Z napisaniem takiego tekstu, który byłby swego rodzaju opowieścią
nieskończoną nosiłem się od bardzo dawna. Właściwie to ona już jest w
postaci dzienników, mimo iż zasadniczą rwą się z
początkiem 2000 r., to jednak nie opuszczają refleksji które tam się
narodziły. Zwykle mam w górach więcej chęci, by ulotne kartki
zeszytów zapisywać ulatującymi myślami [
mimo że brak klawiatury ]. BIESZCZADY. Z jednej strony można byłoby
przywołać ów zapis na żywo, przejrzeć te stronice moich podróży
po tych górach chyba od roku 1986 lub 1985. Ale pomyślałem sobie ,
że można zacząć od innej strony, od tego co zachowało się w
mojej pamięci, bez zaglądania w notatki - na dzień dzisiejszy tu i
teraz w II poł. września A.D. 2001 roku. To moja jedna z dłuższych
Opowieści Mitycznych. Chciałbym by była to przede wszystkim o
ludziach, z którymi się tam znalazłem i których tam spotkałem.
-
Zaczęło się od prologu. Jeszcze w szkole średniej wspólnie z 2
kumplami Robertem K. i Darkiem M. wpadliśmy na pomysł "objechania" pół Polski.
Taki rajd - samochodowy. Był wariant północny - Starożytne Zamki i
południowy - Górski .Trzeba jednak pamiętać, że były to czasy
kartek na benzynę, samochód był prawie rodzinną lokatą kapitałową,
więc mimo zewnętrznych dla nas obietnic nic z tego nie wyszło. Nie
zatrzymało to nas. Ruszyliśmy w drogę koleją , korzystając
już potem z "autostopu", PKS-ów. Ostatecznie plan przyjął
formę : zdobycia wszystkich najwyższych szczytów pasm górskich w
Polsce. Wzięliśmy mapę do ręki . Cóż tam było widać ? "Zaczniemy od wschodu - Bieszczady. Jest tam jakaś
Tarnica. Coś więcej
niż 1300 metrów - więc na rozgrzewkę może być." I ruszyliśmy -
jakże mi potem dobrze znaną trasą na płd - wschód. Ustrzyki
Dolne. Co zapamiętałem z tamtych dni ? Niezwykłe upały - choć
mimo wszystko wobec naszej całkowitej amatorszczyzny jako piechurów
to i tak była optymalna pogoda. Domek kampingowy - nagrzewający się
jak piekarnik - w którym o śnie nie było prawie mowy. No i potężny
wydatek kasy. Wiedzieliśmy, że to nie dla nas - ale tego pierwszego
dnia snuliśmy się jak muchy w spiekocie dnia, nie mając pomysłu na
nic poza snem. No i te potwornie ciężkie plecaki - szyja wydawała
się wydłużać jak u łabędzia, a ramiona przygniatać do samej
dupy. I nasz śmiech, który z całego absurdu kolejnych "udręczeń"
robił jakąś tragiczną groteskę. No i TUSZONKA !!! - Kto dziś wie
- co to było ? Na praktykach robotniczych przy budowie dróg , wydawał
się zasobnym źródłem kalorii - po odpowiednim przyprawieniu nawet
"niczego sobie" . Tam w spiekocie upalnego lipca - była to
rozgrzana breja mięsnego gówna i łoju. Zapach wygląd i smak
przypominać musiał w tym skwarze gotowanego "pawia".
Dla nas konieczność
zjedzenia jednej puszki - coś ok 1 lub 1,5 kg.!!! była jak
wyrok - z jednej strony głód i rozsądek - mieliśmy 6 takich
atomówek, z drugiej obrzydzenie i po prostu wstręt. Byliśmy w górach
- a tego shit-u - nawet pies nie chciał tknąć. Na początku jednak
to wszystko było raczej śmieszne.
Po
Ustrzykach tradycyjnie - czyli jak każdy, kto "z mapy"
dociera w te góry - czyli Ustrzyki Górne. I z marszu wejście na
Tarnice. Dotarliśmy tam we dwóch - na zapasach w postaci jednej słonej
jak diabli konserwy rybnej. Tam po raz pierwszy dowiedziałem się, co
to znaczy sztywniejący z pragnienia język. Po zejściu picie wody ze
spienionej ściekami rzeczki - nie było już niczym dziwnym. Jakie
wrażenia ? Nie było wrażeń , bo jak często się zdarza górę tą
zaliczyliśmy we mgle. Zresztą wtedy nie było mowy o żadnym
otwieraniu się na to w czym jesteś. Po prostu góra była do
zaliczenia. A cała ta ekspedycja miała taki właśnie charakter.
Podboju Duchem Miasta. Byliśmy nim wypełnieni po uszy. Potem
tradycyjnie spanie na sianie w Górnych, przejście przez Wielką Rawkę
, Połonina Caryńska, Wetlina z rudym Rumcajsem w schronisku etc.
Teraz jak obserwuję młodzież napływającą w te góry , widzę
siebie sprzed lat. Nie jadą w nowy Świat, jadą by załatwić swe
miejskie sprawy, zrealizować swe miejskie marzenia. Jest to jednak
oczywiste, i jak się pewnie domyślacie nie wtedy energetycznie
"sprzęgłem się" z tamtymi Mocami. Nie wtedy. Tamta
ekspedycja była niezwykle jednak udana , zdobyliśmy szczyty naszych
gór, na okrągło żywiąc się serkiem topionym, dżemem, i
konserwami. To że w Jeleniej Górze po miesiącu mieliśmy już
somatyczne oznaki awitaminozy to już nie dziwne. I mase wrażeń , w
wielu miejscach wtedy odwiedzonych nigdy już potem nie byłem , a miło
je wspominam. Ale w przestrzeni ducha ten przejazd nie zmienił nic.
Może tylko zakodowała mi się ogólna przychylność gór.
2.
Kolejny epizod to rok 1988 r. praktyki robotnicze dla przyszłych
studentów - rok zerowy. Mimo wielkiego sceptycyzmu wobec całego
Systemu - wszystkiego co jakoś jest tam przezeń organizowane, pomyślałem
że warto jednak jechać, po pierwsze dlatego że oznaczało to
"wcześniejsze" rozpoczęcie czegoś domyślnie bardzo
fascynującego dla mnie - jak studiowanie, a po drugie był to
konkretny całkiem wyjazd w góry, nie tylko nisko płatny, ale
dodatkowo za "pomoc" przy wyrębie mieliśmy otrzymać
wynagrodzenie (!!!)
To
były inne czasy - czasy może zewnętrznej mizeroty, szarości ,
wypalenia i stagnacji ( okres kolejnych strajków i rebelii punkowej
nie sprawiał wrażenia, że system może aż tak głęboko zmienić
swoją formę ) za studia nie tylko się nie płaciło, ale jeszcze
otrzymywało stypendium, komunikacja była bardzo tania - a pobyt w
schronisku Otryckim, gdzie się znaleźliśmy był dla nas gratis. W
takich to warunkach rodziły się wielkie idee w całym kraju , które
obaliły stary system rodząc nowy.
(ciąg
dalszy na bieżąco pisany...)
Robert
"RODMAN" Łapiński