Przypowieści Rodmana

U Amoka

(wśród Bieszczadzkich Duchów)

w krainie mitu

 

W Bieszczady miałem jechać, jakoś w październiku. Nie bardzo w to można było nawet mnie samemu wierzyć, ze względu na zacisk ekonomiczny, ale tak mniej więcej mogłoby to wyglądać. Zwykle tak wyglądało. Tak też umówiłem się z Grzegorzem, z Polany Ostre. No cóż, nie tym razem. Pewnie kiedyś się spotkamy jeszcze. Miał mi zrobić fajkę. Będzie czekać , aż drogi nam się ponownie przetną.

Ale w tym roku , gdy byłem w Bieszczadach w sierpniu -  po raz pierwszy udało mi się spotkać AMOKA, czyli Andrzeja Turczynowicza , w jego chacie opodal chatki Mc Artura. Trochę o nim słyszałem od samego Artura, którego zwykle będąc w Bieszczadach często odwiedzałem pod koniec jego życia. Zawsze schodząc z Henrykowego Wańka Działu, ku jego chatce, nad potokiem Ostre. Było to w czasie mojego wzmożonego zainteresowania Eksploracją Kolejnych Warstw Stanów Świadomości. Pytałem o to Mc Artura, który często irytował mnie spychaniem -wg mnie- tego tematu twierdzeniem : "kto szuka , ten sam znajdzie". No dobra, ale jak się do tego zabrać ? Na to pytanie musiałem sobie odpowiedzieć sam. Tak czy inaczej spędzaliśmy, co kilka miesięcy - po kilka godzin, czasami dzień po dniu, przy prostych pracach domowych, i raczej milczeniu. Trudno było jakoś znaleźć wspólne słowa między "starym hipisem" , a nieufnym poszukiwaczem prawdy pokolenia punk'owego. Ale tak czy inaczej lubiłem tam przebywać. Nawet w tym milczeniu. W każdym razie wiedziałem, że najbliższymi przyjaciółmi Mc Artura są właśnie : Amok, bracia Grabajowie, Piotr z Polany. Potem już na Hulskim. 

Potem Mc Artur umarł.

Tym niemniej nasze drogi z Amokiem wtedy się nie przecięły . Potem będąc w Bieszczadach kilka razy do roku ... często schodziłem do Arturowej chatki, by ot tak pomedytować, powspominać chwile spędzone na werandzie, czy obok "nowoczesnej" kuchni, i wiązać to jakoś z moimi magicznymi łąkami , lekturami i wizjami ... które dane mi było w tych górach zobaczyć. Czyli mój taki mały Raj. 

Widziałem jak buduje się chatka Amoka, ale i wtedy nie było danym nam się spotkać. Dopiero w tym roku. Szedłem z Otrytu, przez Wańka Dział do Polany. Tym razem zastałem i Andrzeja i Artura S. , który przebywał wtedy w Bieszczadach   ... u Amoka... na "rekolekcjach duchowych" , można by tak rzec. Artur jest z Warszawy, i jest osobowością bardzo towarzyską, co jakoś ułatwiało nam wszystkim kontakt, ponieważ ja z natury jestem raczej zamknięty i nieufny. W każdym razie, wreszcie się spotkaliśmy. Jeden wieczór.

Amok też mieszka w Warszawie.

Z tego naszego Spotkania zaświtała mi myśl, że możemy zrobić Strych, że coś może zaiskrzyć, w chwili gdy stare relacje przyjaciół i znajomych spotykających się na "Strychu" , jak to zwykle bywa wkroczyły w fazę niczym materialnie nie spowodowanej wzajemnej niechęci. (Pewnie tak to jest ja zbyt długo zna się tych samych ludzi).

Jak to będzie teraz , zobaczymy....

Po raz kolejny spotkaliśmy się w Warszawie. W czasach obecnych dobrym neutralnym terenem Spotkania ... są problemy komputerowe, i tutaj jakoś mogłem być przydatny Andrzejowi. Trochę też opowiadałem o Strychu, trochę o swojej pracy. AMOK zajmuje się tym, czym się zajmuje już dziesiątki lat, czyli ... pogłębianiem ludzkiej wrażliwości poprzez sztukę. Od najdawniejszych czasów hipisów w Bieszczadach, czy w Częstochowie. Pokazał mi unikalne materiały filmowe z tamtych lat, przez siebie kręcone. Jakże egzotycznie dziś wyglądają tamte postacie, tamte fryzury, tamte mody i problemy tamtego świata. Ale jest w tym jakiś magnetyzm Autentyzmu. Być może kiedyś świat obejrzy tą Historię , której nie uwidzimy w środkach masowego przekazu. 

[ Teraz pomyślałem że przy najbliższej okazji pożyczę Andrzejowi książkę Michałowskiego "MISTYCY I NARKOMANI" - z tamtych lat, choć jak mawiał Mc Artur wspartej masą fikcji i zmyśleń. Ale z jakąś cząstką prawdy]

AMOK jest postacią Mistyczną

To pewne...

Złe to czasy, które tak skromnym i niewiele potrzebującym osobom, grożą prostym przerwaniem egzystencji...

Nieważne...

Andrzej wiele gra...

Na takiej drewnianej trąbie, która jakoś skomplikowanie się nazywa. Nie będę próbował tego nazywać, bo na pewno coś przekręcę, ale ma taki donośmy pomrukliwy dźwięk. 

Ostatnio na Dobrej 33.

Nie wiem czy chcę tam zaglądać , bo mam kiepskie wspomnienia ze współdziałania z jednym ze współwłaścicieli.

Ale Amok miał też ....swój kościół !

Prawie nie do uwierzenia ...

Ale miał przez kilka lat po-mariawicki, piękny kościółek , pod Otwockiem, w Pogorzeli. Z powodu braku wyznawców przekazany , pod działania Artystyczne. Gmina wyremontowała go z ruiny i oddała Andrzejowi pod opiekę. Przed wczoraj tak byłem. 

Właściwie zaczęliśmy jeszcze w Warszawie, znowu od spraw komputerowych, ale potem w drogę. Maluchem Andrzeja. Jakoś tak mi się zeszło na wspomnienia "mojego gracika" , którego kiedyś tam miałem, i perypetii związanych z jego notoryczną skłonnością do psucia się. No i maluch Andrzeja ... też się popsuł. No ale mając 20 lat, i tak jeździł tylko "na duszę", więc moja opowieść pewnie go osłabiła. Co prawda wysiadł już dzień wcześniej ... ale teraz pośród przenikliwego zimna , i deszczu ... wcale nie było to miłe. 

Wcześniej byliśmy w Galerii z myślą o Strychu. Andrzej zdziwiony był, że wybieram tak małe miejsca , pod ziemią, i jeszcze do tego tak CZARNE. Odpowiedziałem, że większych nie byłbym w stanie wypełnić energią, a nie sądzę bym zawsze mógł liczyć , że ktoś w tym dziele dopomoże. Może być tak , ale nie koniecznie. Ta mała powierzchnia, jest po prostu na moją formę energetyczną i tych, którzy też z siebie nie aż tak wiele mogą dać, bo sami niewiele mają. To że Andrzej swoją ekspresją potrafi wypełnić cały Kościół , wzbudzało mój podziw. 

Tak czy inaczej na miejsce dotarłem nie na 15.00, a na 17.00. Andrzej jeszcze później. Ale byliśmy, choć ja już byłem zrezygnowany, i aż przykro było myśleć o tych, którzy stawili się punktualnie i po prostu się zawiedli. Przy mnie jeszcze odjechała jedna osoba. Nic nie jest łatwe w ten czas.

Ale byliśmy.

Kościół Amoka.

I jesienno-zimowa szaruga. 

Wiem jedno...

W tej chwili trudno byłoby wypełnić to Energią. Ma więc rację Artur S. gdy mówi , że to dobrze by służyło tu ludziom, z parafii katolickiej, której kościół ten przekazuje gmina. Czasy nadchodzą naprawdę trudne. Bo nie będzie już w nich optymizmu. Dlatego każde miejsce zgromadzeń powinno ludziom służyć, by mogli po prostu być razem. Po prostu razem. A nie osobno. Jeśli pod szyldem Katolicyzmu... to też dobrze. Nie może takie miejsce stać puste. Nie można ludzi po prostu zamknąć w domach, by marnieli w swych troskach. Niech się zbierają.

 

Dla Andrzeja natomiast to był tylko etap.

Etap na drodze

Może najpoważniejsze wyzwanie, ale tylko etap.

I tak Wielkie  Dzieło stworzył w ciągu tych kilku lat. I Wielu Będzie to Pamiętać.

Cóż.

Przyjechałem tam w zasadzie na jesienno-zimową stypę. 

Aby kilka fotografii przetrwać mogło.

Aby zapisać i zatrzymać w kadrze znaki czasu.... 

Z Andrzejem Spotkamy się jednak ... w podziemnym "Strychu" . W transzei o mniejszych rozmiarach. Ale to nie znaczy wcale, że jakoś osłabieni. 

Może w przestrzeni ... z mniejsza entropią.

Choć może chodzi o to ...

by po prostu przetrwać

Czas mroku

zimna

i dżdżu ...

 

Z pozdrowieniami

RODMAN

 

KU STRONOM STRYCHOWYM