko diesel zaryczał głębszym basem .

Był kwadrans po siódmej . Pluton egzekucyjny stawił się przed stodółką Stiopy w komplecie . Trudny był to czas . Ciemność zasnuła niebo , a deszcz padał rzęsiście . Chłód i wilgoć dokuczały nawet kotom .

- Otwieraj Stiopa ! Bo będziemy wywarzać ! - ryczał Zbysiek - Koniec czarodziejskich sztuczek ! Co wyorane nie wróci więcej !

Zaległa cisza po słowach Zbyśka . Czekali wszyscy w napięciu , a wiatr się wzmagał . Olbrzymie iskry spadały z linii wysokiego napięcia szarpanych zaciekłymi podmuchami .

- Wyłaź Stiopa ! Przegrałeś ! - ponowił wezwanie Zbysiek .

Wyjął z kieszeni ładunek z rysunkiem Brachiozaura i załadował .

- Poddaj się a skończy się koszmar ! - zakończył , celując wprost w środek stodółki .

Coś się w stodółce zakotłowało , aż szary dym począł się ulatniać poprzez słomianą strzechę . Nawet koty przestały miauczeć i przecierały fosforyzujące ślepia ze zdumienia . Postać jakże dziwna , niespokojna ; postać z tumanem kurzu pól bitewnych osiadłym na twarzy wyłoniła się z szopy .

- Stiopa ? - zapytała Lizawieta - To ty ?

Człowiek nieznany , ubrany w jakiś staromodny mundur wojskowy otrzepał się z kurzu . Uśmiechnął się na pytanie Lizawiety i przecząco pomachał palcem wskazującym prawej ręki . Przedstawił się po chwili :

- PIERRE JACQUES ETIENNE CAMBRONNE .

Zbyśkowi ręce zadrżały ze zdenerwowania , a palec omsknął się na języku spustowym . Oj , ucierpiał budynek w sąsiedztwie .

- Gówno . .- powiedział cicho Zbysiek , spoglądając na rozlatujący się świński chlewik Tośkowej czarownicy .

 

Z komory nabojowej fuzji wydobył się gęsty obłok dymu . Taki , jaki wydobywa się tylko po wystrzeleniu potężnego pocisku na Brachiozaura .

Wszyscy w zdumieniu patrzyli na obraz zniszczeń . Nawet Cambronne .

W zamyśleniu nie spostrzegli iż jest między nimi Stiopa . Uśmiechnięty Stiopa z pokaźnej wielkości połciem wędzonego boczku i dwukilogramowym salcesonem pod pachą . Zadowolony z swojej misji w czasie spojrzał na zbiegowisko swym hardym i przenikliwym wzrokiem .

- A wy co ? Zgubiliście coś tutaj do cholery !? - ryknął Stiopa

Nikt nie odpowiedział . Miukacz zamiukał z cicha .

k o n i e c {19-01-2003 studziński}

 

 KU STRONOM STRYCHOWYM