Włodzimierz Pawluczuk

Światopogląd a sposób życia.                      Wykład szósty:

O życiu pełnią.

 

 

O

Zacznę od konstatacji, których dokonałem na poprzednim moim wykładzie.

 

U większości ludzi sens odnajduje się w światopoglądach ułomnych i mitonemach. Światopoglądy w pełnym tego słowa znaczeniu funkcjonują na obrzeżach życia.

 

Podstawową formą światopoglądu ułomnego i sposobu zakorzenienia człowieka w świecie są mitonemy życia rodzinnego i erotyki.

 

Mitonemy życia rodzinnego i erotyki muszą być zgodne z panującym ładem społecznym.

 

Ład społeczny nie musi być zgodny z wyznawanym oficjalnie światopoglądem. Uznawany oficjalnie światopogląd jest najczęściej światopoglądem martwym. Ład społeczny musi być natomiast zgodny z przyjętymi mitonemami, wyrażającymi światopoglądy ułomne.

 

Zgodność ładu społecznego z wzorami życia rodzinnego i ludzkiej codzienności w ogóle z uznawanym światopoglądem, jako takim, jest rzeczą rzadką - jest krótkotrwałym z reguły etapem rewolucyjnych przemian, utopijnych eksperymentów budowy takiego ładu.

 

Mitonemy życia rodzinnego w czasach nowożytnych układają się w triadę: życie udane, życie szczęśliwe, życie pełnią. 

 

Mitonemy te odpowiadają trzem odrębnym ideom ładu społecznego: a/ ład feudalny dworski i postfeudalny wiejski - życie udane; b/ ład społeczeństwa otwartego o orientacji rynkowej - życie szczęśliwe; c/ nowy ład określany mianem globalizacji - życie pełnią.

Śledzenie mitonemów życia rodzinnego i erotyki łatwiejsze jest - ze względów wręcz technicznych - na przykładzie mitonemów życia kobiety niż mężczyzny. Nie znaczy to, rzecz oczywista, że przemiany te nie dotyczą również mężczyzny. Są one jednak metodologicznie bardziej klarowne w odniesieniu do idei szczęścia kobiety, niż mężczyzny.

 

Mitonemy życia rodzinnego i erotyki w naszym kręgu cywilizacyjnym są pochodną krzyżowania się dwóch mitów: biblijnego mitu patriarchalnego, gdzie kobieta jest dodatkiem do mężczyzny, rodzajem jego inwentarza i heretyckiego mitu miłości romantycznej wykreowanego przez rycerski epos.

Wymienione tu trzy mitonemy życia rodzinnego są różnymi wariantami dwu sprzecznych tendencji i sprzecznych potrzeb: a/ potrzeby domu i rodziny; b/ potrzeby miłości romantycznej i przygody. Mitonem życia udanego realizuje tylko pierwszą potrzebę, mitonem życia szczęśliwego usiłuje pogodzić obie potrzeby, mitonem życia pełnią realizuje tylko potrzebę drugą.

 

Tyle w ramach konstatacji tez dotychczas między nami względnie uzgodnionych. Przejdę teraz do postawienia głównych założeń dzisiejszego wykładu.

Mitonem życia szczęśliwego sankcjonował życie prywatne osoby zindywidualizowanej, ale zakorzenionej w określonym środowisku: rodziny, rodu, wspólnoty religijnej, społecznej, etnicznej, narodowej. Mitonem życia pełnią sankcjonuje życie prywatne człowieka bez zakorzenienia, obywatela świata, produktu i nosiciela idei globalizacji.

Mitonem życia pełnią prowadzi do głębokich modyfikacji sytuacji człowieka w świecie przez totalne wykorzenienie z etniczności, domu, społecznej i kulturowej przestrzeni, a przez to - do problemów z własną tożsamością,

 

3. Mitonemy życia udanego, życia szczęśliwego, życia pełnią nie mają nic wspólnego ze swoimi aksjologicznymi, czy filozoficznymi odpowiednikami. Życie udane nigdy nie jest “doskonale udane”; zawsze mogłoby być bardziej udane. Życie szczęśliwe jako realizacja mitonemu, jest z istoty swej nieszczęśliwe. Życie pełnią jest najczęściej życiem w pustce i próżni.

 

Zanim przejdę do rozwinięcia tych tez, słów kilka o różnicy między mitem a mitonemem, jako że pojęciami tymi często się w wykładach tych posługuję.

 

Przez mit rozumiem tu przekaz, który konstytuuje święty kosmos legitymizujący zarówno ład społeczny, jak i ludzką codzienność. Posługuję się tu, jak łatwo zauważyć, terminologią Petera Bergera. Żywy mit składa się zatem zawsze z dwu członów: archetypowej, metafizycznej opowieści i powinności (najczęściej obrzędowych). Kiedy mit, jako źródło Życia, wygasa, zastępuje go światopogląd, który - jak widzieliśmy to na poprzednich wykładach - składa się z tych samych dwu członów, ale ujętych rozumowo: zarysu metafizyki i wynikających stąd powinności. Mitonem zatem jest mitem ułomnym, Rougrmount nazywa go “mitem zdegradowanym”. Ja pozostanę przy pojęciu “mitonem”.

 

Mitonem zatem ma coś w sobie z heideggerowskiego Się. “Robi się”, “kocha się”, "walczy się" itd. Kupuje się nowe meble, zarabia się pieniądze, tapetuje się na nowo ściany w modne kolory, chociaż nie ma żadnych metafizycznych uzasadnień na te wysiłki. Żyje się, kocha się, buduje się... I tak dalej.

 

W poprzednim wykładzie pokazałem, iż życie szczęśliwe nigdy nie jest do końca szczęśliwe. Znaczy to, iż mitonem życia szczęśliwego z istoty swej jest nie do zrealizowania. Ludzie jednak żyją w tym mitonemie, realizują w nim swe radości i troski, swe bóle i swe ułomne szczęście, swe nadzieje i swe niepokoje.

 

Mówię tu zatem o mitonemie życia szczęśliwego, a nie o szczęściu jako takim. Ten ostatni temat jest zbyt złożony i staram się go omijać. Słów kilka jednak o tym powiem.

Świadomość bycia szczęśliwym jest autorefleksją i jako taka jest pewnego rodzaju samooszustwem lub oszustwem. 

 

Świadomość bycia szczęśliwymi mają dziś, gdy piszę te słowa, bojownicy al Kaidy otoczeni w górach Hindukuszu, którzy przyszli tam, z całą świadomością po to, żeby ponieść niechybną śmierć w imię Allacha. Gazety donoszą, iż Amerykanom nie dało się pojmać ani jednego jeńca al. Kaidy - giną w walce do końca lub popełniają samobójstwa. 

 

Szczęśliwi byli męczennicy chrześcijańscy, którzy ginęli w imię Chrystusa. Szczęśliwy był Szymon Słupnik i jemu podobni którzy mieszkali na dwudziestometrowych słupach. Szczęśliwy był na swój sposób genialny bandyta Jean Genet, kiedy w kolonii karnej powtarzał z dumą i poczuciem wyższości: “och, jak ja cierpię!” Kobieta mówi czasem: “ale ja naprawdę jestem szczęśliwa” - właśnie wtedy, kiedy inni z głębokim powątpiewaniem dopytują się: “jak ty potrafisz z nim wytrzymać?” Podobnie z hedonistyczną koncepcją życia jako przyjemności i rozkoszy. Największą rozkoszą dla sadomasochisty jest chwila, gdy jest biczowany i poniżany. I tak dalej.

 

Ale też kobieta żyjąca w mitonemie pełni mówi do partnera, którego opuszcza: “ja chcę być szczęśliwa i muszę być szczęśliwa”, “ze swego szczęścia ja nie zrezygnuję”. Filofowie zajmujący się tym tematem, zgodnie twierdzą, iż szczęścia się nie znajdzie, kiedy szuka się szczęścia, jako takiego. Szczęście odnajduje się, kiedy szuka się Czegoś i pragnie się Czegoś z całą namiętnością, na jaką człowieka stać, ale nie wówczas, kiedy szuka się szczęścia na zamówienie. Podobnie z przyjemnością. To tak zwany paradoks hedonistyczny. Kobieta, zatem, która to powiedziała, nigdy już szczęścia nie znajdzie, może najwyżej stroić stosowne miny i pozy, by oszukać otoczenie i samą siebie.

Europa w XVIII stuleciu odkrywa nagle, iż człowiekiem prawdziwie szczęśliwym jest człowiek dziki. Ale “człowiek dziki” nie wiedział, że jest szczęśliwy i nikomu o tym nie mówił. Ci, którzy mówią o sobie, że są szczęśliwi, starają się coś ukryć, czy ugłaskać - starają się ukryć, czy ugłaskać dramat Życia.

 

Europa odnajduje człowieka żyjącego w micie i ogłasza go, jako człowieka szczęśliwego - wówczas, kiedy sama zagubiła swój mit i brak ten usiłuje załatać światopoglądem.

Zarówno światopogląd jak i mit jest totalnością, ogarnia całość, która może być przedmiotem ludzkiego doznania i ludzkiego namysłu. Mitonemy i dające się z nich wyprowadzić światopoglądy ułomne, totalnością nie są - brak im metafizycznego zwieńczenia. Jeśli uznać, iż prawdziwym szczęściem jest odnalezienie sensu swego życia i poczucie spełnienia, to jest to możliwe tylko przy życiu w micie lub światopoglądzie, przy świadomości i poczuciu jedni, czy identyczności z mitem, Absolutem, Transcendencją, Prawdą, Dobrem - czy jak to nazwiemy. To wydaje się oczywiste i nie będę na ten temat się rozwodził. Ale stąd wypływa inna prawda oczywista: żyjąc w mitonemach, zwieńczenia tego nie uzyskujemy, są to bowiem jakieś odległe okruchy zagubionych mitów i światopoglądów, może - nędzne ich ochłapy. Oczywiście, były kiedyś wielkie systemy filozoficzne mówiące o szczęściu i przyjemnościach, jako celu ludzkiego życia - eudajmonizm, hedonizm, utylitaryzm, libertynizm. Istnieje też żywy wciąż system Junga, który jest swoistą nauką o pełni. Być może nawet te kierunki wywarły jakiś wpływ na ukształtowanie się mitonemów życia szczęśliwego i życia pełnią. Tego dokładnie nie wiem. Trzeba byłoby to odrębnie przestudiować, ale tu szkoda na to czasu. Tak czy inaczej, jeśli nawet istniał taki związek, to dziś jest on całkowicie zerwany. Kobieta, która żyje dziś pełnią nie szuka natchnienia do takiego życia w filozofii Epikura, czy psychologii Junga i nie zagląda do tych dzieł, by się przekonać, czy postępuje racjonalnie, jako poszukiwaczka szczęścia, czy pełni. Nie zagląda nawet do Tatarkiewicza. Mam na myśli jego książkę O szczęściu. Gdyby tu, czy tam zajrzała, przekonałaby się, iż prawdziwe szczęście i prawdziwa przyjemność, to sprawy niezmiernie skomplikowane, a jeszcze bardziej skomplikowana jest pełnia. Być może poznałaby ideę pełni, ale straciłby swój urok mitonem życia pełnią, prysłby jak senne urojenie.

Skąd jednak kobieta żyjąca mitonemem pełni czerpie owo natchnienie i gdzie zagląda w momentach strapienia i niepewności?

 

Zagląda do poradników. Bridget Jones, z głośnej powieści H. Fielding, ma ich kilkadziesiąt, może nawet więcej - na każde strapienie i każdą okoliczność. To samo jej koleżanki - przy każdej poważniejszej rozmowie ciągle powołują się na jakiś przewodnik. W książce jest scena, kiedy partner bohaterki ogląda jej przewodniki, wymieniając tytuły, potem odbywa się interesująca rozmowa. 

Oto niektóre tytuły: Czego chcą mężczyźni? Wychodzenie z współzależności z mężczyzną, który nie potrafi się zaangażować. Jak kochać żonatego mężczyznę nie wpadając w obłęd? Jak w trzydzieści dni znaleźć idealnego partnera? Jak odnieść sukces? Szczęście w pojedynkę. Nie użeraj się drobiazgami. Siedem nawyków ludzi sukcesu. Itp.

Przynajmniej niektóre z wymienianych w książce Fielding tytułów poradników można bez trudu znaleźć również na polskim rynku wydawniczym.

 

Przytoczę fragment rozmowy, którą przy okazji bohaterka toczy ze swym partnerem, Markiem:

- Bridget, poradniki to nie religia.

- Ależ tak, to nowa forma religii. To prawie tak, jakby istoty ludzkie były strumieniem wody, więc kiedy postawi się im przeszkodę na drodze, spieniają się wokół niej i falują w poszukiwaniu innej ścieżki.

- Spieniają się i falują, Bridget?

- Mam na myśli to, że kiedy upada zorganizowana religia, ludzie zaczynają szukać innego zestawu zasad. I rzeczywiście, jak już mówiłam, gdybyś się przyjrzał poradnikom, to byś dostrzegł, że mają wiele wspólnego z innymi religiami.

- Na przykład...? - spytał, gestykulując zachęcająco.

- No, z buddyzmem i...

- Nie, nie. Co mają wspólnego?

- No... - zaczęłam, wpadając w lekką panikę, bo na razie teoria ta nie jest jeszcze dobrze rozwinięta.- Pozytywne myślenie. W Inteligencji emocjonalnej jest napisane, że najważniejszy jest optymizm, że wszystko się ułoży. Oczywiście, również wiara w samego siebie, jak piszą w Emocjonalnej pewności siebie. A jak się przyjrzeć chrześcijaństwu...

- Taaak?

- No na ślubach zawsze czytają taki kawałek, który mówi o tym samym: “Przetrwają trzy rzeczy: wiara, n a d z i e j a i miłość”. Ważne jest też życie chwilą - o czym mowa w Drodze rzadziej uczęszczanej i w buddyzmie.

Mark patrzył na mnie, jakbym zwariowała.

I umiejętność wybaczania. W Możesz uleczyć swoje życie jest napisane, że pielęgnowanie w sobie urazy ma na człowieka zły wpływ i że trzeba wybaczać innym.

Bohaterka popada w panikę, kiedy pojawia się sytuacja do której nie znajduje odsyłacza do odpowiedniego poradnika. Czytamy:

“Przez chwilę miałam mętlik w głowie. W żadnym ze swoich poradników nie spotkałam się z tym, jak radzić własnemu ojcu w kwestii wynajmowania sobie żigolaka przez własną matkę”

Zatrzymajmy się zatem chwilę nad tym utworem, który obiegł świat i szybko został zekranizowany.

Niezależnie od wątku fabularnego tej powieści, czy raczej cyklu powieściowego, przedstawiona w niej atmosfera duchowa i przeżycia bohaterki lokują ją w analizowanym tu mitonemie pełni.

Bohaterka powieści, pomyślanej jako ciąg pamiętników i wyznań osobistych - jest osobą trzydziestoletnią, dobrze prezentującą się dziennikarką telewizyjną, kobietą sukcesu, obdarzoną autorefleksją i mającą kłopoty z własną tożsamością. O sobie mówi, iż jest wychowana na “Cosmopolitanie”.

Mając kłopoty z kolejnym swoim partnerem, Danielem, pisze:

Mądrzy ludzie powiedzieliby, że Daniel powinien mnie pragnąć taką, jaką jestem, ale wychowałam się na “Cosmopolitanie”, zostam wpędzona w kompleksy przez supermodelki i nadmiar psychotestów i wiem, że ani moja osobowość, ani moje ciało nie sprostają żadnym standartom, jeśli pozostawię je samym sobie.

 

Lektura polskiej edycji Cosmoolitanu, a zwłaszcza listów czytelniczek, zdaje się wskazywać, iż pismo rzeczywiście jest dla nich źródłem jakiegoś quasi-religijnego oświecenia. Oto przykład:

“ Jak cudownie jest być kobietą! Jeszcze całkiem niedawno nie lubiłam własnego ciała, nie wierzyłam w siebie. Cosmo otworzyło mi oczy. Zrozumiałam, że moje kobiece “ja” to skarb, który trzeba pielęgnować, a jego piękno pokazać światu. Stałam się Cosmodziewczyną: silną, niezależną, przekonaną o własnej wartości i pełną wewnętrznej siły. Mam dopiero 20 lat, a lektura Cosmo dostarczyła mi wiedzy, której zdobycie zajęłoby mi wiele trudnych lat. Poznałam tajniki seksu, relacji międzyludzkich, drogi do kariery, mody i wielu innych. Cosmo to mój lek na chandrę i sposób na poszukiwanie siebie. Po prostu cieszę się życiem. (...) Magia wiary w siebie zdziałała cuda, czuję się atrakcyjna, lubiana, kochana.”

 

Spróbuję w tym miejscu możliwie jak najkrócej ująć przesłanie światopoglądowe tych poradników i Cosmopolitanu.

Celem życia jest szczęście, rozumiane jako kariera i pełnia przeżyć, zwłaszcza - przeżyć erotycznych. Drogą, która do tego prowadzi jest autokreacja i autosugestia, określana najczęściej jako wiara w samego siebie, pozytywne myślenie, panowanie nad emocjami. Podstawową wartością kobiety jest jej ciało i pełnia doznań seksualnych, które należy cenić i umiejętnie pielęgnować.

Te umiejętności autokreacji i autosugestii życia pełnią oprócz licznych publikacji, kształcone są praktycznie podczas różnorakich “warsztatów”, znalazły też one, o ile wiem, swoje miejsce w praktyce psychiatrów i psychoterapeutów w poradniach dla kobiet załamanych, zwłaszcza - w sytuacjach porozwodowych. Spróbujmy bliżej określić wewnętrzną zawartość mitonemu życia pełnią w parciu o Dziennik Bridget Jones i inne pochodne dzieła literackie, przesłanie pisma Cosmopolitan będące swoistym organem tego mitonemu i liczne, modne dziś poradniki życia.

 

Tą cechą jest przede wszystkim wykorzenienie. Wyizolowanie z naturalnego środowiska przede wszystkim ze środowiska rodziny, zerwanie związków z własną tradycją etniczną. W dalszej konsekwencji wykorzenienie ze środowiska geograficznego i ze swej społecznej i biologicznej istoty kobiety. Matka Bridget, też kobieta wyzwolona, która mając męża ufundowała sobie kolejnego kochanka, poucza córkę:

“Wszyscy potrzebujemy przyjaciół, kochanie! Nawet w najlepszym małżeństwie jedna osoba nie wystarczy - powinniśmy mieć przyjaciół w każdym wieku, każdej rasy, wyznania i każdego plemienia, należy rozszerzać swoją świadomość na każdym...”

To wyizolowanie z rodziny i etniczności daje o sobie znać szczególnie w stosunku do tradycyjnych świąt i uroczystości. Jest to wieczna udręka kobiety wyzwolonej.

 

Bridget nie znosi świąt i uroczystości rodzinnych. Kobieta wyzwolona w ogóle nie znosi świąt i uroczystości rodzinnych. Oto zbiór cytatów wziętych z polskiej edycji Cosmopolitanu z grudnia 1997 r. z teksów będących swoistym poradnikiem, jak wyzwolona Polka powinna traktować zbliżające się święta Bożego Narodzenia:

“Mało kto potrafi tak wyprowadzić z równowagi, jak rodzina. (...) Tuż po świętach odnotowuje się nagły wzrost samobójstw i wizyt u psychoterapeutów.(...) Dla naszego rozwoju konieczne jest uświadomienie sobie własnych pragnień, a to wymaga uwolnienia się od spełnienia oczekiwań innych ludzi. Osoba dwudziesto- czy trzydziestoletnia ma prawo szukać własnych sposobów na życie, zamiast powielać nawet najpiękniejsze tradycje rodzinne.

Bądź konsekwentna. Rodzice mogą mówić o tradycji i twojej niewdzięczności, mama może się nawet rozpłakać. Spróbuj mocno wziąć się w garść i oznajmić: “ Wiem, że czujecie się zawiedzeni, ale chcę wyjechać w góry”.

 

To propozycja negatywna: czego nie należy czynić i jak odmówić. Jest też propozycja pozytywna, co należy czynić. Rozpoczyna się tak:

“Święta inaczej” również wymagają przygotowań, ale niezbyt uciążliwych. Po pierwsze włącz automatyczną sekretarkę i ścisz ją do minimum, aby wam nie przeszkadzała. Następnie stwórz odpowiednią atmosferę: przygotuj spory zapas świec, zadbaj, by w pokoju panowała atmosfera odpowiednia dla nudystów, postaw wazony z kwiatami, zapal kadzidełka, dobierz nastrojową muzyką. Co będziecie robić, kiedy wejdziecie do łóżku? Przedstaw swoje propozycje, by stały się dla was źródłem inspiracji".

 

Życie pełnią nie sprowadza się jednak wyłącznie do wykorzenienia z rodziny i etniczności, rozciąga się ono na wykorzenienie z przestrzeni fizycznej i wszelkiej rzeczywistości realnej fizycznie; w ostatecznej konsekwencji - do wykorzenienia ze swej ludzkiej istoty.

Bohaterka powieści Fielding dowiaduje się, iż na pytanie, dlaczego rzucił Bridget poprzedni jej partner, ten miał powiedzieć: “jak można chodzić z kimś, kto nie wie, gdzie leżą Niemcy?”. Bridget, Angielka, rzeczywiście ma trudności z określeniem najbliższych sąsiadów Niemiec. Komentuje:

“W dzisiejszych czasach nie trzeba koniecznie wiedzieć, gdzie leży jakie państwo, skoro żeby się tam dostać, wystarczy kupić bilet na samolot. Przecież w biurze podróży nikt cię nie pyta, nad jakimi krajami będziesz przelatywać, prawda?”

Na wakacje wyjeżdżają z przyjaciółką do Tailadii, na jakąś wyspę hipisów, ale nie odnajdują tam nic prócz tego, co same ze sobą wniosły: walka z nadwagą, ładna opalenizna, seks. Przyjaciółka wdaje się w romans z przypadkowym facetem, w rezultacie którego obie zostają obrabowane, a bohaterka trafia do więzienia pod zarzutem przewożenia narkotyków.

 

To wykorzenienie z etniczności i przestrzeni kompensowane jest poczuciem wspólnoty mającej cechy sprzysiężenia, wyznania, czy sekty. Ośrodkiem jest pismo Cosmopolitan, wokół którego tworzy się wspólnota “kosmosióstr”. W centrum uwagi jest własna płciowość i możliwość jej użycia, jako źródła przyjemności, mocy i kariery. Zilustruję to przykładem. Każdy numer polskiej edycji Cosmopoplitanu otwiera felieton naczelnej redaktor polskiej edycji, Grażyny Olbrych. Jest on z reguły wypunktowaniem jakiejś szczególnie ważnej dla czytelniczek sprawy lub wydarzenia. W 7 numerze z r. 2000 autorka relacjonuje swój pobyt na Bahamach. Przytoczę tekst felietonu prawie bez skrótów:

“Byłam na Bahamach na konferencji dla Cosmosióstr, czyli wszystkich redaktorek naczelnych wszystkich edycji Cosmopolitan. Taki zlot czarownic, a jest nas coraz więcej , tzn. już 40. bawiłyśmy się świetnie, jak zawsze, i choć może wydawać się, że nic z tego nie wynika dla Ciebie, to jak zwykle pozory mylą. Po raz kolejny okazało się, że nie różnimy się zbytnio od Francuzek czy Argentynek. Mamy te same problemy i cieszą nas te same rzeczy. To daje poczucie siły i przekonanie, że nie jesteśmy same w trudnych chwilach. Oprócz wspaniałych redaktorek poznałam na tej konferencji dwie zupełnie niezwykłe kobiety. Pierwsza to dr Ruth westheimer. Drobniutka, siwiutka, starsza pani (76 lat). jej witalność jest porażająca. Dr Ruth jest doktorem socjologii, ale całe życie zajmowała się seksem (to dopiero życie!). Przywiozłam też specjalną radę dr Ruth dla moich czytelniczek. Otóż, kiedy jedziesz samochodem i zatrzymujesz się na światłach, nie trać czasu, ćwicz mięśnie Kegla. Możesz przy tym zajrzeć do samochodu obok i puścić oczko do siedzącego tam przystojniaczka. Druga kobieta to Eve Ansler, autorka książki “The vagina monologues”, czyli “vaginalnych monologów”. Jest to zbiór wywiadów z kobietami na całym świecie, opowiadającymi o swoich vaginach. Uśmiechasz się? Nie  jest to książka pornograficzna, ani nawet eksibicjonistyczna. Autorce chodzi raczej o nazywanie rzeczy po imieniu. Vagina nie musi być cipką, myszką, broszką, brzoskwinką czy szkatułką. czasem powiedzenie “vagina” i zastanowienie się nad nią powoduje odblokowanie i stawienie czoła własnej seksualności, powstałym jeszcze w dzieciństwie lub w wieku dorastania.”

 

Z tym wykorzenieniem związany jest paniczny lęk przed zaangażowaniem - przed zaangażowaniem w trwały związek z partnerem, w rodzinę, w cokolwiek.

“Cały cholerny świat odczuwa cholerny lęk przed zaangażowaniem - mówi jedna z bohaterek powieści Fielding - Żyjemy w kulturze trzyminutowej. W globalnym kryzysie koncentracji uwagi.”

 

Bridget marzy o spełnieniu się w świecie, jako kobiety. Podstawową formą spełnienia kobiety jest bycie matką. Kiedy się jednak dowiaduje, że jest w ciąży (jak się wkrótce okazuje - urojonej), przeżywa niepokój.

 

“Koniec wyjścia z dziewczynami, zakupów, flirtów, seksu, wina i papierosów. Stanę się ohydnym skrzyżowaniem inkubatora z mleczarnią, które nie będzie się nikomu podobać i nie wejdzie w żadne moje spodnie, zwłaszcza w nowiutkie wściekle zielone dżinsy od Agnes B. To rozdwojenie jest zapewne ceną, jaką muszę zapłacić za to, że zostałam nowoczesną kobietą, zamiast jak Bóg przykazał w wieku lat osiemnastu poślubić Abnora Rimmingtona, kierowcę autobusu z Northampton.”

Innym razem koleżanki prowadzą taki oto dialog:

- “Stanowczo za dużo kobiet marnuje młodość na rodzenie dzieci po dwudziestce, trzydziestce i czterdziestce, chociaż powinny w tym czasie robić karierę. Pomyślcie tylko o tej kobiecie z Brazylii, która urodziła w sześćdziesiątej wiośnie życia.

- Hura! - wykrzyknęłam. - każdy by chciał mieć dziecko, ale to jedna z tych spraw, które chce się osiągnąć za dwa, trzy lata.”

Jest to też wykorzenienie z przestrzeni społecznej. Przestrzeń, w której się porusza bohaterka Fielding, jest przestrzenią wirtualną komercyjnie zorientowanych kiczowatych programów telewizyjnych. Codziennie odbywa się odprawa z szefem programu:

“ Ruszcie głowami - mówił, podskakując i gestykulując rękami - Myślę: nabożeństwo o dziewiątej. Myślę: rozpustni pastorzy. Myślę: dlaczego kobiety lecą na pastorów. No? Za co wam płacę? Wymyślcie coś.

Myślę młodzi bezrobotni, szlifowanie bruków, transmisja na żywo. Bridget, gdzie są, kurwa, ci młodzi bezrobotni?”

 

Młodzi bezrobotni, niestety, odmawiają udziału w tym programie. Podczas wyborów parlamentarnych w Anglii bohaterka ma przedstawić Blairowi żądanie ogłoszenia Kodeksu chodzenia na randki i pracuje nad takowym.

Wykorzenienie z etniczności, z przestrzeni geograficznej i społecznej, prowadzi do zakwestionowania biologicznego statusu kobiety i kłopotów z jej tożsamością. Widzieliśmy to na przytoczonym przykładzie konfliktu między zasadą kariery, a zasadą macierzyństwa. “Kobieta pełni” jest rozdwojona między potrzebą pozostania kobietą, a dążeniem do zajęcia męskich ról społecznych , a nawet biologicznych. Z okazji Dna Kobiet tygodnik Wprost opublikował swoisty manifest feministki Iwony Konarskiej. Oto ciekawsze fragmenty:

“ Właściwie coraz mniej jest kobiet, które nie radzą sobie bez mężczyzny. W tym manifeście ważne jest to, że geny nam sprzyjają.

Kobiety rzadziej popełniają samobójstwa, mniej biorą i ciszej piją. Lepiej zniosły deportacje i bombardowania Londynu. Trzy razy mniej mają wrzód żołądka, pięć razy rzadziej zawał serca. Powinnyśmy skupić się na sobie - żyjemy o osiem lat dłużej od mężczyzn.

Z rozmnażaniem też nie będzie już kłopotu. W tej sprawie nadeszły wiadomości z Chicago. Naukowcy ogłosili, że “potrafią wykluczyć plemnik z procesu zapłodnienia i uczynić kobiety samowystarczalnymi”.

Im powinno być wszystko jedno. Przecież mężczyźni w ogóle nie przeżywają orgazmu. To, co się nimi dzieje, seksuolodzy porównują do rozładowania kondensatora. W mitologii greckiej wróżbita Terezjasz na 10 lat został zamienony w kobietę. Miał rozstrzygnąć spór Zeusa i Hery - czy lepiej być kobietą, czy mężczyzną. Wróżbita skupił się tylko na seksie i stwierdził, że kobiety mają 10 razy lepiej niż mężczyźni”.

 

A propos orgazmu. Pismo Cosmopolitan pełne jest różnorakich porad, jak uzyskać szczyt rozkoszy w seksie. Nie będę nimi tu Państwa częstował. Wspomnę wszakże o dość osobliwej informacji, jaką przeczytałem niedawno, gdy przygotowuję ten wykład, w Gazecie Wyborczej. Niestety, wycinek gazety gdzieś zagubiłem, a szukać tego szkoda czasu, przytoczę więc informację z pamięci, nie ręcząc za szczegóły techniczne. Otóż ostatnio wynaleziono w Ameryce urządzenie elektroniczne, służące do uzyskiwaniu orgazmu. Aparatura wszczepiana jest kobiecie w pośladek i za naciśnięciem odpowiedniego guzika uzyskuje się szczyt seksualnej rozkoszy. Bez problemów, z którymi się męczy Bridgit Jones.

 

Nie mówiłbym tu Państwu o tych dziwactwach, gdyby nie były to swoiste symptomy czasu. Nie wdając się tu w szczegółowe rozważania na z obszaru filozofii erotyki i seksu, powiem tylko to, co wydaje mi się oczywiste samo przez się. Seks był zawsze uwikłany w dramat życia z całym bagażem jego eschatologicznych i mistycznych znaczeń. Na tym zbudowane są wszystkie religie i cywilizacje. Ład społeczny zawsze musi mieć swoją odpowiedniość w podstawowych mitonemach rodziny, erotyki seksu. Ostatecznie zarówno kobiecie i mężczyźnie zawsze były dostępne stokrotnie prostsze i łatwiejsze sposoby rozładowania potrzeb seksualnych, jak chociażby masturbacja, zoofilia, czy coś tam jeszcze. Ludzkość, czy może sama natura człowieka, wymyśliła jednak szereg zakazów, utrudnień, dramatów: miłość, wierność, niewierność, zdrada, tragedia, śmierć samobójcza i niesamobójcza, aż po wojny, jak ta wojna trojańska.

 

Wróćmy jeszcze do bohaterki powieści Fielding. Pragnie ona znieść te obyczajowe utrudnienia, bo religijne dawno już zniesiono. Pisze:

“Poczułam znajome ukłucie zazdrości na myśl o luzie w świecie gejowskim, gdzie ludzie bez namysłu chodzą ze sobą do łóżka, bo obaj mają na to ochotę, i gdzie nikt nie zawraca sobie głowy odbębnieniem trzech randek i nie zastanawia się, ile czasu trzeba odczekać, zanim się zadzwoni”.

Opowieść o Bridget Jones - zarówno w wersji książkowej jak i filmowej kończy się heppy endem: wraca do starego swego przyjaciela, Marka i wszystko jest ok. Ciekawe co będzie dalej, autorka zapowiada bowiem następną część pamiętnika. W każdym bądź razie Cosmopolitan przestrzega swoje zakochane w mężczyźnie czytelniczki czytelniczki przed zbytnim zbytnim zaangażowaniem się i zatraceniem się w miłości. Kobieta powinna być zawsze gotowa na rozstanie i pracować nad tym, zwłaszcza wtedy, kiedy jest śmiertelnie zakochana. Daje nawet szczegółowe instrukcje, jak tego uniknąć. Czytamy:

“Stało się: w pędzie do doskonałego związku zatarły się granice między tym, co jest dobre dla ciebie, a tym, co chce “my”. (...) Pomyśl, co by stało, gdyby w tym momencie skończył się wasz związek? Jaką pystką zostałabyś otoczona? (...) Lepiej chyba więc ruszyć na poszukiwanie swego ja już dzisiaj, kiedy między wami jest nadal pięknie i kiedy nie zagubiłaś się tak bardzo, żeby nie wiedzieć, że już nie jesteś sobą.”

 

Skoncentrowałem się tu na mitonemach kobiety, ponieważ los rodziny i klucz do mitonemu erotyki spoczywa dziś przede wszystkim w rękach kobiety. O mężczyźnie epoki globalizacji postaram się powiedzieć w następnym wykładzie. Tu jednak wspomnę o swoistym manifeście onanistów, który się ukazał, o ile pamiętam, dwa lata temu w Gazecie Wyborczej. Seks mężczyzny z kobietą to ambaras niebezpieczny, kłopotliwy i zbyteczny. Najprostszy, godny mężczyzny sposób rozwiązania swych problemów seksualnych to onanizm. Można to traktować jako męską reakcję na skrajny feminizm. W jednym i drugim przypadku próbuje się usunąć kulturowy ambaras stosunków między kobietą a mężczyzną, który jest cechą gatunkową człowieka, ostoją wszystkich religii i cywilizacji, źródłem największych nieszczęść i najwyższych wzlotów ducha ludzkiego. Jeszcze groźniejszym objawem jest swoista ideologia powszechnego incestu, widoczna zwłaszcza w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych, podważająca inną, niemniej ważną cechę gatunkową człowieka. Jest to jednak problematyka zbyt ważka, bym mógł ją godnie podjąć na tym wykładzie.

 

Wróćmy zatem jeszcze raz do bohaterki powieści H. Fiedling. Cytat, który za chwilę przytoczę jest według mnie najważniejszy w powieści. Bez niego nie byłoby sensu poświęcać temu tekstowi tyle uwagi.

Dom bohaterki nawiedza nagle swoisty horror. Matka bohaterki wdaje się w romans z facetem, który okazuje się być kryminalistą, prawdopodobnie zaprzepaszczony jest cały majątek rodziny, a matka staje się zakładniczką w rękach niebezpiecznego kryminalisty. Bohaterka relacjonuje atmosferę domu i swój stan ducha:

“Kiedy dotarliśmy na miejsce było bardzo dramatycznie. Una i Geoffrey Alconbury oraz Brian i Mavis Endebry miotali się po całym domu, wszyscy płakali, a Mark Darcy chodził wielkimi krokami po pokoju z telefonem przy uchu. Było mi trochę wstyd, bo mimo okropności sytuacji rozkoszowałam się tym, że normalność została zawieszona, wszystko jest inaczej niż zwykle, i mogę wlewać w siebie sherry i pożerać kanapki z pastą łososiową, jakby było Boże Narodzenie. Czułam się dokładnie tak samo, jak kiedy babcia dostała schizofrenii, uciekła nago do sadu w Husbands-Bosworthów i trzeba było zrobić obławę policyjną.”

 

Wchodzimy tu, jak sądzę, w obszar problematyki dla zdiagnozowania stanu naszej cywilizacji i jej ewentualnych dalszych losów. W ostatnich dekadach nastąpiło zdecydowane przesunięcie człowieka, nasze człowiecze bytowanie z rzeczywistości realnej ku rzeczywistości wirtualnej. Jaki jest status ontyczny tej wirtualnej rzeczywistości, nie mogę w tej chwili precyzyjne określić. Na pewno nie istnieje ona realnie, tak jak istnieją rzeczy. Nie mogę zobaczyć swoich pieniędzy zdeponowanych w banku, ani ich dotknąć, ani polizać, bo ich tam nie ma. Podobnie nie mogę wskazać palcem ani zobaczyć programu Microsoft, ani nawet nie mogę powiedzieć, gdzie i jak istnieje określone dzieło filmowe. Mogę najwyżej doświadczać, czy oglądać swoiste epifanie tych tajemniczych, nierealnych, ale przecież jakoś tam istniejących bytów: wydruki bankowe mego konta, emitowany w telewizji film, zapis tego oto tekstu w Microsofcie. Ten wirtualny świat bliski jest idei nadprzyrodzonego w kulturach tradycyjnych - plemiennych i ludowych. W tym tajemniczym świecie - nierealnym, niewidzialnym, pozazmysłowym dzieją się co dzień rzeczy, które decydują o naszym świecie - tym realnym, widzialnym, zmysłowym. Codziennie dokonuje się miliony operacji finansowych, miliony dolarów przemieszcza się z kontynentu na kontynent. Ale tak naprawdę wiadomo, że nic się tam nie przemieszcza, najwyżej impulsy elektroniczne, ale o ich naturze nic sensownego nie może nam powiedzieć nawet wybitny fizyk. W tym wirtualnym świecie zwanym często cybersferą kryją się plany i narzędzia panowania nad światem w sensie ekonomicznym, militarnym, politycznym - każdym. Ale także kontr-plany jego demontażu lub zniszczenia - i odpowiednie do tego narzędzia. Ten wirtualny świat produkuje niekiedy w naszym realnym świecie byty urojone, epifanie ułomne, coś w rodzaju złych demonów - powstają urojone firmy, urojone fortuny, urojone banki, które od czasu do czasu pryskają w ciągu kilku dni, niczym bańki mydlane.

 

W tym oto urojonym świecie żyje trzydzietoletnia kobieta, bohaterka powieści Fiedling, typowa czytelniczka Comopolitanu, marząca o szczęściu i życiu pełnią. Żyje jednak na granicy światów, jest przecież realną osobą biologiczną, jak jej prababka z paleolitu. Może jednak nabyć elektroniczny stymulator, czego tamta nie mogła lub włączyć internet i ufundować sobie w chacie cyberrantkę, podczas której - jak twierdzą czytelniczki Cosmopolitanu - doznać można nieziemskich rozkoszy erotycznych. Paradoksalnie, kobieta ta marzy jednak o mężczyźnie z krwi i kości, który ma jedyną, wątpliwą chyba, zaletę, że istnieje realnie, poza tym - same wady i kłopoty.

 

Drogę ku szczęściu i pełni wyznaczają kobiecie współczesnej poradniki. Ale poradniki z istoty swej kreują sztuczny świat, niszczą autentyczny świat Życia. Świat Życia to miłość i nienawiść, radość i ból, nadzieja i agresja, wieczny dramat i wieczna pasja, aż po śmierć, która, jak twierdzi Heidegger, jest ciągle w nas obecna. Żaden z podręczników nie uczy, jak być agresywnym. Żaden z poradników nie uczy jak kochać pana Boga, albo jak z Nim się zmagać lub Go nienawidzieć. A to w tym obszarze, w ostatecznej instancji, rozgrywa się dramat Życia.

 

Bridget, choć wstydzi się to powiedzieć, w gruncie rzeczy pragnie katastrofy. Cieszy się z katastrofy. Czy to znaczy, że wszyscy tęsknimy za katastrofą? Podejrzewam, że tak. U białostockiego białoruskkiego pisarza Sokrata Janowicza znalazłem kiedyś takie mini-opowiadanie: rozpętała się burza, strzelił piorun, wybuch pożar. Wyszedłem na próg, patrzyłem i cieszyłem się - że świat istnieje.

No więc właśnie. W czwartym wykładzie powiedziałem, iż po ataku terrorystów na World Trade Center wszyscy się w gruncie rzeczy ucieszyli. Dziś, w pół roku po tym tragicznym wydarzeniu, euforia nadal trwa. Po błyskotliwym, choć wirtualnym zwycięstwie nad talibami, prezydent Bush rozgląda się, w kogo by tu uderzyć jeszcze i większość Amerykanów entuzjastyczne popiera go w tych zamierzeniach. Bin Ladena nie znaleziono, Al Kaidy nie zniszczono, ale przecież nie o to tu chodzi. Gdyby nawet Bin Ladena znaleziono, też niewiele to zmieni. Tęsknota za tak rozumianą katastrofą, za dramatem wydaje się bowiem tkwić głęboko na dnie zglobalizowanego świata i zglobalizowanego człowieka.

 

Zdaję sobie sprawę, że tu upraszczam. Świadoma, czy podświadoma tęsknota za wojną, żywiołem, katastrofą, jest ogólnoludzką tęsknotą występującą z różnym nasileniem w różnych okresach i cywilizacjach. Można to tłumaczyć następstwem struktury i antystruktury, jak u V. Turnera, kozła ofiarnego, jak u R. Girarada, chaosu, jako totalnego święta itp. Tutaj chcę tylko powiedzieć, iż w warunkach globalizacji, dominacji rzeczywistości wirtualnej i cybersfery nabiera to nowego wymiaru i nowego znaczenia. Wygląda to na istotny przeskok w ewolucji gatunkowej człowieka. Nie znamy jego skutków, nie wiemy, kim będą ludzie wychowani w tej nowej wirtualnej przestrzeni. Okrutne zbrodnie, mordy wśród nieletnich mogą tu być niepokojącym przyczynkiem do sprawy.

 KU STRONOM STRYCHOWYM