|
Od kiedy Stiopa
zbudował w swojej szopie perpetuum mobile czas mu się dłużył a przejściowe
stany migreny dawały o sobie znać co raz częściej .
- Co jeszcze mógłbym
zrobić ? - myślał zawzięcie . Czekał przy swoim płocie na Lizawietę Nikołajewną
. Dwa , nieraz trzy razy w tygodniu kobicina przynosiła mu do domu zamówione
zakupy .
Grzebiąc
szpicem swojej drugiej laski ; która od pierwszej odróżniła się kształtem
i wyrafinowaną rękojeścią , tłukł się z myślami .
- Tego się nie
da zatrzymać - bździło się nikłe światło oświecenia w głowie Stiopy - a
skoro postęp techniki stał się nieuchronny muszę doprowadzić to do samego
końca aby wiedzieć czy świat wytrzyma ciśnienie technicznej rewolucji .
Lizawieta
nadchodziła powoli . Zapach świeżego salcesonu i chleba rozprzestrzeniał się
niepostrzeżenie po wsi . Wszystkie burki wydawały się rozdrażnione i z ich
zajadłego szczeku można było czytać jak z unijnych dyrektyw :
„ Oddaj
salceson cholero ! cholerooo ! Salceson oddaj . . . ! Oddaj cholero !”
- Stiopa ,
salceson przyniesłam .
- Dziękuję
Lizawieta . Szczerze Ci dziękuję .
- A co tam
Stiopa znowu robisz w tej szopie ?
Stopia od kiedy
po raz szósty obejrzał „Siedemnaście mgnień wiosny” stał się
wobec świata jakby miej ufny . Jakiś duch kazał mu mówić dużo i rzadko na
temat . Było w pytaniach Lizawiety wiele smrodliwego spisku który , jak mniemał
Stiopa , uknuła z sołtysem - Czerwonym Jurijem -znanym „gazownikiem”
i bandytą .
- A , nic
takiego , silnik od krajzegi naprawiam
- Trzy dni
naprawiasz ?
- A tak .
Zepsuty był . A powiedz mi Lizawieta - podejrzliwość rosła w głosie Stiopy
jak świeże drożdże - a zapałki przyniesłaś ?
- Nie . Zapomniałam
. Pójdę i przyniesę .
- Zaczekaj
Lizawieta . A wczoraj kto był u ciebie w nocy ?
- Nikt .
- Ale chyba ktoś
był , piętnaście minut było przed drugą; wychodziłem i światło się u
ciebie paliło przed domem .
Lizawieta traciła
całą pewność siebie . Gra robiła się niebezpieczna .
- A tak
,przypomniałam sobie . . . Wychodziłam , psy szczekały .
Stiopa pogrzebał
delikatnie pierwszą laską w ziemi . Gleba była miękka , zbita jesiennym
deszczem . „Aha” - powiedział Stiopa , a tembr jego głosu wydawał
się łamać żelbetonowe ściany , kasyn oficerów kontrwywiadu . Patrzył w dół
. Wiedział , że zanim odejdzie musi powiedzieć coś takiego . . . Ciężko to
było określić . To musiało być coś mocnego i kpiącego . Coś takiego żeby
Jurij który mieszkał dwie chałupy dalej mógł to usłyszeć i zesrać się
ze strachu . No , przynajmniej analizować słowa Stiopy w długie , chłodne ,
jesienne wieczory .
- Lizawieta !
- No ?
- Psy mogą
szczekać - mówił Stiopa powoli , głosem silnym i trudnym . Tak jak uczyli go
oficerowie polityczni podczas akcji - „Mroczne dziedzictwo Swaroga”
- bylebyśmy tylko my nie szczekali .
Jurij nie słyszał
. Leżał otumaniony alkoholem w swojej stodole . Słyszał kto inny , sąsiad z
naprzeciwka - Zygmuncik . Zimne ciarki przeszły go po plecach a sucha twarz
stwardniała złością . Ułamek sekundy zajęło mu odblokowanie kieszonkowego
telefonu . Mówił do kogoś długo , bardzo długo . Nabrzmiałe z zimna usta
przebierały słowami szybko , jak migawki szpiegowskich aparatów .
Czas naznaczał
się wilgotnym i wietrznym tchnieniem zbrodni .
Stiopa wrócił
z zakupami do swojej chałupy . Cały czas myślał , myślał bez przerwy .
Czasem przychodziły mu do głowy wiersze romantyków których uczył się
niegdyś na pamięć . Tak , lubił swoje szkolne wspomnienia . I tylko czasem
kiedy myślał zbyt intensywnie o naprawianiu świata , mylił czasem „Młode
lwy” z „Jak hartowała się stal”.
Poza tym nie
popełniał już żadnych błędów , a „ szkieletów ludy’ zamierzał
tępić i przeklinać do utraty tchu . Tak samo jak robili to jego przodkowie o
charakterach tak ciemnych jak lakiery pierwszych Fordów .
Oszustwo z
niedowagą salcesonu było proste do wykrycia . Stiopa domniemywał oszustwa na
dwa sposoby : wzrokowo i poprzez fizyczne uniesienie które w słowniku wynalazców
znaczy tyle co podniesienie dłonią wędliny na wysokość wagowych określeń
.
- Złodzijka -
syknął , a z zaciśniętego w ręce salcesonu sos wypłynął . Reakcja musiała
być natychmiastowa , wyrafinowana , miażdżąca . Stiopa nienawidził oszustów
od wczesnego dzieciństwa . Nie potrafił opanować swojej złości , a bluźnierstwa
których zwykł w takich sytuacjach nie reglamentować powodowały , że watahy
wróbli uciekały z wrzaskiem z pobliskich harmenzi bzów , a woda w miednicy
robiła się ciężka .
- To jest dwa
kilo , to jest k...dwa kilo ! - nienawiść płynąca z jego słów wydawała się
nieokiełznana . Miotał swym niespokojnym spojrzeniem po wszystkich kątach
szukając choćby jednego powodu dla którego miałby jeszcze odkładać krwawą
wendettę ; zaplanowaną niegdyś drobiazgowo . Potrzebował tylko jednego -
niepodważalnego dowodu . Jak zawsze w szopie znajdowało się wszystko czego
potrzebował ; tym razem była to waga . Waga była i to był fakt niepodważalny
lecz od kiedy Stiopa zaprzestał hodowli cieląt na handel , na jej szali
oblepionej stęchłym ziarnem pasły się myszy i odważne szczury . Pamiętna
była to waga , znająca czasy wielkiego rozkwitu i niekończących się spraw w
sądach wszelkich instancji . Z rozrzewnieniem Stiopa wspominał nieraz czasy
kiedy szykowali się z swoim ojcem na rozprawy o wyoraną przez bandę Jurija
miedzę . Najpierw czyścili oficerki , potem zakładali wojskowe płaszcze a w
ich kieszenie kładli ciężkie , kowalskie młotki . Ostatnim etapem było ważenie
. Zarówno Stiopa jak i jego ojciec swe potężne cielska traktowali z należnym
szacunkiem . Żyli par excellence - tak więc ciężar gatunkowy zawsze był na
odpowiednim poziomie . Do autobusowego przystanku szli w zwartym szyku . Milczący
. Na ogół kiedy wychodzili ze swej chałupy padał deszcz ; tata Stiopy uważał
,że prochowe płaszcze lepiej wyglądają w strugach deszczu .
Sprawy na ogół
były przegrane , młotki poplamione z fragmentami owłosienia na obuchach , a
Stiopa wydawał się niepocieszony . W kodeksie karnym nie był już tak biegły
jak w prawie agrarnym .
I teraz , kiedy
wychodził z swojej chałupy , nie miał już wątpliwości - grona gniewu
dojrzały . Drogę zastąpił mu jego pies „Wicher” - znany we wsi
miukacz i pogromca kretów . Robił to co potrafił najlepiej - merdał wesoło
ogonem i miukał rozdziawiając zarośniętą mordę w psim uśmiechu .
- WEK !!!!! -
zaryczał Stiopa . Coś we wsi zadrżało . Dudniące echo drażniło małżowiny
Jurija co powstał z upadku i upodlenia , Zygmuncika który w zdenerwowaniu zbyt
głęboko opuścił ostrze siekiery na rozdygotany biegiem - kamień szlifierski
. Giganci budzili się ze snu , a Stiopa jeszcze tego nie rozumiał .
Z salcesonem było
tak jak podejrzewał , brakowało dwudziestu pięciu deko .
Zawył ze złości
Stiopa . Miukacz położył się cicho na klepisku , tuż obok ściany z
sosnowych obladrów nie miukając wcale . Patrzył na swego pana podejrzliwie .
Stiopa nie
przebierał w środkach . Postanowił nie korzystać z konwencjonalnych metod .
Człowiek który zbudował perpetuum mobile nie mógł , ot tak po prostu , użyć
do swej zemsty narzędzi tak lapidarnych jak dębowy drąg lub siekiera . To
musiało być potężne , karzące jak otchłań , a z drugiej strony proste ,
bezpretensjonalne . Cykler. Tak , cykler to było to czego potrzebował .
Maszyna gniła od dawna w skrzyni pomiędzy sznurkami od snopowiązałki i
przetartymi końskimi kantarami oraz innymi elementami uprzęży z czasów młodości
ojca Stiopy . Maszyna do podróży w czasie - Cykler. Nie wynalazł Stiopa
bardziej karzącego urządzenia .
Mało rozumiał
z tego wszystkiego miukacz . Powietrze z obracającego się perpetuum mobile chłodziło
jego psią mordę . Czekał . Salceson był blisko , bliżej niż cokolwiek tego
dnia .
- gdzie uderzyć
? - myślał Stiopa , wycierając sporej wielkości urządzenie śmierdzącą
pakułą . Spopielona fragmentami i oleista ściera lepiła się do rąk . Jeśli
zaskoczę Lizawietę w sklepie to może być za mało . Przestraszy się tylko i
powie , że się jej pokręciło w głowie , że waga jest zepsuta albo jeszcze
co innego . To musi być coś mądrego .
Stiopa wydawał
się spokojniejszy . Drapał się od czasu do czasu w siwą głowę .
Gorycz upodlenia
ustępowała miejsca , na jego twarzy poczęły się pojawiać pierwsze błyski
mściwego ukojenia .
- Kiedy jej
powiedziałem o salcesonie ? - myślał Stiopa na głos - wczoraj ? Nie .
Przedwczoraj . Tak to było w środę , pamiętam , Zygmuncik przejeżdżał na
rowerze . Od Zbyśka jechał pijany . Chyba do sklepu po wino .
Zbysiek nie należał
do grona miłych ludzi . Rzadko można było go we wsi zobaczyć , a jeśli już
to z fuzją i po zmroku . Jedynym człowiekiem który widział Zbyśka za dnia
był Zygmuncik , ale skoro Zygmuncika nikt nie widywał po zmroku ludzie na ogół
zastanawiali się nad innymi sprawami , niż krwawe przymierze tych dwóch facetów
. Jedyną pewną rzeczą były bliskie koligacje pomiędzy Zbyśkiem i
Zygmuncikiem oraz ich zasadnicza skłonność do alkoholowych tortur oraz plutonów
egzekucyjnych .
Stiopa był już
gotowy . Szopa wypełniła się snopem niebieskich iskier ze styków
hiperkondensatora , poszarzało w stodółce .
Kiedy miukacz po
raz trzeci zamiukał , wierzeje czasu poczęły się pojawiać i ze zgrzytem
otwierać . Stiopa choć nie znał strachu , poczuł zimne krople potu spływające
po twarzy . Dawno już tego nie robił ; zaczął nawet trochę żałować , że
wyciągnął tego cholernego cyklera . Na odwrót było za późno , z szarzyzny
poczęła się wyłaniać postać wajdeloty .
- Witaj -
zagwizdał wajdelota na wierzbowej fujarce
- Miu , miu -
odpowiedział „Wicher”
- Do budy ! -
zarepetował Stiopa i mechanizm czasu nabrał wolnych obrotów .
Wajdelota wyglądał
jowialnie i śmierdział straszliwie. Nawet Stiopa nawykły do hardych zapachów
które często gościły w jego chałupie , nie mógł znieść drażniącej
woni .
- Śmierdzisz
jakbyś się wytarzał po wszystkich oborach na przestrzeni dziejów - wymamrotał
Stiopa zatykając usta i nos dłonią .
- I są mądrzy
ludzie którzy uważają , że powinno się tobie zabrać te cholerne urządzenie
- odpowiedział spokojnie wajdelota . Pogrzebał chwilę w kieszeni swojej
kurtki ze skóry rysia , aby odnaleźć paczkę „miękkich” Marlboro
.
- Daj ognia
Stiopa
Stiopa wskazał
lewą ręką iskrzący styk kondensatora nie odklejając drugiej dłoni od
twarzy .
- W życiu nie
widziałem tak głupiej zapalniczki - mamrotał wajdelota przypalając papierosa
- no , może oprócz porcelanowego nocnika Ludwika XIV. No to dokąd Stiopa ?
- Dwa dni wstecz
, przy moim płocie . A potem sklep . . .
- I są mądrzy
ludzie ... , ale to już nie ważne Stiopa . Wchodź .
Zaryczały północne
wichry nad słomianą strzechą stodółki . I choć miukacz miukał , nikt już
tego nie słyszał . Ciemne sprawy poczęły się toczyć w stodółce i nawet
odważne szczury w mig zrozumiały , że nie warto być świadkami kolejnej odsłony
hiperparanoicznego pomysłu Stiopy . Wierzeje czasu zamykały się . Zawiasy nie
smarowane od wieków zaskowyczały straszliwie . Pochłonął śmiałego Stiopę
ocean tajemnic
* * *
Nie było już
na co czekać . Wiedział o tym zarówno czerwony Jurij jak i Zygmuncik . A
najlepiej wiedziała o tym Lizawieta . To właśnie ona miała zadanie
inwigilacji stodółki Stiopy . To o czym dowiedziała się Lizawieta Nikołajewna
, Zbysiek myśliwy skrzętnie analizował w swoim kapowniku . Ostatni wpis świadczył
, iż atak na posesję Stiopy jest nieunikniony i nastąpi w bliskim terminie :
„
Stiopa ma już takie urządzenie , że może każdą robotę zrobić na wczoraj
. Nie jesteśmy tego pewni , ale Tośkowa czarownica sądzi nawet , że na
przedwczoraj . Z ostatnich doniesień Lizawiety wynika , że zbudował coś
nowego . Takie coś , każdą sprawę może tym odkręcić bez angażowania żadnych
środków . Teraz miedzę musimy wyorywać na jutro , żeby nie wpaść na Stiopę
skoro opanował mechanizm czasu .
Z tego wynika ,
że nic nie robimy !!!Skoro wszystko jest na jutro . . .
Tak dalej być
nie może ! Atak jest nieunikniony !!!”
Choć Wicher nie
należał do groźnych psów , lubił go każdy . Przyciągała ludzi do niego
ta szczególna zdolność miukania . Nawet Stiopa który z psami na ogół się
nie patyczkował , też czuł do tego kudłatego psiaka jakiś szczególny
sentyment . Dzieci rzucały mu czasem cukierki po których długo i namiętnie
miukał , ale tylko Stiopa wiedział , że ten pies nie był tak delikatny na
jakiego wyglądał . Któż oprócz niego rzucił wyzwanie panom podziemnego świata
- kretom . Nikt . Jak się okazało , także wierzeje czasu nie zdołały się
oprzeć temu wścibskiemu psu . Nie pierwszy już raz włożył zarośniętą
mordę tam gdzie nie potrzeba , oblizując się przy tym i przełykając ostatni
kęs salcesonu .
Wajdelota poczuł
zimny powiew przeciągu . Zanurzywszy się w głębokim fotelu czesał swoje kudłate
włosy drucianą szczotką . Rozkoszował się smakiem kubańskiego cygara .
- Znowu ten
cholerny duch zimnej wojny - zaklął i splunął siarczyście na lśniącą alu
podłogę swego „ czasowego” biura .
* * *
Zbysiek już od
rana czynił przygotowania do rewolty . Z szuflady dużego biurka w kolorze
ciemnego dębu dobierał ładunki do swojej fuzji „dwunastki” . Wyciągnął
około dziesięciu sztuk w kolorze czerwonym z rysunkiem dzika na łuskach . Rozłożył
je w dwu równych częściach i wrzucił do obu kieszeni swoich sportowych
spodni .
Nie był do końca
przekonany czy to wystarczy . Dołożył więc pięć sztuk fioletowych ze
znakiem mamuta oraz jeden bezbarwny z rysunkiem Brachiozura .
Był już
kompletnie przygotowany kiedy z telefonu komórkowego odezwał się sygnał zgłoszenia
. Muzyka z „Operacji piorun” z Bondem w roli głównej poderwała
Zbyśka na równe nogi . Spojrzał na wyświetlacz - „ Zygmuncik” !
Nim wcisnął
przycisk „yes” z tajnego schowka wyjął książkę kodów , zapalił
papierosa i zgasił silnik traktoru stojącego na podwórzu .
Wszyscy
wiedzieli , że Zbysiek to ciemny typ bez skrupułów . Tylko nieliczni , na ogół
nieżyjący , utożsamiali go z melomanem .
- Nooo -
zagrzmiał Zbysiek
- To ja -
skonstatował Zygmuncik
- Wiem .
- Gdzie jesteś
Zbysiek ?
- Za rzeką , w
cieniu drzew .
- Rozumiem , ja
ze swojego okna widzę wzgórza jak białe słonie
- A ja - mówił
Zbysiek przykładają do oczu wojskową lornetkę - widzę .. , bohatera naszych
czasów
- Ty nim jesteś
mistrzu - podlizywał się Zygmuncik .
- Dziś będzie
u mnie uczta , przyjdziesz ?
- I tego się
obawiałem - mamrotał Zygmuncik
- Nie narzekaj
tylko przyjdź , ja również nie lubię bronić Sokratesa ale pamiętaj , że
słońce też wschodzi .
- A kto będzie
?
- Ja , chłopcy
z placu broni , trzy siostry , lolita . . .
- I ONA TEŻ !
- Tak . Zamknij
się i pozwól mi skończyć . Więc będzie lolita , Martin Eden , dzieci
kapitana Granta , żona gajowego , dama kameliowa , pani
Bovary , mistrz
i małgorzata , buszujący w zbożu , Szymon muzykant ,cno i oczywiście
Buddenbrookowie i lord Jim .
- Ja wszystko
rozumiem , nawet Lolitę , ale Jim . Ja go nienawidzę - zawył Zygmuncik .
- A co , miałem
go zostawić w jądrze ciemności ? Ty nawet nie wiesz jak on się boi
Wirginii Woolf i jeszcze ten portret . . .
- Jaki portret ?
- Doriana Graya
. Od czasu tej kradzieży pogrążył się w mroku czekając na Godota
- No dobrze ,
ale nie róbmy targowiska próżności ! - ripostował Zygmuncik
- Zamknij się
!!!- zaryczał Zbysiek - Bilard o wpół do dziesiątej ! Zabierz blaszany bębenek
. Sztukmistrz z Lublina przyjedzie wozem ognistym razem z kobietą
z wydm . Kapitan z Kopenick wyciągnie cię człowieku bez właściwości
z kłębowiska żmij i wrócisz do źródeł czasu drogą tytoniową z użyciem
tramwaju zwanego pożądaniem !
- Wolałbym
nocny lot - zagaił Zygmuncik - ale skoro uważasz , że tak będzie lepiej .
. .
- Nie rozumiesz
durniu , że światłość w sierpniu jest za duża by podróżować do
kresu nocy !!!
- A więc to się
stanie kiedy powróci Filip Latinowicz ?
- Tak . Wojna światów
.
- Czy to
konieczne ? - z łzami w oczach pytał Zygmuncik
- Tak do cholery
! To już koniec starych czasów . Nie będziemy dłużej nadzy wśród
wilków a cichy don odezwie się pieśnią motoru .
- A więc proces
. . . , gdzie się odbędzie ? - spytał uduchowiony Zygmuncik .
- Salem!!!
- Szalom ! -
odpowiedział Zygmuncik i odłożył delikatnie słuchawkę telefonu .
Nerwowo otarł
krople potu z bruzdowatego czoła . Nim zaczął niuchać w książce kodów w
poszukiwaniu rozwiązania zagadki Zbyśka , chlapnął sobie sto gram wódki na
odwagę . Po godzinie mozolnej pracy zapisał na kartce swego notesu odkodowany
tekst :
„
Spotykamy się dziś o 19-ej przy stodółce Stiopy . Zabierz koktajle mołotowa
!”
* * *
Deszcz padał
od dwóch dni z krótkimi przerwami . Już wczesne popołudnia były szare i
smutne . Rzadko po wiejskiej drodze przejeżdżał ktokolwiek . W oknach chałup
błyskały blade jeszcze światła elektrycznych lamp . Nic nie zapowiadało
dramatu .
Tuż przed
dziewiętnastą zawrzało na wsi , jak w słoiku pełnym chrabąszczy . Zbysiek
przyjechał do Stiopy swoim wojskowym Łazem podwożąc grzecznościowo
Zygmuncika . Lizawieta razem z Tośkową czarownicą nadchodziły z drugiej
strony podwórza poprzez krzaki . Ciągnęły za nimi chmary chudych , wygłodzonych
kotów z całej okolicy . Już samo ich przeraźliwe miałkanie mogło
doprowadzić człowieka do spazm szaleństwa i myśli samobójczych .
Zbyśka niepokoiła
absencja czerwonego Jurija . „Czyżby był pijany” - pomyślał
Zbysiek , zaklął i splunął ze złością . Byłby już go przeklął z
kretesem gdyby nie jego sokoli wzrok . Jurij nadjeżdżał . Ryk motorów
brygady zmechanizowanej klanu Jurija przyćmiewał wszystko co Zbysiek do tej
pory słyszał . A sporo słyszał - wszyscy w okolicy o tym wiedzieli .
Staliniec
pomalowany niebieską nitro sunął naprzód niosąc na swym grzbiecie cały
jurny klan mścicieli . Za każdym razem kiedy Jurij dodawał gazu , stalowe
haki gąsienic wyrywały z łoskotem brukowe kamienie z wiejskiej drogi .
- Druchu mój !
- krzyknął Zbysiek - zatrzymaj , otworzę bramę !
- Nie nada ! -
odparował Jurij - pajedziom . . .
Rzeczywiście .
Zapora jaką stanowił parkan i brama Stiopy, dla potężnej maszyny stanowiły
śmiesznostkę historii . I tylko diesel zaryczał głębszym basem .
Był kwadrans po
siódmej . Pluton egzekucyjny stawił się przed stodółką Stiopy w komplecie
. Trudny był to czas . Ciemność zasnuła niebo , a deszcz padał rzęsiście
. Chłód i wilgoć dokuczały nawet kotom .
- Otwieraj
Stiopa ! Bo będziemy wywarzać ! - ryczał Zbysiek - Koniec czarodziejskich
sztuczek ! Co wyorane nie wróci więcej !
Zaległa cisza
po słowach Zbyśka . Czekali wszyscy w napięciu , a wiatr się wzmagał .
Olbrzymie iskry spadały z linii wysokiego napięcia szarpanych zaciekłymi
podmuchami .
- Wyłaź Stiopa
! Przegrałeś ! - ponowił wezwanie Zbysiek .
Wyjął z
kieszeni ładunek z rysunkiem Brachiozaura i załadował .
- Poddaj się a
skończy się koszmar ! - zakończył , celując wprost w środek stodółki .
Coś się w stodółce
zakotłowało , aż szary dym począł się ulatniać poprzez słomianą strzechę
. Nawet koty przestały miauczeć i przecierały fosforyzujące ślepia ze
zdumienia . Postać jakże dziwna , niespokojna ; postać z tumanem kurzu pól
bitewnych osiadłym na twarzy wyłoniła się z szopy .
- Stiopa ? -
zapytała Lizawieta - To ty ?
Człowiek
nieznany , ubrany w jakiś staromodny mundur wojskowy otrzepał się z kurzu . Uśmiechnął
się na pytanie Lizawiety i przecząco pomachał palcem wskazującym prawej ręki
. Przedstawił się po chwili :
- PIERRE JACQUES
ETIENNE CAMBRONNE .
Zbyśkowi ręce
zadrżały ze zdenerwowania , a palec omsknął się na języku spustowym . Oj ,
ucierpiał budynek w sąsiedztwie .
- Gówno . .-
powiedział cicho Zbysiek , spoglądając na rozlatujący się świński chlewik
Tośkowej czarownicy .
Z komory
nabojowej fuzji wydobył się gęsty obłok dymu . Taki , jaki wydobywa się
tylko po wystrzeleniu potężnego pocisku na Brachiozaura .
Wszyscy w
zdumieniu patrzyli na obraz zniszczeń . Nawet Cambronne .
W zamyśleniu
nie spostrzegli iż jest między nimi Stiopa . Uśmiechnięty Stiopa z pokaźnej
wielkości połciem wędzonego boczku i dwukilogramowym salcesonem pod pachą .
Zadowolony z swojej misji w czasie spojrzał na zbiegowisko swym hardym i
przenikliwym wzrokiem .
- A wy co ?
Zgubiliście coś tutaj do cholery !? - ryknął Stiopa
Nikt nie
odpowiedział . Miukacz zamiukał z cicha .
k o n i e c
{19-01-2003 studziński}
|