Polana
Ostre. To tutaj poznałem Mc Artura. Właściwie to poznaliśmy się na Wańka
Dziale. Chyba podczas jednego z henrykowych seminariów . Wyszliśmy z chaty w
chwili, gdy przepędzane było stado koni. Ta pierwsza styczność nie była
zbyt dobra. Właśnie wkurwiony Artur kopał w pysk jakiegoś hucuła /znaczy
konia/ bo ten miał jakieś ośle zdanie na jakiś temat. Nie podobało mi się
to, choć oczywiście absolutnie nie znałem się na prowadzeniu małego stada,
niezbyt karnych małych koników. Inna sprawa, iż było to zachowanie bardziej
symboliczne, niż brutalne – ale nie wyglądało to dobrze.
Inny epizod. Henryk był
stworzony do epoki postmodernistycznej. Mieszania wszystkiego ze wszystkim i
przyglądania się co z tego wyniknie. Postanowił poprowadzić jedno ze spotkań
seminaryjnych poświęconych filmowi „Batman” z Jackiem Nicolsonem.
To miał być materiał na cięte umysły przyszłych „inteligentów”.
No i zaprosił do tego Artura. Dla którego cała sytuacja musiała być niezłą
schizą. On, od lat w Bieszczadach, stary hipis, wycięty jak z bajki
„Mistycy i Narkomani” Michalewskiego , lub „Dumki Jacoba”,
na co dzień borykający się z najbardziej przyziemnymi problemami przetrwania
w trudnych warunkach – akurat była bieszczadzka zima, a ku kilkoro
studenciaków do czerwoności poruszenia , by nie napisać białej gorączki,
doprowadza jakaś kretyńska bajka. I jeszcze jak mocno potrafią się o to
spierać, jaki w tym jest sens !
Właściwie mówiliśmy tak różnymi
językami, będąc jak w odległych o galaktyki mentalnych światach, że
dialogu nie sposób było w ogóle zauważyć. Do dziś jednak zapamiętałem
jednak jedno jego zdanie, które powiedział z niezwykłą mocą : że
najsilniejszą ze wszystkich energii, jest sama NATURA i jej siły, które
sprowadzają człowieka do właściwych mu rozmiarów małego robaczka. I sens w
tym taki, by to zrozumieć.
Może to nie są dokładnie jego
słowa, ale było to w tym guście.
Potem ilekroć byłem na Wańka
Dziale, tyle razy schodziłem do Mc Artura. Tak był zwany, przez tych, którzy
z jego pokolenia. W ogóle nie potrafiliśmy rozmawiać. On hipis, ja z
pokolenia punkowego ze specyficzną uwagą kierowaną tu historii i idei nazi.
Inne światy. Ale jakoś było Ok. Pomagałem mu w ogródku, porąbałem drewno,
poszedłem po zakupy. Potem razem siedzieliśmy przy herbacie w ciepłej jego
chatce (zawsze tam było przytulnie ciepło, i niezwykle czysto) i ... paliliśmy
skręty z Niezwykłego Ziela. Potem już wszystko odpadało. Wszystko stawało
się nieważne, cały zgiełk myśli i cała moja nerwica wyniesiona z miasta.
Wszystko stawało się właśnie tą chwilą. Wielokroć pytałem o sposoby właściwej
uprawy by uzyskać Zioła tak fenomenalnej jakości, On jednak odpowiadał ...
że ... kto szuka ten sam znajdzie. Irytowało mnie to niepomiernie, ale mówił
prawdę. Za jakiś czas 3 lata poświęciłem na przerzucanie zbiorów
bibliotecznych by zgłębić tajemnicy czegoś co potem nazwałem PSYCHEGOSIS
. I rzeczywiście prawie wszystko tam jest , choć poukrywane jak w
bibliotece Umberto Eco, za czasem specyficznym jeżykiem - tylko dla
wtajemniczonych, a przecież korzystałem tylko ze zbiorów polskojęzycznych.
Potem wracałem na górę, lekki
i niejako odnowiony. To było dobre.
Potem Artur ciężko zachorował
na raka. Morfinę miał już z apteki. Nie chciał się leczyć w jakichś
szpitalach. Potem Amok powiedział mi, że tak naprawdę to w ogóle nie chciał
się leczyć, czegoś zmienić. Też tak myślę. Po prostu rozumiał że jest
to naturalny czas gdy trzeba odejść.
Potem z tym rakiem się po
prostu zżył. Nawet za ziele w ogródku nikt go już nie ściągał. Umierał
I umarł....
--------------------
Coś się przerwało. Jakąś
bliską opowieścią, było poznanie Tomka K. na Wańka Dziale. Z Namysłowa -
poeta, niezwykły towarzysz, wręcz filozof życia , w charakterystycznych lenonówkach.
Trudno powiedzieć jakie miało to przełożenie , ale i on bywał 'u Artura' ,
choć już w czasach po jego śmierci, gdy chatką krótko opiekował się
Marcin. Wtedy to nazwałem szeroką łąkę, jaką jest dość znacznie
wzniesienie, nad Polaną w drodze z Wańka Działu "Wzgórzem Mc
Artura" . Ale było nas zbyt mało, i zbyt rzadko bywaliśmy w tamtym
rejonie by nazwa się przyjęła.
Mijały lata. Amoka poznałem
rok temu. Jak zwykle odwiedzając tamto miejsce i tą werandę przed chatką.
Zastanawiałem się często czy taka a nie inna konstrukcja nie jest wynikiem
lektur książek Carlosa Castanedy. Myślę że tak.
W sierpniu tego roku po raz
kolejny wyruszyłem w Bieszczady. W zasadzie wbrew rozsądkowi. Nie za bardzo są
na to fundusze, ale tak się nie da żyć, tym ciągłym myśleniem na co kasa
jest, na co nie. I ten niezdrowy paradygmat myślenia w ciągu ostatniego roku
– samodzielne , ładne , na peryferiach i dość drogie jak dla mnie
mieszkanie. Pożerało ono wszystko . Właściwie życie zaczęło sprowadzać
się do stałego wysiłku by to mieszkanie utrzymać. Niebezpieczna pętla.
Trzeba więcej zarabiać by mieć gdzie mieszkać, można zarabiać bo jest
gdzie mieszkać. Ale w takim myśleniu Duch zdycha, bez najmniejszego ale.
Dlatego już od kilku miesięcy zastanawiałem się nad możliwością
samoograniczenia. By wreszcie odzyskać zdolności manewrowe do jakiegokolwiek
działania. Samo doświadczenie tego roku chyba ważne, ale tak naprawdę wcale
nie rozwojowe. Dlatego wysunąłem postulat : „O Potrzebie
Konsolidacji” .
W
międzyczasie na początku lata zwalił się internet. Po jakimś ataku z Sieci.
Do wymiany też poszło połowę komputera. W zasadzie dość nieoczekiwanie,
wcale się tym nie przejąłem. Po prostu odpuściłem sobie. Można przecież
nic nie robić. 3 miesiące zajęło mi przywracanie sprzętu do ponownego użytku.
I znowu koszty. Deficyt się pogłębiał. Ale bez Bieszczad nie sposób już
chyba żyć. One pozwalają na wydarzenia spojrzeć niejako z innej perspektywy,
po prostu przywrócić każdej rzeczy właściwą miarę. Po prostu pomaga w tym
... podróż, chodzenie po górach, po lesie. Pewnie każdy człowiek ma gdzieś
taką swoją ostoję.
----------------
Już po powrocie podczas obiadu
w pracy, z jakimś nieokreślonym uczuciem wkładaliśmy w siebie ową sterylną
kombinację
protein, witamin i aminokwasów w błyszczącym opakowaniu. Agnieszce przyszło go głowy : czyż nie było
by dobrze gdyby teraz właśnie , jesienią , przy zachodzącym słońcu siedzieć
teraz na polu po kopaniu ziemniaków, rozpalić ognisko, upiec kilka z nich i
zdejmując łupinę zjeść spracowanymi rękoma. W wielkim spokoju zachodzącego
słońca i odchodzącego
lata. Dodałem .... "i mieć jeszcze zsiadłe mleko, i czuć ten dym z ogniska" ... i
po prostu leżeć, nic już nie musieć i o nic się nie martwić. Choćby przez
jakąś chwilę.
... tak po prostu ... leżeć
i już nic nie musieć.
Nigdzie się
nie podrywać.
- I mieć jeszcze to zsiadłe
mleko, i czuć ten dym ...
Potem dodałem, że gdyby firma,
nasze zespoły pracownicze tak, na 3 miesiące „deportowała” do
sadzenia lasu, na jakiejś głuchej pustce, to pewnie niewielu miało by coś
przeciwko temu. Niby to co robimy na co dzień jest OK., ludziom ma być lepiej
... ale tak naprawdę, to może jest im niby lepiej, ale obecnie już tą drogą
chyba szczęście się już nie dosięgnie.
Potrzeba prostoty ...
przynajmniej na jakiś czas , dla złapania dystansu. Potrzeba prostoty, wyjścia
ze świata całkowicie wysterylizowanego.
Hm....
------------------
Z przerażeniem czasami jednak
stwierdzam że potrzeba posiadania SMRODOCHODU, jest wciąż jedną z największych
ludzkich aspiracji tego społeczeństwa. Jeśli tak , to trzeba po prostu przyjąć
– masy mają swoje życie, a idąc własną drogą nie sposób oglądać
się w tą stronę, bo to tylko przeraźliwie osłabia. Smrodochód , podobnie
jak telewizor, staje się symbolem czegoś. Gdzieś już napisałem, że pierwszą
czynnością na miarę duchowej rewolucji powinno być wyrzucenie telewizora za
okno.
Dojechałem do Suchych
Rzek. Tam przez 3 dni w zasadzie tylko czytałem wyciągając się na polanie na
śpiworze w promieniach wspaniałego słońca. Po prostu wszystko mnie bolało i
nic mi się nie chciało. W ten sposób szybko się uporałem z kolejną częścią
Harry Pottera pożyczoną od Viki. Odwiedziłem Piotra. Przyjazna
rozmowa. Suche Rzeki to jak niezwykła przystań . Miejsce początku.
Miejsce na moją miarę, ani do małe, ani za duże w polu energetycznym.
Miejsca bardziej „uproszczone” jednak mnie wyczerpują. Rodzinka
kun, bądź czegoś podobnego w chatce Artura, które w nocy 1,5 m. nad głową
urządzają właśnie wielkie tupotanie, potrafi dać się we znaki, na tyle by
długo nie móc oka zmrużyć. Z drugiej strony od schronisk o wyższym
standardzie, nie pisząc już o kwaterach prywatnych, czy hotelach, też trzymam
się z daleka, nie tylko ze względu na cenę. Jest tam jednak coś co ogólnie
jednak osłabia. Zgiełk ludzki, „miastowość” wykończeń, reguły
„miasta” przeniesione na prowincję.
Tutaj zaś można dojść do
siebie. Podobnie zawsze dobrym spotkaniem są PTSM-y. Tak jest zawsze od lat.
Zawsze można na nie liczyć i tak się zdarza że nigdy się nie zawiodłem. I
jest tam ciepła woda . tak potrzebna do gruntownej odnowy. Ten w Lesku, prawie
uratował mnie przed bezsenna nocą, gdzieś w górach, gdy wybrałem się na
powiększanie „znanego mi terenu”. I szybko się to skończyło
– gdy natknąłem się na zwykły beznadziejny kapitalizm, gdzie całe
otoczenie to tylko mniej lub bardziej odległa kasa. A gdzie to było ? w
Bystre, w Baligrodzie ? Wszędzie poza górami i ich południowych stokiem.

Wylądowałem u Amoka. Jeżyn
zatrzęsienie po drodze. Jak zwykle odwiedziłem Wańka Dział. Otryt pozostawia
smutne wspomnienia. Budowa. Po starym schronisku jedynie już kubka popalonego
drewna. Na jedno małe ognisko. Przyroda wchłania tam wszystko. Po pożarze ani
śladu. Tylko wielki wykop pod nowy budynek. Chyba będzie większy. Z budynkiem
czy bez, Otryckie Imprezy trwają prawie nieprzerwanie. Duch się nie zmienił,
i chyba nie ma sensu by się miał zmienić.
Chatka Amoka, jest dostępna.
Dla każdego kto chce zaznać spokoju w tej specyficznej oazie. Dla ludzi i
zwierząt. Na kilkuset metrach kwadratowych. Do żmii podchodzę z wielką obawą.
Andrzej mówi, że na chce się zaprzyjaźnić i pyta o zgodę, czy może tu
zostać. Oczywiście można ją przepędzić, ale po co. W razie co odejdzie, ale
chciała by zostać . Gdy usuwam pnie by ją odsłonić do zdjęcia nieśpiesznie
wypełza w trawę. Ale wraca, niczym przecież nie zraniona i pięknie pozuje do
zdjęcia .... z 30 cm. Słowa Andrzeja ukoiły mój niepokój. Jak chce żyć,
niech więc żyje. Myszy żadnej nie znajdziesz w pobliżu. I to jest jej praca
... dla dobra wspólnego. Już się nie boję.
W Polanie u pana Tomka ...
klimatyzacja w sklepie. W ogóle wygląda wszystko schludnie, czysto, Lutowiska
też. Choć bezrobocie pewnie większości daje się we znaki. Ludzie nauczyli
się zaciskać pasa. Póki jeszcze nie piją z poczucia beznadziejności.
--------------
Koniec września. Minęło kilka
dni... kolejna przeprowadzka przerwała pisanie. Tym razem z peryferii W-wy bliżej
Centrum, do mieszkania znajomego znajomego ... którego nie widziałem nawet na
oczy ;-)
Sprzątanie , malowanie ... do 3
nad ranem przy lampce nocnej / górnego oświetlenia było jeszcze brak/,
pakowanie, załatwianie przewozu, , wynoszenie, blokowanie wind, przejazd,
blokowanie wind, wnoszenie, rozpakowywanie, sprzątanie, zdawanie, rozliczanie.
Tak by było w porządku. Ogromna ilość energii. Pomógł mi w tym Paweł ...
i pan Zbyszek, kierowca Żuka. Znowu wydatki. Nie wyrzucam już kartonów
przeprowadzkowych. To teraz prawie cenne. Takich kartonów, po Skubb’ach.
Wyczerpanie. Ale wszystko się udaje. Trochę ciasno, a może po prostu ciaśniej,
ale OK. Dużo tu jeszcze do zrobienia.
Do tego praca, w ciągu pracy.
Urlopy, choroby, zmiany przełożonych, więc pracy więcej. Rozpadły się
prawie buty, nie mam czasu by kupić nowe, nie mam kiedy. Więc chodzę w innych
... zupełnie nie przeznaczonych do wielogodzinnej pracy w ciągłym ruchu.
Stres zabija ból, ale stopy palą jak ogniem. Bąble. Pod wieczór każdego
dnia już utykam. A jeszcze trzeba wytrzymać. 4... 3... 2 ... i jeszcze ostatni
dzień. Koniec.
Kupiłem nowe buty. Masa kasy,
ale muszą służyć przez lata. Oszczędzanie na butach nic nie przynosi.
Rozpadają się po roku. Praca w ruchu. Wciąż na nogach . Ze starych .... skórę
jednych wykorzystam do podklejenia butów zimowych. Po latach pękają. Służyły
dobrze ... w najcięższych warunkach. Z podziwu nie mogę też wyjść dla ...
„komunistycznych trepów” , które przez 16 laty kupiłem do wędrówek
po górach. Eksploatowane niemiłosiernie, w błocie, śniegu, na mrozie i
podczas upalnego lata, mimo że bieżnik starty prawie zupełnie , obciążane
jeszcze jak zawsze za ciężkim plecakiem, wciąż trwają. I gdy myślę że
nie ma owy by przetrwały kolejną wędrówkę, mimo że szwy gdzieniegdzie już
puszczają, one wciąż są. Wciąż sprawne do użytku. I niezastąpione.
---------------
Wracam
wspomnieniem do gór. 2 połowa lata dramatyczna. Przed wyjazdem w Warszawie ląduje
Dorren. Po niezwykle ciężkich doświadczeniach. W dramatycznie złym stanie
ducha. Teoria o życiodajnej ziemi, skąd pochodzimy, mocno się chwieje.
Ja wyjeżdżam. Ona powoli
odzyskuje siły.
Potem wraca do siebie...
---------------
Jestem w Bieszczadach, w
Polanie. Rozumiem dobrze co mówi mi Amok. Jeśli będę kontynuował taki sposób
życia jak obecnie ... to długo nie pożyję. Co prawda nie tak dawno jeszcze w
W-wie przy dw. Śródmieście Cyganka wcale nie pytana mówi mi że będę długo
żył ... mimo wszystkich utrapień jakie ściąga obecność ... kobiet, ale
naprawdę trudno w to uwierzyć. Chwilami bardzo trudno. Tak czy inaczej nie mogę
wyjść z podziwu dla ogromnej przenikliwości tych ich „wróżb”.
Operują w specyficznym dyskursie o tych stronach naszych uczuć, których zupełnie
nie dostrzegamy. Mówią też że coś interpretuję całkiem omylnie ... biorąc
za zagrożenie coś, w czym nie ma żadnej złej intencji. Ale jestem takim
jakim jestem i widzę świat tak , a nie inaczej. I trudno po prostu tak ot tak
sobie coś przyjąć do wiadomości.
Z Dorren działamy na siebie jak
dwa magnesy o tych samych biegunach. Rozumiemy się jak te same energie, ale
wystarczy iskra, by wywołać śmiercionośne grzmoty, których nikt przecież
nie chce. Ani jedno , ani drugie. Wychodzimy z tego poranieni. Nie warto.
---------------
Jestem w Polanie . U dawnego
„Żyda” w knajpie, choć już dziś tak się nie nazywa, a i tego
nieprawdziwego „Żyda” też nie ma. W sumie to jedyna tam knajpa.
Wiem co mówi Amok, ale nie mam jakoś siły by zabrać się za samodzielne
gotowanie. Czasami mnie coś natchnie, ale to nie tak często. Spożywam więc
fasolkę odgrzewaną w jakieś beznadziejnej mikrofali. Lubię, w górach piwo.
Jest ono tam tak bardzo na miejscu . Wystarczy jedno w upalny sierpniowy dzień,
by lekko zaszumiało w głowie. I wystarczy tylko być i wsłuchiwać się w ten
szum ...
Jacyś ludzie ... gwar, turyści.
Tu na szczęście nie za wiele.
Ale wszystko odpływa , jak za
szklanym kloszem ...
-----------------
Z El. spotykamy się w Górach
Świętokrzyskich . Dr. Bąbla akurat nie zastałem . Wojażuje po Europie. Wędrówki
, rozmowy. Jest Ok. .... Jest OK. To długi mój wyjazd. Bieszczad już
wystarczyło. Poza pasmem Otrytu trudno mi się tam poruszać. Ale góry świętokrzyskie
otworzyły jakby nową kartę. Wcale nie chciało się wracać do W-wy. Ogromna
przychylność ludzi. Nie chciało się tu wracać. Święta Katarzyna, Łysica,
Nowa Słupia. Jaskinia Raj. Zwykłe turystyczne miejsca. Ale po prostu wystarczyło
tam być. By płynął czas poza miastem.
Gdy wróciłem do pracy szybko
się zorientowałem że odprężenie, nie skumulowało się w plecaku. Już
pierwszego dnia charakterystyczny zacisk na żołądku dał znać o sobie.

Może wtedy
regeneracja byłaby głębsza.
Po powrocie .... przygotowania
do zmiany miejsca lokacji. W Ustrzykach spotykam jeszcze Marcina. Umawiamy się
na późną jesień. Nie wiem czy będę zdolny się wybrać wtedy w góry, ale
może ... tak przez zawsze smutną zimą. By jeszcze na chwile pochwycić
promienie słońca. Fajkę już zrobił . Czeka na mnie już od 2 lat.
|