Robert "R" Łapiński

Wstęp - ogólniejszej natury

(C)

 

Przeglądając strony internetowe, które wydawały mi się interesujące natknąłem się dzięki Tarace Wojciecha Jóźwiaka na artykuł Jana Waluszki MITOZOFIA SARMACKA. Jest on godny uwagi z wielu powodów. Jednym z nich jest bardzo ciekawa apologetyka sarmackiej zaściankowości jako drogi do zejścia z przekleństwa jakie toczy naszą Cywilizację w skrócie nazwijmy go ... fatum wielkich krucjat. 

Rekonstrukcja ducha tej kultury wydaje się trafna. " Polska nie-rządem stoi , a prawami obywateli ", i słusznie wyraża  się nie tyle "nierządem" w postaci prostytucji, łamaniem prawa ogólnego, ale obejściem władzy rządowej jako obcej , względnie tylko potrzebnej, jako tej, która cyklicznie wplątuje narody w jakieś wojny , by przekonać ludność że jest do czegoś potrzebna. Krótko pisząc jest to wizja samorządowa, władzy rozproszonej, "ludzie jak ich pozostawić samemu rządzić się umieją sami".

 

 Przy czym wojny te nie dają żadnej satysfakcji, bo żadne zdobycze "na zaścianku" nie są nikomu potrzebne. Siać , zaorać, zebrać,  sprzedać komu trzeba, i żyć radością domostwa i jego troskami, żyć dla życia i szczęścia w nim - byłby to ideał owej Arkadii, która w dużym stopniu zresztą funkcjonowała w dłuższym okresie czasu pod postacią tradycji sarmackiej. 

Ludzki, zdrowy anarchizm. 

Brzmi to jak spisany ideał, utopia, marzenie szczególnie po czasach wielkich przygotowań do  kolejnej krwawej krucjaty, jakim był okres wielkiej militaryzacji zwanej komunizmem, czy też ludową demokracją. A chyba zaraz po tym czasie Jan pisał swój tekst. 

Czasy się jednak zmieniają . Nic nie jest piękne samo przez się, nawet utopijna Arkadia - ale tylko w pewnym kontekście. Podobnie nic nie jest przekleństwem - choćby był to zagon berserków - samo przez się. Może być to jednako źródłem Mocy. Mocy potrzebnej do Wielkiej Przemiany. 

 

Również dziś już nie wszystko wygląda tak samo jak przez 15 laty gdzie system zmilitaryzowany poległ, przez zwykłe przemęczenie materii, przemęczenie uwagi i gotowości. 

Rozpoczęło się wielkie rozpuszczanie. W ciągu tych jednak 15 lat wiele rzeczy rozpuściło się daleko szybciej niż wielu by sobie tego życzyło. Wychodząc z filmu =Fahrenheit  9/11= miałem poczucie że Europa żyje jeszcze żywym duchem tradycji zmilitaryzowanych , i wiele jej możemy zawdzięczać. Ameryka już tego nie zna i tych wszystkich , którzy tak bardzo za nią tęsknią chętnie bym spuścił z tej naszej smyczy i po prostu wyrzucił za ocean. 

 

Entropia zaangażowań ma swoje gdzieś granice. Granice życia, to granice zniesmaczenia. Kwestia Smaku zaś nie ma nic wspólnego z życiem jako takim. Jest bliższa estetyce, w obliczu śmierci. 

 Niż prostym trwaniem. 

 

Społeczność, bo już mniej społeczeństwo szybko wchodzi w kręte ścieżki rozproszenia. Pojawiają się miktoorganizmy - społeczność kastowa. Obiegi zamknięte , przy coraz silniejszej alienacji poszczególnych kast. 

 

______________________

Utopia Arkadii sarmackiej zachowywać może swój urok, wyłącznie przez pryzmat rycerskiej tradycji szlachty okresu poprzedniego - czyli wyrobienia świadomości tego , dla czego warto nie tylko żyć, ale i tego dla czego warto też umrzeć.

A świadomość tego  z biegiem życia, dla życia, ulega z czasem erozji. 

Gdy kończy się czas WSPÓLNEJ SPRAWY , zaczyna się czas schadenfreude, czyli już nie tylko prostej , ale po prostu prostackiej satysfakcji z niepowodzeń innych, gdy nasze Czyny nie mogą być już źródłem naszych radości, a radość swą czerpiemy z poczucia klęski jakie dosięga innych.

 

Jakkolwiek przejście z życia "w metapoziomie" na te - w "poziomie" może mieć swój niekłamany urok  i funkcjonuje dość znacznie w obecnym życiu społecznym, to jednak w literaturze wcale niełatwo znaleźć klasyczny jej przykład, ale jest to możliwe. Być może przechodzenie to , w czasach "zwykłych" jest czymś "naturalnym" , i podlega np. prawu - wypierania na rynku pieniądza dobrego przez gorszy wprowadzany do obiegu. 

Złoty "pełnozłoty" ląduje w skarpetach, złoty - tylko pozłacany wciskany jest na rynek, aby jak najszybciej się go pozbyć. W ten sposób w obiegu znajdziemy tylko pieniądz pozłacany, zaś pełny znika ze świata lądując ponownie w czarnej dziurze ziemi pod postacią ... schowka w piwnicy. Nominalnie mają się przecież nie różnić, choć się różnią. 

 

Zaryzykuję opinię: że bez Oblicza Świadomej Śmierci - nie tworzą się żadne Wartości.

 

Zrealizowana Arkadia. 

Zamiast tęsknić do tego co było tylko półśrodkiem, w dużym jednak stopniu spełnionym, gdzie w imię pokoju , spokoju  pozwalano na przewalanie się obcych wojsk przez kraj cały i do tego bogacono się na furarzu i wyżywieniu "tych , którym rzeź wzajemna w głowie" - a co opłacono potem utratą niepodległości Rzeczpospolitej , przejdźmy od razu do tej formy istnienia spełnionej w całości. Mówi się o tym, że to "źli obcy" zniszczyli nasza "krainę szczęśliwości" - jest to tzw. "tyż prawda". Po co "sielskiemu byciu" jakaś tam państwowość?

 

/Zaryzykuje nawet tezę : że bez rozbiorów , co było doświadczeniem jednak dramatycznym, nigdy by nie odrodziła się tożsamość polska, a z biegiem wieków po prostu rozpływała by się ona w populacjach krajów ościennych, aż do zaniku bez pamięci./

 

Znajdźmy więc przykład zrealizowanej "Arkadii" bezpaństwowej - i ludzkiej weń kondycji.

 

Jedną z podarowanych mi ksiąg - jeszcze z mieszkania na Powiślu - jest dość przeciętna kiedyś, ale teraz szczególna opowieść Józefa Korzeniowskiego - "Spekulant". 

Mamy tam głównego bohatera, który jest rodzajem takiego nowobogackiego polskiego burgeois , człowiek różnych namiętności, ale akurat miłość uważa jedynie za towar o wartości rynkowej więc jego pragnieniem jest taki ożenek, który podniesie jego wartość na rynku, oczywiście w postaci posagu. Chce się więc ożenić bardziej z "milion" niż z tą , która ów milion ma posiadać. Ale jako że niepewny jest własnej tożsamości pląta się w jakiś tam miałkich spekulacjach, i nie on będzie naszym przykładem przewodnim. 

W powieści występuje przykład wręcz krystaliczny. Żyd zwany Abramkiem. Wybieram akurat przykład taki, ponieważ jakiś czas temu chciano pokazać mi film "Pianista" - tak tendencyjny, tak antypolski, że wywaliłem go po 20 min. Ale właśnie on funkcjonuje w obecnej świadomości potocznej. 

Więc dla równowagi weźmiemy sobie postać  Żyda , nie z łzawej a historycznie skoślawionej holokaust-opere  , ale z roku 1938, kiedy ową książkę wydano. 

 

Nasz "bohater", pan August rozkochawszy na saniach dziedziczkę fortuny, musi udać się do jej ojca chorążego o imieniu ... Kalasanty. Ten zaś właśnie przyjmuje dzierżawce swych młynów Abramka.

czytamy o nim :

 

"Był to Abramko, znakomity Abramko, jak czytelnicy później zobaczą  , który arendował w Niedolipiu młyny i stawy, któremu pan chorąży od marca podwyższył ratę i jeszcze nie dobił targu. Żyd z rudą brodą i ciemniejszymi cokolwiek pejsami , odziany bardzo ubogo, bo był polityk , stał z pokorną miną , oparwszy obie ręce na długiej lasce. Gdy się chorąży do niego zbliżał , zerkał siwem i pełnym chytrości okiem , kłaniał się coraz niżej , i nareszcie za danym znakiem , wyszedł za panem chorążym.

 

Pan August serce dziedziczki - Klaruni zdobył w ... pierwszym boju. Trudniej z rodzicami, od których rzecz cała zależy. Przenikliwy  szwagier nie poznawszy prawdziwych intencji Spekulanta, tak oto mu radzi - przed matką bądź szczery, aż do bólu, co byś nie powiedział o sobie nawet złego , szczerością będzie ci to zapomniane, gdy cię bowiem złapie na fałszu przepadłeś do szczętu. Natomiast ojcu - kadź ile  wlezie, wynoś pod niebiosa jego pomysły, udoskonalenia, hodowlę i pastwiska, choć niczym się one nie różnią od sąsiedzkich , mów iż nie widziałeś doskonalszych i bardziej postępowych, choć po świecie Cię nie brakło. 

Nasz bohater wdzięczen szwagrowi, którego się otwarcie bał, a którego zjednał sobie akurat wylewnością uczuć wobec siostry - plan realizuje. Obchodzą z chorążym posiadłości , a lukier nie schodzi z ust pana Augusta - aż wreszcie dochodzą do młynów. 

 

Stosownie do przestrogi pana Kaspra, Spekulant nasz naturalnie nie zapomniał o młynie. Gdy pan chorąży pokazał mu tam swoje wszystkie wynalazki, gdy zadziwiony pan August przypatrzył się nareszcie wszystkim kołkom, które były takie, jak i inne kolki, ale w których on znajdował szczególniejszą formę i niewyrachowane korzyści, słowem gdy już wyszli i stali na ganku wyszedł za nimi Abramko zamączony. upudrowany. i trzymający w ręku jarmułkę, ostatni oddawał pokłon. Wtenczas pan August. nie przewidując jak słowo niebacznie i przeciwko przekonaniu powiedziane odbić się może w późniejszem życiu. rzekl:
- Wiele też panu dobrodziejowi za takie młyny ten żyd płaci?
- Głupich piętnaście tysięcy, wyobraź sobie. I to ledwiem go ugodził - odpowiedział chorąży.
-Doprawdy? - rzekł pan August z podziwieniem doskonale skłamanem. 

- A, tegobym nie myślał. Piętnaście tysięcy! - Słowo honoru panu daję, te gdyby te młyny były moje, nie puściłbym ich inaczej, jak za ośmnaście. Toż lepiej na siebie trzymać. One dadzą niewątpliwie dwadzieścia jeden lub dwa.


-A widzisz, żydzie! Ja to samo mówiłem - powiedział chorąży i poszedł z panem Augustem dalej. Żyd został na ganku, blady, z ręką pod pejsami, i patrzył za nimi. Widział, że z żywością, o czem innem rozmawiali, rozprawiali rękami, zatrzymywali się, zwracając się jeden do drugiego i licząc coś na palcach. Nie słyszał Abramko ich słów. ale widział gesty, i pewny był, że nie o czem innem może być mowa. tylko o nim, o jego zyskach, o jego młynach. Poskrobawszy się więc w głowę, wrócił zakłopotany nazad usiadł na schodkach i długo myślał. Noc zeszła mu bezsennie, także na myśleniu, a gdy nad ranem usnął. zdawało mu się ze worek z trzema tysiącami złotych. wymienionych na piątaki, leży na jego piersiach. Sen ten Abramka nie był bez skutków w życiu naszego Spekulanta.

 

Dalej akcja tej opowieści toczy się swoim trybem aż wreszcie:


Przypominają sobie czytelnicy scenę we młynie, i sposób, jakim pan August, chcąc zyskać przyjaźń  chorążego, zrobił sobie nieprzyjaciela w Abramku. Abramko był żyd, i religią jego był pieniądz. Kto go więc obrażał z tej najdotkliwszej strony, obrażał go śmiertelnie i nie powinien był spodziewać się przebaczenia. Pan August zapomniał, co powiedział, bo szczerze tego nie myślał, ale Abramko nie zapomniał bynajmniej i, dowiedziawszy się ze pan August miał być zięciem chorążego, a zatem miał nabyć tak przeważny wpływ na jego przekonanie i interesy, zląkł się serio, aby na przyszły rok nie podwyższono mu arendy o trzy  tysiące. Trzy tysiące więcej! - powiedział sobie 
Osiemnaście tysięcy! -  skąd ja tego wezmę? - Żal mu się zrobiło Niedolipia i tych młynów, choć nie mających żadnych szczególnych wynalazków, ale mocnych i niepotrzebujących reparacji; tej wody pełnej ryb i stojącej prawie w jednej mierze, stałej i umiarkowanej, jak dusza filozofa. Zasadziwszy ręce pod pejsy i skrobiąc się w głowę, zaczął rozważać: czyby się nie znalazł jaki sposób odradzenia chorążemu, aby nie wydawał "take śliczne córka" za takiego niebezpiecznego człowieka, bo w rzeczy samej pan August był człowiekiem niebezpiecznym, mającym zgubny zamiar przyczynienia trzech tysięcy do raty. Wówczas przyszło mu do głowy, że najlepiej pojechać do Zakrzówka, obaczyć naprzód, co to za taka wieś, żeby była równa posagowi panny chorążanki? dowiedzieć się, jakie tam na niej długi? Wystawić wszystko w nędznych kolorach, skłamać w razie potrzeby, bo to nic nie kosztuje, i tak odstraszyć chorążego,  powtóre: zajrzeć przez brata arendarza do tajników kawalerskiego życia pana Augusta, i z temi wiadomościami pójść do chorążyny. Taki plan utoczywszy, uśmiechnął się złośliwie i kazał zaprzęgać swój wózek.


W tejże chwili pan August wracaiący do domu, już prawie pewny swego, z dumą i jaśniejącą twarzą przejeżdżał koło młyna. Abramko zdjął jarmułkę i ukłonił mu się tak, jak się kłaniał Fouche Napoleonowi, wyjeżdżającemu do Niemiec przed bitwą pod Lutzen.
[...]

 

Pan August, kazawszy przeprząc inne konie, natychmiast wyjechał; a w kilka godzin potem na wózku o dwóch kołach, siwą kobyłą stanął przy tylnej bramie karczmy w Zakrzówku Abramko. Zlazł poważnie ze swego rydwanu, otworzył sobie przymknięte tylko wrota, zajechał poza słupy karczmy w ten szary kąt, gdzie latem leży parę połamanych sani i kilka kłód drzewa. Odprzągł spokojnie swoją kobyłę. 
W kilka minut potem już znajomość najściślejsza z gospodarzem była zrobiona, choć się jeszcze nigdy w życiu nie widzieli, a w .kwadrans już Abramko prawie wszystko wiedział i żując kawałek cebuli, kiwał poważnie głową, i ważył w głębokim swoim rozumie, jak z powziętych wiadomości skorzystać. Ale Abramko nie był to człek płochy, postanowił więc zaczekać do jutra, pójść do dworu, zobaczyć wszystko na własne oczy, pogadać z ekonomem i z panią ekonomową, a wreszcie i z samym panem, jeśliby nazajutrz wrócił. Powodem do tego postanowienia było mu, podejrzane bardzo cmokanie gospodarza, gdy mówlł o pani ekonomowej i dodał, że ma lat dwadzieścia dwa, a pan ekonom czterdzieści kilka. O pretekst stawienia się we dworze przed Wyższą i niższą jurysdykcją nietrudno było dla Abramka. Wiedział on dobrze, że pani ekonomowa ma zawsze coś sprzedać w sekrecie przed mężem, pan ekonom w sekrecie przed panem, że panowie także chętnie sprzedają, żyd zaś wszystko kupuje, tak szedł Więc do dworu i, opędzając się laską przed chartami, które go opadły, dziwił się, że u dziedzica na jednej wsi wszystko tak było zabudowane porządnie i po pańsku. Kazał się zaprowadzić do pani  ekonomowej, i szepnął jej: czy niema do sprzedania motków albo płótna? na co odebrał odpowiedź, ze mąż już sprzedał wszystko. Wpatrywał się w twarz młodej i ładnej kobiety, gdy jej zwiastował że się ich pan żeni, że wkrótce będą mieli panią, ale zamiast rumieńca i grymasu zazdrości i obawy, postrzegł na twarzy ekonomowej prawdziwą radość i usłyszał słowa: - Dałby Bóg żeby lak najprędzej. Zdekoncertowany Abramek, podłożywszy znowu lewą rękę pod pejsy, już miał wychodzić ze dworu, gdy psy zaszczekały, zadzwoniły kółka krakowskicb cbomątów, i pan August dobrym kłusem wjechał na dziedziniec.

Postrzegł on Abramka pod sztachetami i kazał go do siebie zawołać. Wszedł żyd z całą izraelską pokorą, i opierając ręce na lasce, zatrzymał się przy drzwiach. Stał tak -długo, i czekał, i dziwił się, że w pokojach było tak ładnie, tak czysto i tak po pańsku. Ale trzy tysiące mającej się podwyższyć raty, całym ciężarem worka, który go gniótł w owym bolesnym śnie, znowu legły na jego żydowskiem sercu, i postanowienie jego tą wagą przygniecione, większej nabrało sprężystości. Nareszcie wyszedł pan August z dalszych pokojów, i dał mu znak, aby się przybliżył.
- Co ty tu robisz? żydzie! -zapytał go, patrząc mu bystro w oczy.
- Jak to co robię? --odpowiedział Abramko ze zwyczajnym żydowskim manewrem, zaczynając odpowiedź od zapytania - Zwyczajnie biedny żyd, co on musi płacić takie wielkie rate , staram się. I teraz jadę do różne panowie, gdzie by taniej kupić zboża. Na przednówek już ludzie zboża nie mają i moje młyny stoją. To ja już muszę sam kupować i mleć swoje, żeby oni nie stali.
- Więc ty chcesz kupić zboża? -rzekł pan August. Żyd skłonił się, podnosząc zlekka jarmułkę na znak potwierdzenia. 

- Dlaczegoż -dodał pan August, gładząc wąs średnim palcem i patrząc jeszcze w oczy żydowi z podejrzeniem - najpierwej przyjechałeś do mnie.
- Jak to dlaczego? -odpowiedział Abramko.
- Albo to ja nie wiem, że jasny pan taki porządny gospodarz i że jaśnie pana zboże suche i niestęchłe, i pszenica żółta jak wosk i żyto takie wielkie jak groch? At!
- Alboż to inni panowie nie mają takiego zboża.
- Dlaczego oni nie mają mieć? - odpowiedział. - I u naszego pana chorążego jest, ale u  niego nie można się dokupić. Ale drugie panowie lubią oszukać żyda i przedadzą jemu pszenice porosłe i żyto stęchłe.
- A ja tego nie zrobię? -rzekł pan August uśmiechając się.
- Ach! czy to ja jaśnie pana nie znam? A prócz tego, choć by jaśnie panu i przyszła ochota okpić biednego żydka, toby jaśnie pan mnie tego nie zrobił.
- A czemuż to? Mości Abramkul -zapytał pan August.
- Czemu? -odpowiedział żyd, uśmiechając się filuternie -bo jaśnie pan wie, że jakby mnie takiego figla wypłatał, to jabym zaraz poszedł do pałacu i poskarżyłbym się nasze panienka. 
- Alboż ty wiesz, że mnie wasza panienka interesuje? ...
- Jak to ja nie wiem? Któż tego nie wiem? To już wszędzie gadają i zazdroszczą jaśnie panu. I jest czego - dodał, nachylając ją do stop pana Augusta. - I ja winszuję jaśnie panu. Niech Pan Bóg da szczęście i wszystkiego dobrego i dużo paniczów. Ach! będziesz jasny pan miał rarytne żonę. Tu żyd zaczął trząść głową i silnie cmokać.
- Tak odpowiedział pan August, I twarz jego przybrała wyraz zimny i obojętny - Szkoda tylko, że chorąży taki skąpiec.

-Jaśnie pan zna dobrze naszego pana chorąży odpowiedział żyd z uśmiechem, i przez głowę jego przeszła myśl płodna i jasna. -Już to, prawdę powiedzieć, z nim jaśnie panu będzie trudno.
-Czy myślisz, że odmówi?
-Jak to odmówi, kiedy już pozwolił? Mnie powiedzieli we dworze, że już wszystkiego skończone.
-Tak, naturalnie, że już prawie skończone rzekł pan August, zmiarkowawszy się. -Ale czemuż mówiłeś, że mi będzie z nim trudno?
-Ja mówiłem, że trudno będzie z wypłatem posagu, bo on więcej kocha pieniędzy, jak córka.
Szatan zguby zawsze stoi przy boku człowieka i czyha na słabą minutę, w której namiętność bierze górę nad rozumem. Przed panem Augustem stał żyd, i pan August zapomniał, że mu należało być umiarkowanym i bezinteresownym. Wspomnienie posagu, jak ostroga utopiona w boku konia, ocknęła jego łakomstwo, które rozum ściągał munsztukiem. Ta krótka walka, ten ruch wewnętrzny, odbił się i na twarzy pana Augusta. Wprawne oko żyda dostrzegło jego myśli i chęci.
- Jaśnie pan -rzekł Abramko, przybliżając się i nachylając się cokolwiek - już zapewnie ułożył się z naszym pana chorążego, jaki on da posag swoje panienka, póki on żyć będzie?
-O tem z nim nie mówiłem -odpowiedział pan August z zaiskrzonym wzrokiem. - Nie wypada mi w tej materji zaczynać.
-Nu, zapewnie -rzekł żyd, - to bardzo delikatna materja, a osobliwie z takim panem, jak nasz. Jednakowoż, z przeproszeniem jaśnie pana - dodał, skrobiąc się w głowę, - mnie się zdaje żeby dobrze wiedzieć tego pierwej.
Te słowa zdały się panu Augustowi okrytemi jasnością szczerego złota, tak raziły oczywistą, prawdą. Pomyślał więc, że może korzystać z przypadkowego spotkania tego żyda u siebie, i rzekł niby od niechcenia :

-A widziałeś próbę mojej pszenicy u ekonoma, Abramku?
Żyd cofnął się krok i poskrobał w głowę, powiedział jednak: - Widziałem, jaśnie panie! Pszenica, niema co mówić, piękna.
-A co dasz? -zapytał pan August, gładząc wąs.
-Nu, co jaśnie pan chce? - odpowiedział żyd zwyczajnym trybem.
- Dasz po dwanaście złotych z dostawą do młyna -rzekł pan August.
Ceny wówczas były cokolwiek wyższe. Zmiarkował więc Abramko w mgnieniu oka, że pan August ma na niego jakiś projekt i dlatego od razu spuścił cenę niżej egzystującej. Postanowiwszy więc przy jednym ogniu dwie pieczenie upiec, odpowiedział pokornie:
-Dziesięć złotych jaśnie panu dam. Ja biedny żydek, a ratę płacę okrutnie duże.
-Mniejsza o to, zgoda, choć stracę więcej niż dwieście złotych.
- Nu, ja tego odsłużę jaśnie panu inszym sposobem-odpowiedział Abramko, i sięgając ręką za pazuchę, dodał: - Moźe jaśnie panu pieniądze zaraz?
- Nie ma potrzeby -rzekł pan August. - Jak ci dostawię i obaczysz, że wszystkie sto korcy jednakowe i odpowiadają próbie, to tam oddasz człowiekowi. Ja ci wierzę.
-Aj! dziękuję JW. panu-odpowiedział żyd, kłaniając się do nóg pana Augusta. 

-Wystarczy mi dla drugie panowie. które mi pewnie nie pokredytują. A prędko jaśnie pan może mi przysłać te sto korcy? ,
-Pszenica już w workach. teraz sucho, odbierzesz ją za dwa dni.
-Niech jasny pan nie każe wysyłać, aż pojutrze, żeby za cztery dni przyjechali, bo ja dopiero na szabas będę w domu -rzekł Abramko, żeby go pokryć swoją filuterią.
-Jak sobie zechcesz-odpowiedział pan August, przechadzając się po pokoju. Żyd tymczasem nie odchodził, stał i prowadził za nim wzrokiem. Wiedział on, że nie darmo mu spuszczono więcej niż po trzy złote na korcu, nie wzięto pieniędzy, że zatem to był środek i ścieżka do jakiegoś innego celu. Jakoż raptem pan August, w owej złej minucie, stanął przed żydem i rzekł:
-Słuchajno, Abramku! powiedziałeś niedawno rzecz, która mi się zdaje bardzo prawdziwą.
-Względem pana chorążego?-odpowiedział żyd.
-Właśnie -mówił dalej pan August. -Chorąży gotów mię potem zbyć ni tem. ni owem.
-Jak jaśnie pan jego dobrze znal -odrzekł żyd.
-Dlatego masz rację, żeby dobrze co§ wprzódy o tem wiedzieć.
-Czy to ja jaśnie panu darmo mówiłem?
At! on człowiek twardy.
-Możesz-że ty mi zrobić jedną przysługę? rzekł pan August, spuszczając oczy, bo czuł, do jak niskiego ucieka się środka.
-Jaśnie pan mnie tanio przedaje i wierzy, a jakby nie zrobił wszystkiego dla jaśnie pana? Ach! czy to ja taki człowiek?
-Słuchajże Abramku! -dodał z rezygnacją podłości pan August.- naprzód  nie piśniesz nikomu ani słowa żeś był u mnie.
-Nu, naco mnie tego komu gadać - odpowiedział żyd ruszając ramionami.
-Potem przy dobrej zręczności - mówił dalej pan August zapalając się - gdy chorąży przyjdzie do młyna, tak, nieznacznie, w rozmowie. nie wspominając nic o mnie, ale w ogólności, na przypadek, gdyby wydał córkę za mąż, jakiby też jej naznaczył posag za życia? I czy ma zamiar dać gotówką, czy oddzielić z parę wsi od swego majątku? Zrozumiałeś?
-Jak to ja nie zrozumiałem? -odpowiedział żyd uradowany z tak głupiej konfidencji rozumnego pana Augusta.
-I potrafisz to ułatwić zręcznie?
-Czy to ja naszego pana chorąży nie znam? Czy to ja nie wiem, z jakiej beczki z nim potrzeba zacząć? At! powiem jaśnie panu, że jak ja zechcę, to wszystko wyciągnę, co u niego pod serce leży.
-Pamiętajże. Ja ci jeszcze każę sto korcy żyta przemłynkować i tanio sprzedam.
-Dziękuję jaśnie panu. Chwalić Pana Boga, że jaśnie pan, a nie kto inszy, będzie się żenić z nasze panienka. Takie żona, a do tego jeszcze taki posag! ajl aj! ajl-Nu, ale jaśnie pan wart takiego szczęście.
Pan August dał jeszcze żydowi asygnację na zboże i poleciwszy, aby się dobrze i ostrożnie sprawił, poszedł do swego pokoju. Żyd popatrzył za nim ironiczniej, worek z trzema tysiącami złotych spadł z jego serca i znakomity Abramko, lekki i pewny swego, powrócił do karczmy.
(...)

 

Scena, którąśmy opisali, odbywała się w Dębowej Woli 7 czerwca, w sobotę, a w wigilię tego dnia, gdy już słońce się zniżyło, wyszła chorążyna, panna Klara i pan Paweł na przechadzkę na groblę, gdzie przynajmniej były drzewa i woda.

Gdy przyszli na groblę, chorążyna postrzegła kilkanaście podwód obcych, już próżnych, a z ostatniej znoszono worki ze zbożem do młyna. Zastanowiło ją to cokolwiek, że tyle razem zebrało się chłopów mających mleć swoje zboże, i zbliżywszy się, pytała:

-Czy to wasze?

-Nie, Jaśnie Wielmożna Pani! -odpowiedział jeden, zdejmując czapkę - to żydowska pszenica. On ją kupił u naszego pana.

-A skąd wy? -zapytała.

-Z Zakrzówka, Jaśnie Wielmożna Pani! -odpowiedział znowu. Zastanowiło to tem bardziej chorążynę i kazała wywołać żyda.

Panna Klara, zajęta rozmową z panem Pawłem, który był w szczególnem usposobieniu i opowiadał jej treść "Latarni Czarnoksięskiej", odeszła naprzód i nie słyszała ani zapytań matki, ani odpowiedzi chłopa. Gdy się obejrzała, spostrzegła, że matka rozmawia z Abramkiem i odchodzi z nim w przeciwną stronę.

Gdy Abramko stanął przed chorążyną trzymając w ręku jarmułkę, rzekła mu łagodnie:

-Źle robisz, Abramku, że kupujesz zboże na stronie. Wiesz o tem, że jest punkt w kontrakcie, który ci tego zabrania, i że mój mąż będzie się mocno gniewać.

-Nu - odpowiedział Abramko, kłaniając się dziękuję Jasne Pani, że mnie tego mówi jak matka, ale z przeproszeniem Jasne Pani ja naten raz mogłem kupić na stronę, bo tam także stoi w kontrakcie: jeśliby mu się zdarzyło kupić za cenę daleko niższą od egzystująca, to w takim razie może nabyć, ale nie więcej jak trzysta korcy na rok. A ja z przeproszeniem Jasne Pani kupił tylko sto korcy, i chwalić Pana Boga bardzo tanio.
-Od pana Molickiego kupiłeś? -zapytała chorążyna.
-Od pana Molickiego z Zakrzówka, co on, jak mówią, chwalić Pana Boga... -i tu Abramko ukazał głową na pannę Klarę i kłaniał się chorążynie. Ona spuściła głowę i pomyślała: zapewne myśli ekwipować się w czasie jarmarku, i zbywa wpół.
darmo, co ma. Zasmuciło ją to mocno; a ta pewność z jego strony, gdy słowo jeszcze nie było dane, nie podobała się wcale. Ale niedowierzając żydowi, zapytała:
-Po czemuż teraz pszenica?
-Nu -odpowiedział -powiem Jasne Pani, że takiej pszenicy, jak ta, taniej jak dwa ruble srebrne nie można dosłać.
-A ty po czemu kupiłeś?
-At -odpowiedział żyd, uśmiechając się ja kupiłem daleko taniej, i jeśli Jasne Pani nie wierzy, to proszę obaczyć. -Tu dobył z kieszeni asygnację pana Augusta, w której wyraźnie była wymieniona cena. Przeczytała chorążyna, i oddając
mu papier, rzekła: .
-Czegoż tak na mnie patrzysz, Abramku, i uśmiechasz się?
-A czy wie Jasne Pani, dlaczego mnie: ten pan tak tanio przedał? A on nie lubi tanio przedawać.
-Zapewne potrzebuje pieniędzy.
-Ach! gdzie tam! On i zadatku nie wziął i pokredytował, i teraz kazał powiedzieć, że jeśli nie mam gotowizny, to nic nie szkodzi, można i potem.
-Czemże to tak zasłużyłeś na łaskę pana Augusta? -rzekła z uśmiechem uspokojona cokolwiek chorążyna. -Darował ci blisko czterysta złotych.
-Nu, jak to Jasne Pani w swoim delikatnym rozumie zaraz zmiarkowała, że darował -odpowiedział żyd. -Ale żeby Jaśnie Pani wiedziała, za co darował!
Nikt nie obwini chorążyny, że ją ciekawość ubodła i niepokój jakiś ogarnął. Zapytała więc:
-Za cóż to? powiedz.
-Kiedyż-bo ja nie wiem, jak Jasne Pani tego powiedzieć. Ja już jutro przy szabasie chciałem i sam iść do pałacu, i poradzić się Jasne Pani, jak i tu zrobić? bo ja się boję.
-O cóż to idzie? -zapytała chorążyna, serio zatrwożona.
Tu żyd niby niechętnie, niby z trwogą. zaczął od łgarstwa. że wyjechał dla dostania gdzie tańszej pszenicy, bo pan chorąży chciał strasznie drogo: że w tym celu udał się do swojego krewnego (wszyscy żydzi w razie potrzeby są krewni), arendarza w Zakrzówku, który faktoruje i wie, gdzie którzy panowie potrzebują pilno pieniędzy; i że tam postrzegł go pan Molicki i zawołał do siebie. Potem zaczął mówić. jak pan Molicki pytał: co tam słychać we dworze? co mówią o jego ożenieniu? a jak żyd zaczął wychwalać panią i pannę, to pan Molicki miał powiedzieć: - Nu, niema co mówić, pani chorążyna dobra kobieta, i panienka, także niczego, ale z panem chorążym będzie trudna sprawa względem posagu. — Tu dopiero objawił chorążynie Abramko, jakie mu dał polecenie pan August.

Zbladła biedna matka, widząc całą niskość środków, do jakich się uciekał ten egoista.

— Widzi Jasne Pani, że ja musiałem z tem poradzić się. Bo powiedzieć tego pana chorążego? ach! niech Pan Bóg broni!

— I ty nie kłamiesz? — zapytała chorążyna surowo.

— Dlaczego-że mnie kłamać? krzyknął Abramko — co mnie z tego za pożytek? Albo mnie z tego co przyjdzie, jak ja się dowiem, wiele Jasne Państwo dadzą swoje panienki posagu? i czy nic nie dadzą? Jasne Pani sama tego dobrze widzi.

— Czy wspominałeś co o tem memu mężowi? — rzekła chorążyna prawie przekonana tym argumentem.

— Jakby ja śmiał tego zrobić? — rzekł Abramko. — Ja chciał poradzić się Jasne Pani. Jasne Pani niech to sobie rozważy w swoim delikatnym rozumie, i jak mnie każe, tak ja zrobię.

— Nie mówże nic ani memu mężowi, ani nikomu. Ja sama powiem. Rozumiesz?

Żyd skłonił się, a chorążyna zawołała pannę Klarę i milcząc wróciła do domu.

(...)

Matactwa pana Augusta wyszły na jaw inna drogą , chorąży otrzeźwiał, ale chciałby jeszcze utrzymać przy sobie miłego klakiera.

 

— Mnie się zdaje, moja Basiu — odpowiedział — że byłoby to obrazić człowieka niewinnego i zrobić mu krzywdę, na którą nie zasłużył. 

— Nie zasłużył? — zawołała, i złośliwy jakiś uśmiech, może raz pierwszy w życiu, przebiegł po jej ustach. — Nie zasłużył, mówisz?

— Tak myślę, moja Basiu!

— Poślijże po Abramka — rzekła — i zapytaj go, jakich używa środków dla dowiedzenia się, wiele mu dasz posagu za życia i które wsi oddasz pod jego rozporządzenie, nim umrzesz i nim zabierze wszystko. Jeżeli tego nie będzie dość, jutro powiem ci więcej.

To powiedziawszy, trzasnęła drzwiami, poszła do siebie i siadła do pisania. Chorąży posłał dwóch kozaków, aby mu natychmiast przyprowadzili Abramka. Wyciągnęli przelęknionego żyda z brudnych betów, nieśli go prawie na rękach i wkrótce
drżący i rozczochrany stanął przed chorążym. Ale Abramko prędko przyszedł do siebie i zmiarkowawszy o co idzie, powiedział wszystko. Chorąży, pogroziwszy Abramkowi, że go wypędzi, jeśli się wda w jakie faktorstwa i intrygi, poszedł do żony, 
którą zastał piszącą.

— Piszesz? — zapytał jeszcze zadyszany od gorącej rozmowy z rudym Taylerandem Niedolipia.

 ___________________________

 

Zostawmy to , bez osądzania i wyroków , a jedynie jako przykład przejścia relacji międzyludzkich w fazę , której powojenna Europa jeszcze nie zna. 

 

Spełniony przykład entropii Symboli i Wartości, czyli Świadomego zaangażowania stanowiła właśnie diaspora żydowska. Inny przykład to mogą być Indie. Co ciekawe dla wielu są to rzeczywistości społeczne godne uwielbienia, tylko jakoś tak się dzieje że nikt nie chce w takim oto sosie żyć. 

 

Taki sos szybko staje się wraz ze zmianą ducha czasów nie tyle Arkadią , a zwykłym motłochem. 

 

________________________

 

Znowu , miejmy tu właściwe rozumienie sprawy.  Nic nie jest takie, a takie samo przez się. Staje się takim to a takim w pewnym kontekście. Ludzie są ludźmi, przeżywającymi swe życie tak, lub inaczej, stają się ewentualnie Ćwokami/lub też nie, , czy Motłochem/lub też nie, jedynie w obliczu Wartości, czyli jedynie w Obliczu Świadomie przyjętej Śmierci. 

 

Twierdzę z pełnym przekonaniem że 100 Wojowników jest w stanie rozpirzyć w proch i w pył milionowy motłoch. Tak było w epoce megalitycznej, czasach krucjat , etc. Oczywiście, gdyby nie rodzili się Wojownicy i nie podnoszono kwestii Wartości nie byłoby tym samym i Motłochu. Ludzie są przecież ludźmi . 

 

To jak w opowieści pracownika Sonderkommando Z.Taubera. Pracował. Pracował przy spalaniu zwłok. Może i przy gazowaniu ludzi. Ale miał pracę, jak każda inna. On zaś żył, oni zaś już nie. Ludzie są tylko ludźmi. Może czuł z tego satysfakcję że pracę swą wykonuje sprawnie. Może jakiś niesmak , bo robota jednak przykra , ale można się przyzwyczaić. Nie on się bał a oni.

Ale raptem biznes się skończył. Pracodawcy przegrali wojnę. 

 

Przyszli inni Wojownicy

 

Postawiono go pod sądem Wartości

"... jestem Żydem

to byli Żydzi."

 

I co ?

 

Czy nazwany został zbrodniarzem i zwykłą kanalią ?

Nie - był ... przymuszonym przez okupanta sterroryzowanym więźniem, który może do końca życia cieszył się wysoką kombatancką emeryturą, za to że dał świadectwo światu ... swojej nikczemności. 

 

Podobnie jak z Holokaustem

Czy jest to Wielki pomnik pewnego ludu?

Czy świadectwo wielkiej hańby zorganizowanej w dużym stopniu rękoma tego ludu, na życzenie okupanta. 

 

/przypomina mi się scena z FAHRENHEIT 9/11,  młody czołgista amerykański opowiada o płycie heavy-metalowej , której uwielbiają słuchać , podczas ostrzału wszystkiego co żywe, jadąc przez irackie miasto. Nie słyszą wtedy krzyków , nie widzą krwi, rozgniatanych gąsienicami ciał - napierdalają we wszystko ... co się rusza /

 

_______________________

 

Motłoch chociaż zwycięski,

 nie jest neutralny, 

jest po prostu ślepy.

 

Więc krew się dziś znów leje, i Śmierć zbiera żniwo. 

Z czystej głupoty, bo Motłoch jest nawet nie tyle nierozumny, 

ale po prostu jest głupi, a 

z krwi narodów rodzą się Wojownicy.  

 

 

 

Pozdrawiam

RODMAN