|
Zacznę
od konstatacji, których dokonałem na poprzednim moim wykładzie.
U
większości ludzi sens odnajduje się w światopoglądach
ułomnych i mitonemach. Światopoglądy w pełnym tego słowa
znaczeniu funkcjonują na obrzeżach życia.
Podstawową
formą światopoglądu ułomnego i sposobu zakorzenienia
człowieka w świecie są mitonemy życia rodzinnego i
erotyki.
Mitonemy
życia rodzinnego i erotyki muszą być zgodne z panującym
ładem społecznym.
Ład
społeczny nie musi być zgodny z wyznawanym oficjalnie światopoglądem.
Uznawany oficjalnie światopogląd jest najczęściej światopoglądem
martwym. Ład społeczny musi być natomiast zgodny z
przyjętymi mitonemami, wyrażającymi światopoglądy ułomne.
Zgodność
ładu społecznego z wzorami życia rodzinnego i ludzkiej
codzienności w ogóle z uznawanym światopoglądem, jako
takim, jest rzeczą rzadką - jest krótkotrwałym z reguły
etapem rewolucyjnych przemian, utopijnych eksperymentów
budowy takiego ładu.
Mitonemy
życia rodzinnego w czasach nowożytnych układają się w
triadę: życie udane, życie szczęśliwe, życie pełnią.
Mitonemy te odpowiadają trzem odrębnym ideom ładu społecznego:
a/ ład feudalny dworski i postfeudalny wiejski - życie
udane; b/ ład społeczeństwa otwartego o orientacji
rynkowej - życie szczęśliwe; c/ nowy ład określany
mianem globalizacji - życie pełnią.
Śledzenie
mitonemów życia rodzinnego i erotyki łatwiejsze jest -
ze względów wręcz technicznych - na przykładzie
mitonemów życia kobiety niż mężczyzny. Nie znaczy to,
rzecz oczywista, że przemiany te nie dotyczą również mężczyzny.
Są one jednak metodologicznie bardziej klarowne w
odniesieniu do idei szczęścia kobiety, niż mężczyzny.
Mitonemy
życia rodzinnego i erotyki w naszym kręgu cywilizacyjnym
są pochodną krzyżowania się dwóch mitów: biblijnego
mitu patriarchalnego, gdzie kobieta jest dodatkiem do mężczyzny,
rodzajem jego inwentarza i heretyckiego mitu miłości
romantycznej wykreowanego przez rycerski epos.
Wymienione
tu trzy mitonemy życia rodzinnego są różnymi
wariantami dwu sprzecznych tendencji i sprzecznych
potrzeb: a/ potrzeby domu i rodziny; b/ potrzeby miłości
romantycznej i przygody. Mitonem życia udanego realizuje
tylko pierwszą potrzebę, mitonem życia szczęśliwego
usiłuje pogodzić obie potrzeby, mitonem życia pełnią
realizuje tylko potrzebę drugą.
Tyle w
ramach konstatacji tez dotychczas między nami względnie uzgodnionych.
Przejdę teraz do postawienia głównych założeń dzisiejszego wykładu.
Mitonem
życia szczęśliwego sankcjonował życie prywatne osoby
zindywidualizowanej, ale zakorzenionej w określonym środowisku:
rodziny, rodu, wspólnoty religijnej, społecznej,
etnicznej, narodowej. Mitonem życia pełnią sankcjonuje życie
prywatne człowieka bez zakorzenienia, obywatela świata,
produktu i nosiciela idei globalizacji.
Mitonem
życia pełnią prowadzi do głębokich modyfikacji sytuacji
człowieka w świecie przez totalne wykorzenienie z etniczności,
domu, społecznej i kulturowej przestrzeni, a przez to - do
problemów z własną tożsamością,
3.
Mitonemy życia udanego, życia szczęśliwego, życia pełnią
nie mają nic wspólnego ze swoimi aksjologicznymi, czy
filozoficznymi odpowiednikami. Życie udane nigdy nie jest
“doskonale udane”; zawsze mogłoby być bardziej udane. Życie
szczęśliwe jako realizacja mitonemu, jest z istoty swej nieszczęśliwe.
Życie pełnią jest najczęściej życiem w pustce i próżni.
Zanim
przejdę do rozwinięcia tych tez, słów kilka o różnicy między
mitem a mitonemem, jako że pojęciami tymi często się w wykładach
tych posługuję.
Przez
mit rozumiem tu przekaz, który konstytuuje święty kosmos legitymizujący
zarówno ład społeczny, jak i ludzką codzienność. Posługuję się
tu, jak łatwo zauważyć, terminologią Petera Bergera. Żywy mit składa
się zatem zawsze z dwu członów: archetypowej, metafizycznej opowieści
i powinności (najczęściej obrzędowych). Kiedy mit, jako źródło Życia,
wygasa, zastępuje go światopogląd, który - jak widzieliśmy to na
poprzednich wykładach - składa się z tych samych dwu członów, ale
ujętych rozumowo: zarysu metafizyki i wynikających stąd powinności.
Mitonem zatem jest mitem ułomnym, Rougrmount nazywa go “mitem
zdegradowanym”. Ja pozostanę przy pojęciu “mitonem”.
Mitonem
zatem ma coś w sobie z heideggerowskiego Się. “Robi się”,
“kocha się”, "walczy się" itd. Kupuje się nowe meble, zarabia się
pieniądze, tapetuje się na nowo ściany w modne kolory, chociaż nie
ma żadnych metafizycznych uzasadnień na te wysiłki. Żyje się, kocha
się, buduje się... I tak dalej.
W
poprzednim wykładzie pokazałem, iż życie szczęśliwe nigdy nie jest
do końca szczęśliwe. Znaczy to, iż mitonem życia szczęśliwego z
istoty swej jest nie do zrealizowania. Ludzie jednak żyją w tym
mitonemie, realizują w nim swe radości i troski, swe bóle i swe ułomne
szczęście, swe nadzieje i swe niepokoje.
Mówię
tu zatem o mitonemie życia szczęśliwego, a nie o szczęściu jako
takim. Ten ostatni temat jest zbyt złożony i staram się go omijać. Słów
kilka jednak o tym powiem.
Świadomość
bycia szczęśliwym jest autorefleksją i jako taka jest pewnego rodzaju
samooszustwem lub oszustwem.
Świadomość bycia szczęśliwymi mają
dziś, gdy piszę te słowa, bojownicy al Kaidy otoczeni w górach
Hindukuszu, którzy przyszli tam, z całą świadomością po to, żeby
ponieść niechybną śmierć w imię Allacha. Gazety donoszą, iż
Amerykanom nie dało się pojmać ani jednego jeńca al. Kaidy - giną w
walce do końca lub popełniają samobójstwa.
Szczęśliwi byli męczennicy
chrześcijańscy, którzy ginęli w imię Chrystusa. Szczęśliwy był
Szymon Słupnik i jemu podobni którzy mieszkali na dwudziestometrowych
słupach. Szczęśliwy był na swój sposób genialny bandyta Jean Genet,
kiedy w kolonii karnej powtarzał z dumą i poczuciem wyższości:
“och, jak ja cierpię!” Kobieta mówi czasem: “ale ja naprawdę
jestem szczęśliwa” - właśnie wtedy, kiedy inni z głębokim powątpiewaniem
dopytują się: “jak ty potrafisz z nim wytrzymać?” Podobnie z
hedonistyczną koncepcją życia jako przyjemności i rozkoszy. Największą
rozkoszą dla sadomasochisty jest chwila, gdy jest biczowany i poniżany.
I tak dalej.
Ale też
kobieta żyjąca w mitonemie pełni mówi do partnera, którego
opuszcza: “ja chcę być szczęśliwa i muszę być szczęśliwa”,
“ze swego szczęścia ja nie zrezygnuję”. Filofowie zajmujący się
tym tematem, zgodnie twierdzą, iż szczęścia się nie znajdzie, kiedy
szuka się szczęścia, jako takiego. Szczęście odnajduje się, kiedy
szuka się Czegoś i pragnie się Czegoś z całą namiętnością, na
jaką człowieka stać, ale nie wówczas, kiedy szuka się szczęścia
na zamówienie. Podobnie z przyjemnością. To tak zwany paradoks
hedonistyczny. Kobieta, zatem, która to powiedziała, nigdy już szczęścia
nie znajdzie, może najwyżej stroić stosowne miny i pozy, by oszukać
otoczenie i samą siebie.
Europa
w XVIII stuleciu odkrywa nagle, iż człowiekiem prawdziwie szczęśliwym
jest człowiek dziki. Ale “człowiek dziki” nie wiedział, że jest
szczęśliwy i nikomu o tym nie mówił. Ci, którzy mówią o sobie, że
są szczęśliwi, starają się coś ukryć, czy ugłaskać - starają
się ukryć, czy ugłaskać dramat Życia.
Europa
odnajduje człowieka żyjącego w micie i ogłasza go, jako człowieka
szczęśliwego - wówczas, kiedy sama zagubiła swój mit i brak ten usiłuje
załatać światopoglądem.
Zarówno
światopogląd jak i mit jest totalnością, ogarnia całość, która
może być przedmiotem ludzkiego doznania i ludzkiego namysłu. Mitonemy
i dające się z nich wyprowadzić światopoglądy ułomne, totalnością
nie są - brak im metafizycznego zwieńczenia. Jeśli uznać, iż
prawdziwym szczęściem jest odnalezienie sensu swego życia i poczucie
spełnienia, to jest to możliwe tylko przy życiu w micie lub światopoglądzie,
przy świadomości i poczuciu jedni, czy identyczności z mitem,
Absolutem, Transcendencją, Prawdą, Dobrem - czy jak to nazwiemy. To
wydaje się oczywiste i nie będę na ten temat się rozwodził. Ale stąd
wypływa inna prawda oczywista: żyjąc w mitonemach, zwieńczenia tego
nie uzyskujemy, są to bowiem jakieś odległe okruchy zagubionych mitów
i światopoglądów, może - nędzne ich ochłapy. Oczywiście, były
kiedyś wielkie systemy filozoficzne mówiące o szczęściu i przyjemnościach,
jako celu ludzkiego życia - eudajmonizm, hedonizm, utylitaryzm,
libertynizm. Istnieje też żywy wciąż system Junga, który jest
swoistą nauką o pełni. Być może nawet te kierunki wywarły jakiś
wpływ na ukształtowanie się mitonemów życia szczęśliwego i życia
pełnią. Tego dokładnie nie wiem. Trzeba byłoby to odrębnie
przestudiować, ale tu szkoda na to czasu. Tak czy inaczej, jeśli nawet
istniał taki związek, to dziś jest on całkowicie zerwany. Kobieta,
która żyje dziś pełnią nie szuka natchnienia do takiego życia w
filozofii Epikura, czy psychologii Junga i nie zagląda do tych dzieł,
by się przekonać, czy postępuje racjonalnie, jako poszukiwaczka szczęścia,
czy pełni. Nie zagląda nawet do Tatarkiewicza. Mam na myśli jego książkę
O szczęściu. Gdyby tu, czy tam zajrzała, przekonałaby się, iż
prawdziwe szczęście i prawdziwa przyjemność, to sprawy niezmiernie
skomplikowane, a jeszcze bardziej skomplikowana jest pełnia. Być może
poznałaby ideę pełni, ale straciłby swój urok mitonem życia pełnią,
prysłby jak senne urojenie.
Skąd
jednak kobieta żyjąca mitonemem pełni czerpie owo natchnienie i gdzie
zagląda w momentach strapienia i niepewności?
Zagląda
do poradników. Bridget Jones, z głośnej powieści H. Fielding, ma ich
kilkadziesiąt, może nawet więcej - na każde strapienie i każdą
okoliczność. To samo jej koleżanki - przy każdej poważniejszej
rozmowie ciągle powołują się na jakiś przewodnik. W książce jest
scena, kiedy partner bohaterki ogląda jej przewodniki, wymieniając
tytuły, potem odbywa się interesująca rozmowa.
Oto niektóre tytuły:
Czego chcą mężczyźni? Wychodzenie z współzależności z
mężczyzną, który nie potrafi się zaangażować. Jak kochać żonatego
mężczyznę nie wpadając w obłęd? Jak w trzydzieści dni znaleźć
idealnego partnera? Jak odnieść sukces? Szczęście w pojedynkę. Nie
użeraj się drobiazgami. Siedem nawyków ludzi sukcesu. Itp.
Przynajmniej
niektóre z wymienianych w książce Fielding tytułów poradników można
bez trudu znaleźć również na polskim rynku wydawniczym.
Przytoczę
fragment rozmowy, którą przy okazji bohaterka toczy ze swym partnerem,
Markiem:
-
Bridget,
poradniki to nie religia.
- Ależ
tak, to nowa forma religii. To prawie tak, jakby istoty ludzkie były
strumieniem wody, więc kiedy postawi się im przeszkodę na drodze,
spieniają się wokół niej i falują w poszukiwaniu innej ścieżki.
-
Spieniają się i falują, Bridget?
- Mam
na myśli to, że kiedy upada zorganizowana religia, ludzie zaczynają
szukać innego zestawu zasad. I rzeczywiście, jak już mówiłam, gdybyś
się przyjrzał poradnikom, to byś dostrzegł, że mają wiele wspólnego
z innymi religiami.
- Na
przykład...? - spytał, gestykulując zachęcająco.
- No,
z buddyzmem i...
- Nie,
nie. Co mają wspólnego?
-
No... - zaczęłam, wpadając w lekką panikę, bo na razie teoria ta
nie jest jeszcze dobrze rozwinięta.- Pozytywne myślenie. W Inteligencji
emocjonalnej jest napisane, że najważniejszy jest optymizm, że
wszystko się ułoży. Oczywiście, również wiara w samego siebie, jak
piszą w Emocjonalnej pewności siebie. A
jak się przyjrzeć chrześcijaństwu...
-
Taaak?
- No
na ślubach zawsze czytają taki kawałek, który mówi o tym samym:
“Przetrwają trzy rzeczy: wiara, n a d z i e j a i miłość”. Ważne
jest też życie chwilą - o czym mowa w Drodze
rzadziej uczęszczanej i
w buddyzmie.
Mark
patrzył na mnie, jakbym zwariowała.
I
umiejętność wybaczania. W Możesz
uleczyć swoje życie jest napisane, że pielęgnowanie
w sobie urazy ma na człowieka zły wpływ i że trzeba
wybaczać innym.
Bohaterka
popada w panikę, kiedy pojawia się sytuacja do której nie znajduje
odsyłacza do odpowiedniego poradnika. Czytamy:
“Przez
chwilę miałam mętlik w głowie. W żadnym ze swoich poradników nie
spotkałam się z tym, jak radzić własnemu ojcu w kwestii wynajmowania
sobie żigolaka przez własną matkę”
Zatrzymajmy
się zatem chwilę nad tym utworem, który obiegł świat i szybko został
zekranizowany.
Niezależnie
od wątku fabularnego tej powieści, czy raczej cyklu powieściowego,
przedstawiona w niej atmosfera duchowa i przeżycia bohaterki lokują ją
w analizowanym tu mitonemie pełni.
Bohaterka
powieści, pomyślanej jako ciąg pamiętników i wyznań osobistych -
jest osobą trzydziestoletnią, dobrze prezentującą się dziennikarką
telewizyjną, kobietą sukcesu, obdarzoną autorefleksją i mającą kłopoty
z własną tożsamością. O sobie mówi, iż jest wychowana na “Cosmopolitanie”.
Mając
kłopoty z kolejnym swoim partnerem, Danielem, pisze:
Mądrzy
ludzie powiedzieliby, że Daniel powinien mnie pragnąć taką, jaką
jestem, ale wychowałam się na “Cosmopolitanie”, zostam wpędzona w
kompleksy przez supermodelki i nadmiar psychotestów i wiem, że ani
moja osobowość, ani moje ciało nie sprostają żadnym standartom, jeśli
pozostawię je samym sobie.
Lektura
polskiej edycji Cosmoolitanu, a zwłaszcza listów czytelniczek,
zdaje się wskazywać, iż pismo rzeczywiście jest dla nich źródłem
jakiegoś quasi-religijnego oświecenia. Oto przykład:
“
Jak cudownie jest być kobietą! Jeszcze całkiem niedawno nie lubiłam
własnego ciała, nie wierzyłam w siebie. Cosmo otworzyło mi oczy.
Zrozumiałam, że moje kobiece “ja” to skarb, który trzeba pielęgnować,
a jego piękno pokazać światu. Stałam się Cosmodziewczyną: silną,
niezależną, przekonaną o własnej wartości i pełną wewnętrznej siły.
Mam dopiero 20 lat, a lektura Cosmo dostarczyła mi wiedzy, której
zdobycie zajęłoby mi wiele trudnych lat. Poznałam tajniki seksu,
relacji międzyludzkich, drogi do kariery, mody i wielu innych. Cosmo to
mój lek na chandrę i sposób na poszukiwanie siebie. Po prostu cieszę
się życiem. (...) Magia wiary w siebie zdziałała cuda, czuję się
atrakcyjna, lubiana, kochana.”
Spróbuję
w tym miejscu możliwie jak najkrócej ująć przesłanie światopoglądowe
tych poradników i Cosmopolitanu.
Celem
życia jest szczęście, rozumiane jako kariera i pełnia przeżyć, zwłaszcza
- przeżyć erotycznych. Drogą, która do tego prowadzi jest
autokreacja i autosugestia, określana najczęściej jako wiara w samego
siebie, pozytywne myślenie, panowanie nad emocjami. Podstawową
wartością kobiety jest jej ciało i pełnia doznań seksualnych, które
należy cenić i umiejętnie pielęgnować.
Te
umiejętności autokreacji i autosugestii życia pełnią oprócz
licznych publikacji, kształcone są praktycznie podczas różnorakich
“warsztatów”, znalazły też one, o ile wiem, swoje miejsce w
praktyce psychiatrów i psychoterapeutów w poradniach dla kobiet załamanych,
zwłaszcza - w sytuacjach porozwodowych. Spróbujmy bliżej określić
wewnętrzną zawartość mitonemu życia pełnią w parciu o Dziennik Bridget Jones
i inne pochodne dzieła literackie, przesłanie
pisma Cosmopolitan będące swoistym organem tego mitonemu i
liczne, modne dziś poradniki życia.
Tą
cechą jest przede wszystkim wykorzenienie. Wyizolowanie z naturalnego
środowiska przede wszystkim ze środowiska rodziny, zerwanie związków
z własną tradycją etniczną. W dalszej konsekwencji wykorzenienie ze
środowiska geograficznego i ze swej społecznej i biologicznej istoty
kobiety. Matka Bridget, też kobieta wyzwolona, która mając męża
ufundowała sobie kolejnego kochanka, poucza córkę:
“Wszyscy
potrzebujemy przyjaciół, kochanie! Nawet w najlepszym małżeństwie
jedna osoba nie wystarczy - powinniśmy mieć przyjaciół w każdym
wieku, każdej rasy, wyznania i każdego plemienia, należy rozszerzać
swoją świadomość na każdym...”
To
wyizolowanie z rodziny i etniczności daje o sobie znać szczególnie w
stosunku do tradycyjnych świąt i uroczystości. Jest to wieczna udręka
kobiety wyzwolonej.
Bridget
nie znosi świąt i uroczystości rodzinnych. Kobieta wyzwolona w ogóle
nie znosi świąt i uroczystości rodzinnych. Oto zbiór cytatów wziętych
z polskiej edycji Cosmopolitanu z grudnia 1997 r. z teksów będących
swoistym poradnikiem, jak wyzwolona Polka powinna traktować zbliżające
się święta Bożego Narodzenia:
“Mało
kto potrafi tak wyprowadzić z równowagi, jak rodzina. (...) Tuż po świętach
odnotowuje się nagły wzrost samobójstw i wizyt u psychoterapeutów.(...)
Dla naszego rozwoju konieczne jest uświadomienie sobie własnych
pragnień, a to wymaga uwolnienia się od spełnienia oczekiwań innych
ludzi. Osoba dwudziesto- czy trzydziestoletnia ma prawo szukać własnych
sposobów na życie, zamiast powielać nawet najpiękniejsze tradycje
rodzinne.
Bądź
konsekwentna. Rodzice mogą mówić o tradycji i twojej niewdzięczności,
mama może się nawet rozpłakać. Spróbuj mocno wziąć się w garść
i oznajmić: “ Wiem, że czujecie się zawiedzeni, ale chcę wyjechać
w góry”.
To
propozycja negatywna: czego nie należy czynić i jak odmówić. Jest też
propozycja pozytywna, co należy czynić. Rozpoczyna się tak:
“Święta
inaczej” również wymagają przygotowań, ale niezbyt uciążliwych.
Po pierwsze włącz automatyczną sekretarkę i ścisz ją do minimum,
aby wam nie przeszkadzała. Następnie stwórz odpowiednią atmosferę:
przygotuj spory zapas świec, zadbaj, by w pokoju panowała atmosfera
odpowiednia dla nudystów, postaw wazony z kwiatami, zapal kadzidełka,
dobierz nastrojową muzyką. Co będziecie robić, kiedy wejdziecie do
łóżku? Przedstaw swoje propozycje, by stały się dla was źródłem
inspiracji".
Życie
pełnią nie sprowadza się jednak wyłącznie do wykorzenienia z
rodziny i etniczności, rozciąga się ono na wykorzenienie z
przestrzeni fizycznej i wszelkiej rzeczywistości realnej fizycznie; w
ostatecznej konsekwencji - do wykorzenienia ze swej ludzkiej istoty.
Bohaterka
powieści Fielding dowiaduje się, iż na pytanie, dlaczego rzucił
Bridget poprzedni jej partner, ten miał powiedzieć: “jak można
chodzić z kimś, kto nie wie, gdzie leżą Niemcy?”. Bridget,
Angielka, rzeczywiście ma trudności z określeniem najbliższych sąsiadów
Niemiec. Komentuje:
“W
dzisiejszych czasach nie trzeba koniecznie wiedzieć, gdzie leży jakie
państwo, skoro żeby się tam dostać, wystarczy kupić bilet na
samolot. Przecież w biurze podróży nikt cię nie pyta, nad jakimi
krajami będziesz przelatywać, prawda?”
Na
wakacje wyjeżdżają z przyjaciółką do Tailadii, na jakąś wyspę
hipisów, ale nie odnajdują tam nic prócz tego, co same ze sobą wniosły:
walka z nadwagą, ładna opalenizna, seks. Przyjaciółka wdaje się w
romans z przypadkowym facetem, w rezultacie którego obie zostają
obrabowane, a bohaterka trafia do więzienia pod zarzutem przewożenia
narkotyków.
To
wykorzenienie z etniczności i przestrzeni kompensowane jest poczuciem
wspólnoty mającej cechy sprzysiężenia, wyznania, czy sekty. Ośrodkiem
jest pismo Cosmopolitan, wokół którego tworzy się wspólnota
“kosmosióstr”. W centrum uwagi jest własna płciowość i możliwość
jej użycia, jako źródła przyjemności, mocy i kariery. Zilustruję
to przykładem. Każdy numer polskiej edycji Cosmopoplitanu
otwiera felieton naczelnej redaktor polskiej edycji, Grażyny Olbrych.
Jest on z reguły wypunktowaniem jakiejś szczególnie ważnej dla
czytelniczek sprawy lub wydarzenia. W 7 numerze z r. 2000 autorka
relacjonuje swój pobyt na Bahamach. Przytoczę tekst felietonu prawie
bez skrótów:
“Byłam
na Bahamach na konferencji dla Cosmosióstr, czyli wszystkich redaktorek
naczelnych wszystkich edycji Cosmopolitan. Taki zlot czarownic, a jest
nas coraz więcej , tzn. już 40. bawiłyśmy się świetnie, jak
zawsze,
i choć może wydawać się, że nic z tego nie wynika dla Ciebie, to
jak zwykle pozory mylą. Po raz kolejny okazało się, że nie różnimy
się zbytnio od Francuzek czy Argentynek. Mamy te same problemy i cieszą
nas te same rzeczy. To daje poczucie siły i przekonanie, że nie jesteśmy
same w trudnych chwilach. Oprócz wspaniałych redaktorek poznałam na
tej konferencji dwie zupełnie niezwykłe kobiety. Pierwsza to dr Ruth
westheimer. Drobniutka, siwiutka, starsza pani (76 lat). jej witalność
jest porażająca. Dr Ruth jest doktorem socjologii, ale całe życie
zajmowała się seksem (to dopiero życie!). Przywiozłam też specjalną
radę dr Ruth dla moich czytelniczek. Otóż, kiedy jedziesz samochodem
i zatrzymujesz się na światłach, nie trać czasu, ćwicz mięśnie
Kegla. Możesz przy tym zajrzeć do samochodu obok i puścić oczko do
siedzącego tam przystojniaczka. Druga kobieta to Eve Ansler, autorka
książki “The vagina monologues”, czyli “vaginalnych monologów”.
Jest to zbiór wywiadów z kobietami na całym świecie, opowiadającymi
o swoich vaginach. Uśmiechasz się? Nie jest to książka
pornograficzna, ani nawet eksibicjonistyczna. Autorce chodzi raczej o
nazywanie rzeczy po imieniu. Vagina nie musi być cipką, myszką,
broszką, brzoskwinką czy szkatułką. czasem powiedzenie “vagina” i
zastanowienie się nad nią powoduje odblokowanie i stawienie czoła własnej
seksualności, powstałym jeszcze w dzieciństwie lub w wieku
dorastania.”
Z tym
wykorzenieniem związany jest paniczny lęk przed zaangażowaniem -
przed zaangażowaniem w trwały związek z partnerem, w rodzinę, w
cokolwiek.
“Cały
cholerny świat odczuwa cholerny lęk przed zaangażowaniem - mówi
jedna z bohaterek powieści Fielding - Żyjemy w kulturze trzyminutowej.
W globalnym kryzysie koncentracji uwagi.”
Bridget
marzy o spełnieniu się w świecie, jako kobiety. Podstawową formą
spełnienia kobiety jest bycie matką. Kiedy się jednak dowiaduje, że
jest w ciąży (jak się wkrótce okazuje - urojonej), przeżywa niepokój.
“Koniec
wyjścia z dziewczynami, zakupów, flirtów, seksu, wina i papierosów.
Stanę się ohydnym skrzyżowaniem inkubatora z mleczarnią, które nie
będzie się nikomu podobać i nie wejdzie w żadne moje spodnie, zwłaszcza
w nowiutkie wściekle zielone dżinsy od Agnes B. To rozdwojenie jest
zapewne ceną, jaką muszę zapłacić za to, że zostałam nowoczesną
kobietą, zamiast jak Bóg przykazał w wieku lat osiemnastu poślubić
Abnora Rimmingtona, kierowcę autobusu z Northampton.”
Innym
razem koleżanki prowadzą taki oto dialog:
- “Stanowczo
za dużo kobiet marnuje młodość na rodzenie dzieci po dwudziestce,
trzydziestce i czterdziestce, chociaż powinny w tym czasie robić
karierę. Pomyślcie tylko o tej kobiecie z Brazylii, która urodziła w
sześćdziesiątej wiośnie życia.
-
Hura! - wykrzyknęłam. - każdy by chciał mieć dziecko, ale to jedna
z tych spraw, które chce się osiągnąć za dwa, trzy lata.”
Jest
to też wykorzenienie z przestrzeni społecznej. Przestrzeń, w której
się porusza bohaterka Fielding, jest przestrzenią wirtualną
komercyjnie zorientowanych kiczowatych programów telewizyjnych.
Codziennie odbywa się odprawa z szefem programu:
“
Ruszcie głowami - mówił, podskakując i gestykulując rękami - Myślę:
nabożeństwo o dziewiątej. Myślę: rozpustni pastorzy. Myślę:
dlaczego kobiety lecą na pastorów. No? Za co wam płacę? Wymyślcie
coś.
Myślę
młodzi bezrobotni, szlifowanie bruków, transmisja na żywo. Bridget,
gdzie są, kurwa, ci młodzi bezrobotni?”
Młodzi
bezrobotni, niestety, odmawiają udziału w tym programie. Podczas wyborów
parlamentarnych w Anglii bohaterka ma przedstawić Blairowi żądanie ogłoszenia
Kodeksu chodzenia na randki i pracuje nad takowym.
Wykorzenienie
z etniczności, z przestrzeni geograficznej i społecznej, prowadzi do
zakwestionowania biologicznego statusu kobiety i kłopotów z jej tożsamością.
Widzieliśmy to na przytoczonym przykładzie konfliktu między zasadą
kariery, a zasadą macierzyństwa. “Kobieta pełni” jest rozdwojona
między potrzebą pozostania kobietą, a dążeniem do zajęcia męskich
ról społecznych , a nawet biologicznych. Z okazji Dna Kobiet tygodnik Wprost
opublikował swoisty manifest feministki Iwony Konarskiej. Oto ciekawsze
fragmenty:
“ Właściwie
coraz mniej jest kobiet, które nie radzą sobie bez mężczyzny. W tym
manifeście ważne jest to, że geny nam sprzyjają.
Kobiety
rzadziej popełniają samobójstwa, mniej biorą i ciszej piją. Lepiej
zniosły deportacje i bombardowania Londynu. Trzy razy mniej mają wrzód
żołądka, pięć razy rzadziej zawał serca. Powinnyśmy skupić się
na sobie - żyjemy o osiem lat dłużej od mężczyzn.
Z
rozmnażaniem też nie będzie już kłopotu. W tej sprawie nadeszły
wiadomości z Chicago. Naukowcy ogłosili, że “potrafią wykluczyć
plemnik z procesu zapłodnienia i uczynić kobiety
samowystarczalnymi”.
Im
powinno być wszystko jedno. Przecież mężczyźni w ogóle nie przeżywają
orgazmu. To, co się nimi dzieje, seksuolodzy porównują do rozładowania
kondensatora. W mitologii greckiej wróżbita Terezjasz na 10 lat został
zamienony w kobietę. Miał rozstrzygnąć spór Zeusa i Hery - czy
lepiej być kobietą, czy mężczyzną. Wróżbita skupił się tylko na
seksie i stwierdził, że kobiety mają 10 razy lepiej niż mężczyźni”.
A
propos orgazmu. Pismo Cosmopolitan pełne jest różnorakich
porad, jak uzyskać szczyt rozkoszy w seksie. Nie będę nimi tu Państwa
częstował. Wspomnę wszakże o dość osobliwej informacji, jaką
przeczytałem niedawno, gdy przygotowuję ten wykład, w Gazecie
Wyborczej. Niestety, wycinek gazety gdzieś zagubiłem, a szukać
tego szkoda czasu, przytoczę więc informację z pamięci, nie ręcząc
za szczegóły techniczne. Otóż ostatnio wynaleziono w Ameryce urządzenie
elektroniczne, służące do uzyskiwaniu orgazmu. Aparatura wszczepiana
jest kobiecie w pośladek i za naciśnięciem odpowiedniego guzika
uzyskuje się szczyt seksualnej rozkoszy. Bez problemów, z którymi się
męczy Bridgit Jones.
Nie mówiłbym
tu Państwu o tych dziwactwach, gdyby nie były to swoiste symptomy
czasu. Nie wdając się tu w szczegółowe rozważania na z obszaru
filozofii erotyki i seksu, powiem tylko to, co wydaje mi się oczywiste
samo przez się. Seks był zawsze uwikłany w dramat życia z całym
bagażem jego eschatologicznych i mistycznych znaczeń. Na tym zbudowane
są wszystkie religie i cywilizacje. Ład społeczny zawsze musi mieć
swoją odpowiedniość w podstawowych mitonemach rodziny, erotyki seksu.
Ostatecznie zarówno kobiecie i mężczyźnie zawsze były dostępne
stokrotnie prostsze i łatwiejsze sposoby rozładowania potrzeb
seksualnych, jak chociażby masturbacja, zoofilia, czy coś tam jeszcze.
Ludzkość, czy może sama natura człowieka, wymyśliła jednak szereg
zakazów, utrudnień, dramatów: miłość, wierność, niewierność,
zdrada, tragedia, śmierć samobójcza i niesamobójcza, aż po wojny,
jak ta wojna trojańska.
Wróćmy
jeszcze do bohaterki powieści Fielding. Pragnie ona znieść te
obyczajowe utrudnienia, bo religijne dawno już zniesiono. Pisze:
“Poczułam
znajome ukłucie zazdrości na myśl o luzie w świecie gejowskim, gdzie
ludzie bez namysłu chodzą ze sobą do łóżka, bo obaj mają na to
ochotę, i gdzie nikt nie zawraca sobie głowy odbębnieniem trzech
randek i nie zastanawia się, ile czasu trzeba odczekać, zanim się
zadzwoni”.
Opowieść
o Bridget Jones - zarówno w wersji książkowej jak i filmowej kończy
się heppy endem: wraca do starego swego przyjaciela, Marka i wszystko
jest ok. Ciekawe co będzie dalej, autorka zapowiada bowiem następną
część pamiętnika. W każdym bądź razie Cosmopolitan
przestrzega swoje zakochane w mężczyźnie czytelniczki czytelniczki
przed zbytnim zbytnim zaangażowaniem się i zatraceniem się w miłości.
Kobieta powinna być zawsze gotowa na rozstanie i pracować nad tym, zwłaszcza
wtedy, kiedy jest śmiertelnie zakochana. Daje nawet szczegółowe
instrukcje, jak tego uniknąć. Czytamy:
“Stało
się: w pędzie do doskonałego związku zatarły się granice między
tym, co jest dobre dla ciebie, a tym, co chce “my”. (...) Pomyśl,
co by stało, gdyby w tym momencie skończył się wasz związek? Jaką
pystką zostałabyś otoczona? (...) Lepiej chyba więc ruszyć na
poszukiwanie swego ja już dzisiaj, kiedy między wami jest nadal pięknie
i kiedy nie zagubiłaś się tak bardzo, żeby nie wiedzieć, że już
nie jesteś sobą.”
Skoncentrowałem
się tu na mitonemach kobiety, ponieważ los rodziny i klucz do mitonemu
erotyki spoczywa dziś przede wszystkim w rękach kobiety. O mężczyźnie
epoki globalizacji postaram się powiedzieć w następnym wykładzie. Tu
jednak wspomnę o swoistym manifeście onanistów, który się ukazał,
o ile pamiętam, dwa lata temu w Gazecie Wyborczej. Seks mężczyzny
z kobietą to ambaras niebezpieczny, kłopotliwy i zbyteczny.
Najprostszy, godny mężczyzny sposób rozwiązania swych problemów
seksualnych to onanizm. Można to traktować jako męską reakcję na
skrajny feminizm. W jednym i drugim przypadku próbuje się usunąć
kulturowy ambaras stosunków między kobietą a mężczyzną, który
jest cechą gatunkową człowieka, ostoją wszystkich religii i
cywilizacji, źródłem największych nieszczęść i najwyższych wzlotów
ducha ludzkiego. Jeszcze groźniejszym objawem jest swoista ideologia
powszechnego incestu, widoczna zwłaszcza w Kanadzie i Stanach
Zjednoczonych, podważająca inną, niemniej ważną cechę gatunkową
człowieka. Jest to jednak problematyka zbyt ważka, bym mógł ją
godnie podjąć na tym wykładzie.
Wróćmy
zatem jeszcze raz do bohaterki powieści H. Fiedling. Cytat, który za
chwilę przytoczę jest według mnie najważniejszy w powieści. Bez
niego nie byłoby sensu poświęcać temu tekstowi tyle uwagi.
Dom
bohaterki nawiedza nagle swoisty horror. Matka bohaterki wdaje się w
romans z facetem, który okazuje się być kryminalistą, prawdopodobnie
zaprzepaszczony jest cały majątek rodziny, a matka staje się zakładniczką
w rękach niebezpiecznego kryminalisty. Bohaterka relacjonuje atmosferę
domu i swój stan ducha:
“Kiedy
dotarliśmy na miejsce było bardzo dramatycznie. Una i Geoffrey Alconbury oraz Brian i Mavis Endebry miotali się po całym domu,
wszyscy płakali, a Mark Darcy chodził wielkimi krokami po pokoju z
telefonem przy uchu. Było mi trochę wstyd, bo mimo okropności
sytuacji rozkoszowałam się tym, że normalność została zawieszona,
wszystko jest inaczej niż zwykle, i mogę wlewać w siebie sherry i pożerać
kanapki z pastą łososiową, jakby było Boże Narodzenie. Czułam się
dokładnie tak samo, jak kiedy babcia dostała schizofrenii, uciekła
nago do sadu w Husbands-Bosworthów i trzeba było zrobić obławę
policyjną.”
Wchodzimy
tu, jak sądzę, w obszar problematyki dla zdiagnozowania stanu naszej
cywilizacji i jej ewentualnych dalszych losów. W ostatnich dekadach
nastąpiło zdecydowane przesunięcie człowieka, nasze człowiecze
bytowanie z rzeczywistości realnej ku rzeczywistości wirtualnej. Jaki
jest status ontyczny tej wirtualnej rzeczywistości, nie mogę w tej
chwili precyzyjne określić. Na pewno nie istnieje ona realnie, tak jak
istnieją rzeczy. Nie mogę zobaczyć swoich pieniędzy zdeponowanych w
banku, ani ich dotknąć, ani polizać, bo ich tam nie ma. Podobnie nie
mogę wskazać palcem ani zobaczyć programu Microsoft, ani nawet nie
mogę powiedzieć, gdzie i jak istnieje określone dzieło filmowe. Mogę
najwyżej doświadczać, czy oglądać swoiste epifanie tych
tajemniczych, nierealnych, ale przecież jakoś tam istniejących bytów:
wydruki bankowe mego konta, emitowany w telewizji film, zapis tego oto
tekstu w Microsofcie. Ten wirtualny świat bliski jest idei
nadprzyrodzonego w kulturach tradycyjnych - plemiennych i ludowych. W
tym tajemniczym świecie - nierealnym, niewidzialnym, pozazmysłowym
dzieją się co dzień rzeczy, które decydują o naszym świecie - tym
realnym, widzialnym, zmysłowym. Codziennie dokonuje się miliony
operacji finansowych, miliony dolarów przemieszcza się z kontynentu na
kontynent. Ale tak naprawdę wiadomo, że nic się tam nie przemieszcza,
najwyżej impulsy elektroniczne, ale o ich naturze nic sensownego nie może
nam powiedzieć nawet wybitny fizyk. W tym wirtualnym świecie zwanym często
cybersferą kryją się plany i narzędzia panowania nad światem w
sensie ekonomicznym, militarnym, politycznym - każdym. Ale także
kontr-plany jego demontażu lub zniszczenia - i odpowiednie do tego narzędzia.
Ten wirtualny świat produkuje niekiedy w naszym realnym świecie byty
urojone, epifanie ułomne, coś w rodzaju złych demonów - powstają
urojone firmy, urojone fortuny, urojone banki, które od czasu do czasu
pryskają w ciągu kilku dni, niczym bańki mydlane.
W tym
oto urojonym świecie żyje trzydzietoletnia kobieta, bohaterka powieści
Fiedling, typowa czytelniczka Comopolitanu, marząca o szczęściu i życiu
pełnią. Żyje jednak na granicy światów, jest przecież realną osobą
biologiczną, jak jej prababka z paleolitu. Może jednak nabyć
elektroniczny stymulator, czego tamta nie mogła lub włączyć internet
i ufundować sobie w chacie cyberrantkę, podczas której - jak
twierdzą czytelniczki Cosmopolitanu - doznać można nieziemskich
rozkoszy erotycznych. Paradoksalnie, kobieta ta marzy jednak o mężczyźnie
z krwi i kości, który ma jedyną, wątpliwą chyba, zaletę, że
istnieje realnie, poza tym - same wady i kłopoty.
Drogę
ku szczęściu i pełni wyznaczają kobiecie współczesnej poradniki.
Ale poradniki z istoty swej kreują sztuczny świat, niszczą
autentyczny świat Życia. Świat Życia to miłość i nienawiść,
radość i ból, nadzieja i agresja, wieczny dramat i wieczna pasja, aż
po śmierć, która, jak twierdzi Heidegger, jest ciągle w nas obecna.
Żaden z podręczników nie uczy, jak być agresywnym. Żaden z poradników
nie uczy jak kochać pana Boga, albo jak z Nim się zmagać lub Go
nienawidzieć. A to w tym obszarze, w ostatecznej instancji, rozgrywa się
dramat Życia.
Bridget,
choć wstydzi się to powiedzieć, w gruncie rzeczy pragnie katastrofy.
Cieszy się z katastrofy. Czy to znaczy, że wszyscy tęsknimy za
katastrofą? Podejrzewam, że tak. U białostockiego białoruskkiego
pisarza Sokrata Janowicza znalazłem kiedyś takie mini-opowiadanie:
rozpętała się burza, strzelił piorun, wybuch pożar. Wyszedłem na
próg, patrzyłem i cieszyłem się - że świat istnieje.
No więc
właśnie. W czwartym wykładzie powiedziałem, iż po ataku terrorystów
na World Trade Center wszyscy się w gruncie rzeczy ucieszyli. Dziś, w
pół roku po tym tragicznym wydarzeniu, euforia nadal trwa. Po błyskotliwym,
choć wirtualnym zwycięstwie nad talibami, prezydent Bush rozgląda się,
w kogo by tu uderzyć jeszcze i większość Amerykanów entuzjastyczne
popiera go w tych zamierzeniach. Bin Ladena nie znaleziono, Al Kaidy nie
zniszczono, ale przecież nie o to tu chodzi. Gdyby nawet Bin Ladena
znaleziono, też niewiele to zmieni. Tęsknota za tak rozumianą
katastrofą, za dramatem wydaje się bowiem tkwić głęboko na dnie
zglobalizowanego świata i zglobalizowanego człowieka.
Zdaję
sobie sprawę, że tu upraszczam. Świadoma, czy podświadoma tęsknota
za wojną, żywiołem, katastrofą, jest ogólnoludzką tęsknotą występującą
z różnym nasileniem w różnych okresach i cywilizacjach. Można to tłumaczyć
następstwem struktury i antystruktury, jak u V. Turnera, kozła
ofiarnego, jak u R. Girarada, chaosu, jako totalnego święta itp. Tutaj
chcę tylko powiedzieć, iż w warunkach globalizacji, dominacji
rzeczywistości wirtualnej i cybersfery nabiera to nowego wymiaru i
nowego znaczenia. Wygląda to na istotny przeskok w ewolucji gatunkowej
człowieka. Nie znamy jego skutków, nie wiemy, kim będą ludzie
wychowani w tej nowej wirtualnej przestrzeni. Okrutne zbrodnie, mordy wśród
nieletnich mogą tu być niepokojącym przyczynkiem do sprawy.
|