Pojęcie
tekstu. Pojęcie tekstu stało się jednym z podstawowych pojęć
dwudziestowiecznej semiotyki i filozofii języka. W językoznawstwie tekst
traktuje się często jako rodzaj zachowań werbalnych. J. Lyons pisze:
“Zgodnie
ze zwyczajem, upowszechniającym się obecnie w językoznawstwie, wszelki ciągły
zbiór kolejnych zachowań językowych lub ich wytworów będziemy nazywać
tekstem bez względu na to, czy jest on mówiony, czy pisany, i czy jest on
rozmową, czy monologiem”.
W
semantyce współczesnej język traktuje się jednak znacznie szerzej niż język
werbalny. Mówi się o języku gestów, o języku ciała, języku sztuki,
architektury, języku kulinarnym itp. Nowe idee w rozumieniu języka wniosła
antropologia strukturalna i szkoła symbolicznego interakcjonizmu w socjologii.
Wszystkie wytwory kultury traktowane są jako systemy znakowe zawierające pewne
komunikaty. Komunikaty te mogą być traktowane jako swoiste teksty. Tak na
przykład, Stefan Żółkiewski definiuje tekst jako “uporządkowane
sekwencje znaków będących obiektywizacją określonych właściwości jakiegoś
systemu znakowego, systemu semiotycznego”. Tekstem, zdaniem Żółkiewskiego,
jest aspekt przedmiotu semiotycznego. Jako przykład podaje on tradycyjną
wieś plemienną, którą można odczytać jako tekst zawierający istotne dla
życia tubylców komunikaty kulturowe. Na poziomie świadomości odczytuje go
jednak antropolog, dla tubylców komunikat ten funkcjonuje w sposób ukryty,
poza polem świadomości. Żółkiewski w tekście, jakim jest zabudowa
tradycyjnej wsi plemiennej odczytuje przede wszystkim komunikaty dotyczące
struktury społecznej i funkcjonującego w związku z tym porządku: osiedla
poszczególnych egzogamicznych klanów, wspólny dom mężczyzn, dom wodza itp.
Dom
jako tekst. Umberto Eco w tym swoistym architektonicznym tekście odczytuje
coś znacznie więcej. Przede wszystkim więc sam dom, jako taki. Każe nam
wyobrazić człowieka pierwotnego szukającego schronienia przed chłodem i
deszczem. Człowiek ów ujrzał jaskinię, może jakąś rozpadlinę i tam się
chroni. Jaskinia straszy go mrokiem, a jednocześnie nęci przytulnym
schronieniem. Eco sygnalizuje psychoanalityczne skojarzenia jaskini z
bezpiecznym łonem matki.
Przechodząc
do architektury wielkiego miasta, znaczeń architektonicznych jest o wiele więcej:
miejskie monumenty, łuki triumfalne, gotyckie świątynie, przepych ważnych
budowli - wszystko to ma jakiś mniej lub bardziej czytelny sens.
Jest
jednak inny wymiar architektonicznej symboliki, analizowany przez szkołę
symbolicznego interakcjonizmu w socjologii. Dom i jego wyposażenie jest
swoistym językiem, za pomocą którego dokonuje się społeczna interakcją.
Sposobem wyposażenia domu i jego wyglądem komunikujemy innym, kim jesteśmy,
jakie są nasze upodobania, nasze możliwości, do jakiej grupy społecznej,
etnicznej, czy religijnej należmy. Komunikujemy w jakimś sensie naszą tożsamość
i nasz światopogląd.
O
semiotyce domu możemy jednak mówić również w sensie egzystencjalnym.
Poszczególne segmenty domu coś nam sygnalizują i coś dla nas znaczą: miłe
wspomnienia, skojarzenia z dzieciństwem, momenty naszej chwały i naszych porażek,
są naszą dumą lub naszym wstydem, rozczulają, wywołują wzruszenia. W
stanach tych są czasem długie, powikłane teksty, pojemne i wiele znaczące,
jak porządna powieść.
Oto
banalna sytuacja:
Jestem
z synem w domu mego dzieciństwa i mojej młodości. Jest wieczór - czas
odpoczynku i zadumy. Piję herbatę, syn coś czyta w drugim pokoju. Rzuciłem
wzrokiem w kąt pokoju. Stary drewniany kuferek, z zardzewiałym żelaznym
uchwytem, zmajstrowany przez któregoś z miejscowych stolarzy dla wujka Wasyla,
gdy ten w 1939 roku odchodził na wojnę. Wujek wrócił z frontu z tym
kuferkiem w ręku. Teraz przechowuję w nim zdjęcia i różne stare pamiątki.
Stara
wypłowiała makatka przedstawiająca kobietę z chochlą w ręku przy garnkach,
z idiotycznym napisem: “Mąż się zawsze dobrze czyje, gdy mu żona tak
gotuje”. Jakiś plakat z okresu wczesnego PRL-u przedstawiający
rozradowanych robotników, z napisem: “Cały naród buduje Nową Hutę”.
Przywieziony kiedyś z Etiopii, na skórze malowany obraz przedstawiający św.
Jerzego w walce ze smokiem, z księżniczką siedzącą na gałęziach drzew.
Spojrzałem więc na to wszystko łykając herbatkę i westchnąłem głośno:
-
Oj, Boże, Boże...
-
Co się, tato, stało? - pyta syn, przerwawszy z niepokojem lekturę.
-
A nic - odpowiadam.
-
Bo westchnąłeś tak ciężko :”Oj, Boże, Boże”.
-
A, to tylko tak sobie.
No
więc, co się stało? Na poziomie faktów, rzeczywiście nic. Mogę tu jednak
powiedzieć, iż w tych kilku sekundach uprzytomnił mi się pewien tekst. Tekst
o moim życiu, o mojej miłości, namiętności, o moim dramacie i cierpieniu. O
mojej wierze i niewierze, o wzlotach i upadkach, o radościach i smutkach, o
narodzinach i śmierci, o sensie i bezsensie. O moich podróżach wszerz i w głąb,
ku krańcom świata i ku granicom bytu, o mojej tęsknocie za Prawdą, Dobrem i
Pięknem i o moim grzęźnięciu w źle, fałszu i brzydocie. O mich pytaniach
do Pana Boga i o mojej potrzebie dyskursu z Nim.
Czy
mogłem ten tekst w ciągu tych paru sekund przeczytać, chociażby w myślach?
Oczywiście, że nie. Mógłbym go napisać, jako powieść, albo traktat
filozoficzny, ale nie byłby to już ten tekst, który mi się przedstawił w ciągu
tych kilku sekund. W żadnym realnym tekście nie da się powiedzieć
wszystkiego, co zawarte jest w tym banalnym westchnieniu. Jest w nim tęsknota
za pełnią, nieskończonością i żal z powodu kruchości i przemijania. Ale
żeby powiedzieć o tym coś sensownego należałoby najpierw wyjaśnić, czym
jest nieskończoność, czym jest Pełnia czym jest przemijanie i ból, a to
jest niemożliwe. Możemy powtarzać słowa, które dawno już były, pisać
powieści, eseje lub traktaty, czasem lepsze, czasem gorsze, ale zawsze do
siebie podobne, ograniczone obowiązującym kanonem języka, gatunku, stylu,
regułami epoki, gustami czytelnika.
“Słowa,
słowa, słowa...
Cała
reszta jest milczeniem” - mówi Hamlet w dramacie Szekspira.
Dotykam
tu pojęcia “tekstu doskonałego”. Otóż tekst doskonały, jako
wypowiedź werbalna nie istnieje. Nie da się w jakimkolwiek języku werbalnym
skonstruować wypowiedzi, która obejmowałaby całość zwaną przez Diltheya
życiem. Językiem tekstu doskonałego jest świat jako system znaczeń, jawi się
on nam w doświadczeniu mistycznym, w doświadczeniu określanym przez Bucke
jako “świadomość kosmiczna”, w doświadczeniu szczytowym, tak jak
je rozumie Maslow, w przeżyciu mitu, czasem w snach, w stanach zanarkotyzowania,
lub nawet w chwilowych trudno uchwytnych wzruszeniach, jak przed chwilą
zrelacjonowane. Wszystkie tego typu stany są nie do zrelacjonowania w tekście
werbalnym. Można próbować to uczynić, ale tekst werbalny nigdy ich nie
wyczerpuje.
Jeszcze
jeden obrazek dotyczący swoistej “mistyki domu” chciałbym tu Państwu
przedstawić. Chodzi o obszary znaczeń tradycyjnej wiejskiej chaty oświetlonej
lampą naftową lub świecą, bez instalacji sanitarnych, bieżącej wody i
innych udogodnień. Opisałem to w obszerniejszym eseju publikowanym w kilku
miejscach, tu więc krótko sprawę zasygnalizuję. Otóż w zimową noc w
chacie takiej rozgrywał się swoisty obrzęd-misterium, obrzęd-dramat rozciągnięty
w czasie na wiele godzin, pełen głębokich mistycznych znaczeń, nie mający
jednak w świadomości uczestników nic ze sztuki, teatru, czy dramatu.
Zwyczajowo na Podlasiu zimą kobiety zbierały się wieczorami w jednej chacie,
by prząść kądziel na kołowrotkach, bo przyjemniej wykonywać tę nudną skądinąd
pracę w gromadzie. I tylko tyle było na poziomie świadomości. Elementy tego
pozaintencjonalnego dramatu to swoista scenografia domu, działania wykonywane
przez aktorów, produkowane przez nich teksty werbalne. Elementem centralnym tej
scenografii była lampa stojąca na stole lub wisząca nad stołem.
Krótko
o tej scenografii. Lampa czyni pewien obszar jasności w sensie najbardziej dosłownym,
ale też jako obszar jawności ludzkich interakcji, odnoszonych do centrum,
jakim jest lampa i stół, mający w kulturze ludowej sens sakralny. Dalej był
szary obszar cieni i półcieni - niejasny, rozmyty i podejrzany. Interakcje miały
tu charakter prywatny, nie na temat i często - podejrzany. Jeszcze dalej były
mroczne zapiecki i alkowy, gdzie figlowała młodzież odpoczywali starzy, działy
się czasem rzeczy zbereźne i moralnie naganne. Dom posiadał też swoje
tajemnicze wnęki całkowitego mroku, do których nikt bez konieczności nie
zaglądał: podpiecek, komora, strych, mroczne zakamarki pod ławami.
Zamieszkiwały je obrzydliwe mityczne i rzeczywiste stwory: muszy, karaluchy,
udomowione, ale zawsze nieznośne duchy. Za drzwiami, za oknem domu rozpościerała
się nicość. Mrok spowity w mroźnym i śnieżnym żywiole zimy. Można było
tam zajrzeć wydmuchawszy w zamrożonej szybie dziurkę, ale nic się nie
zobaczyło. Ściślej zobaczyło się mrok, pustkę, nicość. Mrok wzbudza w człowieku
metafizyczny lęk, rozmywa lub całkowicie pochłania kształty tego świata, które
są dla nas znakami tego ukrytego tekstu, zawierają one też ukryty przed nami
i przed innymi rzeczywisty nasz światopogląd. Mrok więc z istoty swej jest
demoniczny. Człowiek dzisiejszy nie zna tego metafizycznego lęku prze mrokiem.
Oświetlone zostały wielkie miasta i małe wioski, przestrzeń stała się płaska.
Sądzę jednak że przyczyna zaniku metafizycznego lęku przed mrokiem tkwi głębiej,
ale nie będę w tym miejscu o tym się rozwodził. Tak czy inaczej tradycyjna
wiejska chata, w której rozgrywał się dramat wieczornic była oazą w
bezkresie demonicznego mroku i nicości. Nicość zakradała się wszelkimi
szczelinami chaty przybierając kształt demoniczny i strasząc. Coś groźnie
dudniło w kominie, coś dziwnie skrzypiało w sieni itp.
Co
czynią aktorzy tego spektaklu? Kobiety przędą monotonnie opowiadając plotki,
sny i dziwne zdarzenia z ich życia. Śpiewają, nie przerywając przędzenia.
Dziadek rozpala w piecu, gospodyni gotuje strawę. Potem jest wspólna kolacja.
Dramatem jest wyjście “za potrzebą”. Trzeba opuścić świat Życia,
jakim jest wnętrze chaty i zapuścić się w mrok, w nicość, by tam oddać się
wstydliwej intymnej czynności.
I
na koniec słów kilka o publikowanych tu tekstach. O czym mówiły te teksty?
Charakteryzował je jakiś rodzaj niesamowitości, dotykały granic bytu. Sny,
dziwne choroby i jeszcze dziwniejsze sposoby na wyzdrowienie. Babki- znachorki,
wróżbici, czary, zamowy. Niesamowite zdarzenia - wisielcy, miejsca w których
straszy, diabeł zwodzi, zakopany skarb na uroczysku Hrab, który daje o sobie
znać w postaci buchających o północy płomieni, zapadnięta pod ziemię
cerkiew, w której na Wielkanoc dzwonią dzwony, dziwne zjawiska przyrody itp.
Reprodukuje się tu lokalny mit i folklor, ale nigdy nie jest tak, żeby kobiety
powiedziały: poopowiadajmy sobie legendy, albo bajki. Tekst jest całkowicie
wpojony w obrzęd, nie czuje się jego umowności, ani sztuczności. Jest prawdą
życia, jaką jest cały obrzęd.
Kiedy
kobiety przystępowały do śpiewania widziałem na policzkach starszych kobiet
łzy. Nie dlatego bynajmniej, że tekst pieśni był smutny. Nie chodzi tu o
tekst pieśni, ale o ten ukryty tekst cioci Wiery - bo u niej najczęściej
zauważałem łzy - żony wujka Wasyla, tego od tajemniczego kufra, o którym już
mówiłem. Jaki tekst przeżyła wówczas ciocia Wiera i inne kobiety, które płakały?
Niewysłowiony.
Oddajmy głos Edwardowi Stachurze, który napisał wiele dobrych książek i
wiele mądrych tekstów.
“-
Czy w książkach jest mądrość?
-
W książkach nie ma mądrości. Bo jeżeli jest, to tylko dla kogoś, kto sam
jest mądry i dlatego będzie w stanie tę mądrość odczytać. Ale mądry po
co miałby szukać potwierdzenia swej mądrości? Co by znaczyło, że jednak
nie jest mądry. Mądry nie czyta książek.
-
Żadnych książek?
-
Jedną.
-
Jaką?
-
Książkę życia skrzącą się, migocącą, mieniącą się od tryskającej
wiecznej cudowności.
-
Czy w książkach nie ma życia?
W
książkach są słowa”.
Najmądrzejszą
księgą jest zatem księga życia, która jako taka jest niewysłowiona. Księgi
tej nie da się więc znaleźć w bibliotekach. Bohater Schulca w Sklepach
cynamonowych szuka jej pod łóżkiem, wśród starych rupieci. Znajduje
jakiś stary żurnal. “Jest, jest księga!” wykrzykuje z radością.
“To nie jest księga - mówi ojciec, biorąc żurnal do ręki. - ksiąg
nie ma. Są tylko falsyfikaty”.
Najgłębszą
więc prawdą, mądrością jest milczenie. Teologia modlitwy uczy, iż
milczenie jest najgłębszą, najprawdziwszą modlitwą, teologia apofatyczna
chrześcijańskiego Wschodu uczy, iż milczenie jest jedyną prawdą o Panu
Bogu. Milczenie o Bogu, milczenie w modlitwie, milczenie w prawdzie życia, nie
jest milczeniem duszy, przeciwnie - rozbrzmiewa w niej wówczas potężny tekst
- tekst doskonały, tekst niewysłowiony.
Nie
jest jednak prawdą to, co powiedział Stachura, że mądry nie czyta książek.
Mądry, zanim zmądrzał i zamilkł na wieki przeczytał wiele książek, wysłuchał
i powiedział dużo słów. Kobiety zanim zaśpiewały ostatnią pieśń tego
wieczoru, zanim zapłakały i pogrążyły się w milczeniu - powiedziały wiele
słów mądrych, mniej mądrych i całkiem głupich - ale słów. Stachura wiele
książek przeczytał, wiele napisał. Cytowana Fabula rasa, książka o
milczeniu, była ostatnią jego książką. Zanim zamilkł na zawsze, milczeniem
słów i milczeniem duszy, popełniając okrutne samobójstwo, będąc już
okaleczonym, w stanie faktycznej agonii, zdążył jeszcze napisać lewą ręką
Wiersz do pozostałych , zaczynający się od słów: “umieram za
winy moje i za moją niewinność...”
Naturalną
koleją rzeczy, tekst doskonały dąży do werbalizacji. Szerzej o ty powiem w
następnym wykładzie. Dziś pozostańmy jeszcze przy skrytym języku domu i
kobietach śpiewających banalną pieśń. Przytoczę pierwszą jej zwrotkę:
Szumieł
kamysz, dierewia gnuliś
I
noczka tiomnaja była
odna
wozlublenaja para
Sidieła
wsiu nocz do utra.
Już
w tym miejscu ciocia Wiera wycierała z policzków łzy, Cóż jest niezwykłego
w tym banalnym tekście mówiącym o tym, że była noc, szumiały szuwary, a
zakochana para siedziała aż do rana? W tym przypadku tekst jest muzyką,
muzyka, jak żadna inna ze sztuk, jest w stanie przywołać tekst doskonały -
ale to też temat na oddzielny wykład. Ta muzyka tekstu realizuje się w tym
przypadku w tajemnej scenerii domu pełnej metafizycznych znaczeń.
Słowa
śpiewanej pieśni znaczą tu tylko tyle, że ewokują u śpiewających ich wewnętrzną
pieśń - pieśń życia, pieśń duszy. U Lapończyków na krańcach
Skandynawii każdy posiadał taką własną pieśń zwaną jojkiem. Sam sobie ją
układał i była to jego pieśń życia, śpiewana w samotności i w tajemnicy,
tępiona jako zwyczaj pogański przez panujący tu Kościół Laudecjański. Gdy
w Karasuando, lapońskiej mieścinie na krańcach Skandynawii, pani Anna śpiewała
swój jojk, pieśń swego życia, swojej wielkiej miłości, w swym lapońskim
domu - odniosłem wrażenie, iż znów jestem w Rybołach i słucham niewyśpiewanej
pieśni cioci Wiery. Byłem tu z przyjaciółmi z teatru Gardzienice. Wzruszony
jojkiem Anny i jej domem, tak podobnym do mego domu w Rybołach wyszedłem się
przejść. Był koniec krótkiego, polarnego lata. Lekko pofałdowany teren
tundry spowity jest o tej porze roku bezkresem żółci, w powietrzu unosił się
znajomy z dzieciństwa zapach dymów palonego w piecach drzewa. Wszystko wydało
mi się nagle bardzo swojskie, bliskie i znajome. Tu się urodziłem i tu
powinienem zostać. Byłem już głęboko w tundrze, gdy przypomniałem ostrzeżenie
znajomych w Oslo: Uważać na siebie, przybyszom grozi psychoza północy. Wróciłem.
No
właśnie. Czym jest psychoza północy? Świadomością kosmiczną, jakby
powiedział Richard Bucke, niewyśpiewaną pieśnią, kosmicznym jujkiem, głosem
Pana Boga? To ona prowadziła tu rzesze rosyjskich mistyków, którzy pozakładali
na dalekiej północy swe sanktuaria i dotarli aż tu, do Laponii.
Jurij
Sbitiew, pisarz rosyjski, radziecki, wcale nie mistyk, tak opisuje swoje
spotkanie z tym, co psychiatrzy nazywają psychozą północy, a co według
proponowanej prze ze mnie wizji spraw jest głosem tekstu doskonałego, który
tu, w obszarze subatktycznym szczególnie często się odzywa. Sbitniew pisze:
“Wolno
idziemy coraz dalej w górę rzeki. Wydaje się, że czas, sam czas jest
zmaterializowany. Oto kroczy obok nas, nie wyrywa się naprzód, nie pozostaje w
tyle. Jesteśmy częścią czegoś wielkiego, mądrego, zespolonego z nami.
Zniknęło gdzieś niebezpieczeństwo, strach, odwieczny pośpiech, trwoga przed
tym, co nas czeka, to, co pozostało za nami lub co jest obok. Zniknęło
wszystko, ponieważ stanowimy część wielkiej harmonii. Jesteśmy w niej,
jesteśmy jej niepodzielną cząstką. Czas natomiast jest zupełnie materialny.
Mogę go dotknąć ręką. Oto kroczy obok nas, obok mego serca, zlewa się z tętnem
mojej krwi. Jestem częścią tego, co mnie wydało na świat, co mnie zabierze
z powrotem w czas wyznaczony, niezależnie od tego, czy będę, czy nie będę
chciał. Nie moją winą zostało wyznaczone moje przyjście na świat i moja śmierć.
Tak nawet śmierć. Jestem częścią natury. Jednym z mgnień w jej wiecznym
ruchu odnowy. Teraz jak nigdy scalony jestem z nią, z moją władczynią.
Jakże
rzadko nawiedza nas uczucie jednania,
jak
rzadko nawiedza nas uczucie jednania,
jak
rzadko...
jak
rzadko...
Nic
nie da się porównać z tym uczuciem. Wśród wszystkich uczuć ludzkich, którymi
tak hojnie został obdarzony człowiek, a które często rozmienia na codzienne,
miałkie, wydumane prze niego samego błahostki - nie ma nic piękniejszego.
Całym
sobą, każdą kropelką krwi, odczuwam ciebie, moja odwieczna kolebko, świecie
mój.
Co
to jest?
Intuicja?
Wyrzeczenie
się?
Wtajemniczenie?
Może
na tym polega wielka zagadkowość lodowatej Północy?
A
może to śniegi mnie czarują?
Może
jest to coś, czego nie da się wyjaśnić?
Co
to jest?
Co?
Milczą
białe lasy,
milczy
noc,
mądrze,
śnieżnie.
Tylko
od końca do końca:
kon-go-lon,
kon-gi-lon, kon-gi-lon...”
To
dzwonek u uprzęży konia - jedyna słyszalna odpowiedź na rozpaczliwe pytania
autora.
Jojk
Pana Boga.
Zostawmy
boskie teksty lodowatej Północy, wróćmy w nasze opłotki. Do jojku pani Anny
i jego dalszych losów wrócę jeszcze na następnym wykładzie.
Ciocia
Wiera z Rybołów w odróżnieniu od pani Anny z Karasuando nie miała swego
jojku, gotowej pieśni swego życia. Śpiewała przy kądzieli tęskne pieśni o
nocy, kiedy szumiały szuwary, o nieszczęśliwej Oli, która lubiła rzekę. Śpiewała
i popłakiwała. Nie nad losem Oli, które ginie z miłości, ale nad własną
niewyśpiewaną pieśnią, którą nosiła w swoim sercu. Nad tekstem własnego
życia.
Parę
lat temu zmarł wujek Wasyl, przeżywszy 86 lat, zmarł w spokoju, ze starości,
jak tu mówią. Wszystko odbyło się, jak nakazywał obyczaj: przez dobę wujek
leżał na pokutnej ławie, wieczorem długo śpiewali pokutne pieśni, gdy późno
w nocy rozeszli się do domu, a ciocia Wiera została sama u nóg nieboszczyka,
rozpoczęła swój lament. Opowiadała zdarzenia sprzed sześćdziesięciu paru
lat. Wujek Wasyl był muzykantem, grywał na weselach i zabawach wiejskich.
Przyszedł raz, gdy ciocia była w łóżku i powiedział: zagram ci, Wiera.
Usiadł przy łóżku i grał. Oj, jak on grał. O tym i o innych podobnych
zdarzeniach opowiadała ciocia Wiera przez godzinę, może dłużej, podczas
nocy pokutnej. To był jej jojk.
Dotykam
tu istotnej sprawy z punktu widzenia folklorystyki. Lamenty ludowe rzadko były
zapisywane, są one natomiast szczególnie ciekawe z interesującego nas tu
punktu widzenia. Posiadały one określoną formę przestrzeganą przez lamentujących.
Treść jednak była bardzo prywatna, osnuta na najbardziej wzruszających
faktach pożycia z nieboszczykiem. Poza tym trup był faktem wcale nie
artystycznym i przeżycie nie było przeżyciem estetycznym, jakim jest oglądanie
na scenie nawet najbardziej tragicznego dramatu. Folklor zresztą nigdy nie był
wyłącznie sztuką, zawsze miał charakter obrzędowy i kontekstowy, ale
lamenty pogrzebowe są najlepszym przykładem sztuki, która jest życiem,
sztuki najbardziej zindywidualizowanej, spełniającej się w najbardziej
dramatycznej sytuacji egzystencjalnej, w sytuacji granicznej.
Lament
pogrzebowy jest zatem jojkiem, tak jak to rozumieli Lapończycy: jako prywatna,
sekretna pieśń życia. Kultura ludowa nie zna publicznej manifestacji
pozytywnych uczuć rodzinnych: ciepłych słów, gestów, pocałunków. Na zewnątrz
częściej manifestuje się tu brutalność, pogardę i surowość obyczaju. Byłoby
to nieobyczajne i irytujące środowisko - demonstrowanie czułości czy
pieszczot. Dopiero siedząc u nóg nieboszczyka ciocia Wiera opowiada, jak sześćdziesiąt
z górą lat temu Wujek Wasyl jej grał.
Wróćmy
teraz do szerszej problematyki symboliki domu i tekstu, który ona ewokuje.
Sygnalizuje nam to przede wszystkim poezja. Dilthey “światopogląd”
poetycki traktuje, jako jeden z trzech typów światopoglądu (poetycki,
religijny i filozoficzny). Dithteyowi chodzi tu, rzecz oczywista, o formę
wyrazu światopoglądu, a nie o jego treść. Treść wszelkiego światopoględu
jest zawsze jedna i ta sama: dąży on do słownego wyrazu tego, co jest niewyrażalne:
tekstu doskonałego. Najbardziej klarowny wyraz światopoglądu odnajdujemy w
tekście filozoficznym. Religia operuje mitem, poezja metaforą. Pozostańmy tym
razem przy poezji. Język nauki, jakim operuje semiotyka, czy analiza
symboliczno-interakcjonistyczne mówi nam na ten temat dużo, ale jednocześnie
bardzo niewiele, nie sięga bowiem do egzystencjalnego poziomu człowieka.
Znalazłszy się po zawierusze wojennej w swoim domu, Staf pisał:
Będziemy
znowu mieszkać w swoim domu,
Będziemy
stąpać po swych własnych schodach.
Nikt
jeszcze o tym nie mówi nikomu,
Lecz
wiatr już o tym szepce po ogrodach.
Tajemnicę
odzyskanego domu może wyśpiewać tylko wiatr szumiący po ogrodach. Józef
Baran o tajemnicy domu mówi znacznie więcej. W wierszu Dom rodzinny pisze:
DOM
RODZINNY
Dawna
stolica świata
przez
jego Wielka Izbę
przebiegały
wszystkie
równoleżniki i południki
dookoła
niego krążyło słońce
odbijające
się zimą niby w lusterku
w
kuchennym piecu
nad
domem wisiało niebo
pod
domem
zakopane
było piekło
wokół
serdecznego palca mamy
obracała
się cała planeta
dziś
dom
to
już tyko mała szkatuła dzieciństwa
z
zabytkowymi rodzicami
odnajduję
ją w każde wakacje
ukrytą
między drzewami ogrodu
Trzy
poematy słowiańskie zaczynają się od inwokacji do domu lub szerzej - do
okolic dzieciństawa. Adam Mickiewicz zaczyna Pana Tadeusza od znanych każdemu
słów:
“Litwo
ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie”...
Kanstacin
Mickiewicz, białoruski poeta, znany jako Jakub Kołas swój poemat Nowaja
ziamla, rozpoczyna podobnie:
Mój
rodny kut, jak ty mnie miły
Ciabie
zabyć nie maju siły.
Z
kolei ukraiński poeta Taras Szewczenko jeden ze swoich poematów rozpoczyna
tekstem, który wszedł do folkloru, jako ukraińska pieśń ludowa:
Rewe
taj stohne Dnipr szyroki
Serdity
witer zawiwa
Do
dołu werbi hne wysoki
Horami
chwali pidijma.
Sumując:
dom jest toposem poetyckim symbolizującym ideę raju manifestującego się w
obrazach dzieciństwa. Taki jest zawarty w nim tekst doskonały.
Uwagi
ogólne.
Przejdźmy
na zakończenie do spraw ogólnych dotyczących tekstu, jako takiego. Jak się
ma tekst werbalny, słowo, do wewnętrznego dynamizmu podmiotu ludzkiego określanego
jako życie, jaźń, dusza, egzystencja? Powiedziałem tu już o gradacji
modlitwy. Najprostsza, a zarazem najprymitywniejsza, jest modlitwa błagalna, o
której św. Teresa mówi: a nie módl się, żeby ci Bóg dał to czy owo, Bóg
wie lepiej, co ci jest potrzebne. Godniejsza jest modlitwa dziękczynna: dziękujemy
Bogu, że jest tak, jak jest, wierząc, że tak jest najlepiej. Następnym
stopniem modlitwy jest bełkot, czyli wypowiadanie dźwięków nieartykułowanych
lub zdań pozornych występujący w stanach ekstazy religijnej. Wzorcowym przykładem
jest tu zachowanie się apostołów w dniu pięćdziesiątnicy, podczas zejścia
Ducha Świętego. Obrzęd ten pod nazwą glosolalii lub mówienia różnymi językami
praktykowany jest dziś metodycznie przez pentakostalistów i charyzmatyków,
jako akt spontaniczny znany jest różnym mistykom.
Otóż
w przypadku kulturowych form wyrazu życia, czy taż jaźni mamy proces
odwrotny. Najpierw jest tekst ukryty, w naszym przypadku dom i jego awerbalny język.
W sensie werbalnym jest on milczeniem. W sensie psychologicznym i egzystencjanym
jest naszą prawdą najwyższą, naszym Życiem, stanem naszej jaźni. To jest
tekst doskonały, nigdy i przez nikogo do końca nie zwerbalizowany. Próbą
zwerbalizowania jest tekst istotny: mit religijny, poezja, literatura, czasem -
filozofia. Po to jednak, by tekst ten stał się światopoglądem, jako fakt społeczny,
musi być przełożony na tekst banalny, wyjaśniający ludzkiej potoczności, o
co w tekście istotnym chodzi. Jest to zadanie dla kaznodziei i profesorów.
(Profesorów na etacie, zaznaczam, profesor nie na etacie może głosić również
teksty istotne. Tekst niniejszy jest, oczywiście, tekstem banalnym. Póki co
jestem profesorem na etacie.)
Dalsze
losy tekstu, który zbanalizował się i wszedł do użytku jako światopogląd
w sensie socjologicznym - komplikują się. W miarę postępów w
upowszechnieniu i banalizacji, tekst coraz bardziej “odkleja się”
od życia i jaźni, staje się pustym banałem. W miarę jak staje się on coraz
bardziej pustą formą, kaznodzieje, profesorowie i ideolodzy powtarzają go z
rosnącą zawziętością, jako swoiste zaklęcie.
Pojawia
się tu jednak nowe zjawisko. Wygłaszanie tych zaklęć i banałów staje się
swoistym sposobem bycia, zawierającym znów ukryty, awerbalny światopogląd, a
więc i tekst, całkiem odmienny od wygłaszanego, często zaprzeczający mu.
Szerzej o tym powiem Państwu, gdy będę mówił o sposobach bycia. Tu ogólnie.
Ewolucja
tekstu od żywiołu życia i awerbalnego tekstu domu, obrzędu, transu
religijnego ku tekstom istotnym, jakimi jest poezja, sztuka, mit religijny i od
nich ku tekstom banalnym - ta ewolucja jest równocześnie ewolucją systemów
światopoglądowych, jakimi są religie, społeczeństwa teokratyczne i
dwudziestowieczne systemy totalitarne. Narodziny tych systemów, ich
petryfikacja i upadek - są dziejami tekstu zamkniętego w cyklu: tekst doskonały
- tekst istotny - tekst banalny - nowy ukryty tekst w sposobie bycia.
Powinno
to być przedmiotem rozważań odrębnej dyscypliny naukowej: socjologii światopoglądu.
Dyscypliny takiej póki co nie ma. Niniejszym chciałbym ją Państwu i sobie
ufundować.