|
Przeglądając
strony internetowe, które wydawały mi się interesujące natknąłem się
dzięki Tarace Wojciecha Jóźwiaka na
artykuł Jana Waluszki MITOZOFIA
SARMACKA. Jest on godny uwagi z wielu powodów. Jednym z nich jest bardzo
ciekawa apologetyka sarmackiej zaściankowości jako drogi do zejścia z
przekleństwa jakie toczy naszą Cywilizację w skrócie nazwijmy go ... fatum
wielkich krucjat.
Rekonstrukcja
ducha tej kultury wydaje się trafna. " Polska nie-rządem stoi , a
prawami obywateli ", i słusznie wyraża się nie tyle "nierządem"
w postaci prostytucji, łamaniem prawa ogólnego, ale obejściem władzy rządowej
jako obcej , względnie tylko potrzebnej, jako tej, która
cyklicznie wplątuje narody w jakieś wojny , by przekonać ludność że jest
do czegoś potrzebna. Krótko pisząc jest to wizja samorządowa, władzy
rozproszonej, "ludzie jak ich pozostawić samemu rządzić się umieją
sami".
Przy czym wojny te nie dają żadnej satysfakcji, bo żadne
zdobycze "na zaścianku" nie są nikomu potrzebne. Siać , zaorać,
zebrać, sprzedać komu trzeba, i żyć radością domostwa i jego
troskami, żyć dla życia i szczęścia w nim - byłby to ideał
owej Arkadii, która w dużym stopniu zresztą funkcjonowała w dłuższym
okresie czasu pod postacią tradycji sarmackiej.
Ludzki,
zdrowy anarchizm.
Brzmi
to jak spisany ideał, utopia, marzenie szczególnie po czasach wielkich przygotowań
do kolejnej krwawej krucjaty, jakim był okres wielkiej militaryzacji
zwanej komunizmem, czy też ludową demokracją. A chyba zaraz po tym czasie
Jan pisał swój tekst.
Czasy
się jednak zmieniają . Nic nie jest piękne samo przez się, nawet utopijna
Arkadia - ale tylko w
pewnym kontekście. Podobnie nic nie jest przekleństwem - choćby był to
zagon berserków - samo przez się. Może
być to jednako źródłem Mocy. Mocy potrzebnej do Wielkiej
Przemiany.
Również
dziś już nie wszystko wygląda tak samo jak przez 15 laty gdzie system
zmilitaryzowany poległ, przez zwykłe przemęczenie materii, przemęczenie
uwagi i gotowości.
Rozpoczęło
się wielkie rozpuszczanie. W ciągu tych jednak 15 lat wiele rzeczy rozpuściło
się daleko szybciej niż wielu by sobie tego życzyło. Wychodząc z filmu =Fahrenheit
9/11= miałem poczucie że Europa żyje jeszcze żywym duchem tradycji
zmilitaryzowanych , i wiele jej możemy zawdzięczać. Ameryka już tego nie
zna i tych wszystkich , którzy tak bardzo za nią tęsknią chętnie bym spuścił
z tej naszej smyczy i po prostu wyrzucił za ocean.
Entropia
zaangażowań ma swoje gdzieś granice. Granice życia, to granice
zniesmaczenia. Kwestia Smaku zaś nie ma nic wspólnego z życiem jako
takim. Jest bliższa estetyce, w obliczu śmierci.
Niż
prostym
trwaniem.
Społeczność,
bo już mniej społeczeństwo szybko wchodzi w kręte ścieżki rozproszenia.
Pojawiają się miktoorganizmy - społeczność kastowa. Obiegi zamknięte ,
przy coraz silniejszej alienacji poszczególnych kast.
______________________
Utopia
Arkadii sarmackiej zachowywać może swój urok, wyłącznie przez pryzmat
rycerskiej tradycji szlachty okresu poprzedniego - czyli wyrobienia świadomości
tego , dla czego warto nie tylko żyć, ale i tego dla czego warto też umrzeć.
A
świadomość tego z biegiem życia, dla życia, ulega z czasem
erozji.
Gdy
kończy się czas WSPÓLNEJ SPRAWY , zaczyna się czas schadenfreude, czyli
już nie tylko prostej , ale po prostu prostackiej satysfakcji z niepowodzeń
innych, gdy nasze Czyny nie mogą być już źródłem naszych radości, a
radość swą czerpiemy z poczucia klęski jakie dosięga innych.
Jakkolwiek
przejście z życia "w metapoziomie" na te - w "poziomie" może mieć swój
niekłamany urok i funkcjonuje dość znacznie w obecnym życiu społecznym,
to jednak w literaturze wcale niełatwo znaleźć klasyczny jej przykład, ale
jest to możliwe. Być może przechodzenie to , w czasach "zwykłych"
jest czymś "naturalnym" , i podlega np. prawu - wypierania na rynku
pieniądza dobrego przez gorszy wprowadzany do obiegu.
Złoty
"pełnozłoty" ląduje w skarpetach, złoty - tylko pozłacany
wciskany jest na rynek, aby jak najszybciej się go pozbyć. W ten sposób w
obiegu znajdziemy tylko pieniądz pozłacany, zaś pełny znika ze świata lądując
ponownie w czarnej dziurze ziemi pod postacią ... schowka w piwnicy.
Nominalnie mają się przecież nie różnić, choć się różnią.
Zaryzykuję
opinię: że bez Oblicza Świadomej Śmierci - nie tworzą się żadne Wartości.
Zrealizowana
Arkadia.
Zamiast
tęsknić do tego co było tylko półśrodkiem, w dużym jednak stopniu spełnionym,
gdzie w imię pokoju , spokoju pozwalano na przewalanie się obcych
wojsk przez kraj cały i do tego bogacono się na furarzu i wyżywieniu
"tych , którym rzeź wzajemna w głowie" - a co opłacono potem
utratą niepodległości Rzeczpospolitej , przejdźmy od razu do tej formy
istnienia spełnionej w całości. Mówi się o tym, że to "źli
obcy" zniszczyli nasza "krainę szczęśliwości" - jest to
tzw. "tyż prawda". Po co "sielskiemu byciu" jakaś
tam państwowość?
/Zaryzykuje
nawet tezę : że bez rozbiorów , co było doświadczeniem jednak
dramatycznym, nigdy by nie odrodziła się tożsamość polska, a z biegiem
wieków po prostu rozpływała by się ona w populacjach krajów ościennych,
aż do zaniku bez pamięci./
Znajdźmy
więc przykład zrealizowanej "Arkadii" bezpaństwowej - i ludzkiej
weń kondycji.
Jedną
z podarowanych mi ksiąg - jeszcze z mieszkania na Powiślu - jest dość
przeciętna kiedyś, ale teraz szczególna opowieść Józefa Korzeniowskiego
- "Spekulant".
Mamy
tam głównego bohatera, który jest rodzajem takiego nowobogackiego polskiego
burgeois , człowiek różnych namiętności, ale akurat miłość uważa
jedynie za towar o wartości rynkowej więc jego pragnieniem jest taki ożenek,
który podniesie jego wartość na rynku, oczywiście w postaci posagu. Chce
się więc ożenić bardziej z "milion" niż z tą , która ów
milion ma posiadać. Ale jako że niepewny jest własnej tożsamości pląta
się w jakiś tam miałkich spekulacjach, i nie on będzie naszym przykładem
przewodnim.
W
powieści występuje przykład wręcz krystaliczny. Żyd zwany Abramkiem.
Wybieram akurat przykład taki, ponieważ jakiś czas temu chciano pokazać mi
film "Pianista" - tak tendencyjny, tak antypolski, że wywaliłem go
po 20 min. Ale właśnie on funkcjonuje w obecnej świadomości
potocznej.
Więc
dla równowagi weźmiemy sobie postać Żyda , nie z łzawej a
historycznie skoślawionej holokaust-opere , ale z roku 1938,
kiedy ową książkę wydano.
Nasz
"bohater", pan August rozkochawszy na saniach dziedziczkę fortuny,
musi udać się do jej ojca chorążego o imieniu ... Kalasanty. Ten zaś właśnie
przyjmuje dzierżawce swych młynów Abramka.
czytamy
o nim :
"Był
to Abramko, znakomity Abramko, jak czytelnicy później zobaczą , który
arendował w Niedolipiu młyny i stawy, któremu pan chorąży od marca podwyższył
ratę i jeszcze nie dobił targu. Żyd z rudą brodą i ciemniejszymi
cokolwiek pejsami , odziany bardzo ubogo, bo był polityk , stał z pokorną
miną , oparwszy obie ręce na długiej lasce. Gdy się chorąży do niego
zbliżał , zerkał siwem i pełnym chytrości okiem , kłaniał się coraz niżej
, i nareszcie za danym znakiem , wyszedł za panem chorążym.
Pan
August serce dziedziczki - Klaruni zdobył w ... pierwszym boju. Trudniej z
rodzicami, od których rzecz cała zależy. Przenikliwy szwagier nie
poznawszy prawdziwych intencji Spekulanta, tak oto mu radzi - przed matką bądź
szczery, aż do bólu, co byś nie powiedział o sobie nawet złego , szczerością
będzie ci to zapomniane, gdy cię bowiem złapie na fałszu przepadłeś do
szczętu. Natomiast ojcu - kadź ile wlezie, wynoś pod niebiosa jego
pomysły, udoskonalenia, hodowlę i pastwiska, choć niczym się one nie różnią
od sąsiedzkich , mów iż nie widziałeś doskonalszych i bardziej postępowych,
choć po świecie Cię nie brakło.
Nasz
bohater wdzięczen szwagrowi, którego się otwarcie bał, a którego zjednał
sobie akurat wylewnością uczuć wobec siostry - plan realizuje. Obchodzą z
chorążym posiadłości , a lukier nie schodzi z ust pana Augusta - aż
wreszcie dochodzą do młynów.
Stosownie do
przestrogi pana Kaspra, Spekulant nasz naturalnie nie zapomniał o młynie. Gdy pan
chorąży pokazał mu tam swoje wszystkie wynalazki, gdy zadziwiony pan August
przypatrzył się nareszcie wszystkim kołkom, które były takie, jak i inne kolki, ale w
których on znajdował szczególniejszą formę i niewyrachowane korzyści, słowem gdy
już wyszli i stali na ganku wyszedł za nimi Abramko zamączony. upudrowany. i
trzymający w ręku jarmułkę, ostatni oddawał pokłon. Wtenczas pan August. nie
przewidując jak słowo niebacznie i przeciwko przekonaniu powiedziane odbić
się może w późniejszem życiu. rzekl:
- Wiele też panu dobrodziejowi za takie młyny ten żyd płaci?
- Głupich piętnaście tysięcy, wyobraź sobie.
I to ledwiem go ugodził - odpowiedział chorąży.
-Doprawdy? - rzekł pan August z podziwieniem doskonale skłamanem.
-
A, tegobym nie myślał.
Piętnaście tysięcy! - Słowo honoru panu daję, te gdyby te młyny były moje, nie
puściłbym ich inaczej, jak za ośmnaście. Toż lepiej na siebie trzymać. One
dadzą niewątpliwie dwadzieścia jeden lub dwa.
-A widzisz, żydzie! Ja to samo mówiłem - powiedział chorąży i poszedł z panem Augustem dalej.
Żyd został na ganku, blady, z ręką pod pejsami, i patrzył za nimi. Widział,
że z żywością, o czem innem rozmawiali, rozprawiali rękami, zatrzymywali
się, zwracając się jeden do drugiego i licząc coś na palcach. Nie słyszał Abramko ich
słów. ale widział gesty, i pewny był, że nie o czem innem może być mowa. tylko o nim, o jego zyskach, o jego
młynach. Poskrobawszy się więc w głowę, wrócił zakłopotany nazad usiadł na schodkach
i długo myślał. Noc zeszła mu bezsennie, także na myśleniu, a gdy nad ranem
usnął. zdawało mu się ze worek z trzema tysiącami złotych. wymienionych na
piątaki, leży na jego piersiach. Sen ten Abramka nie był bez skutków w życiu naszego
Spekulanta.
Dalej
akcja tej opowieści toczy się swoim trybem aż wreszcie:
Przypominają sobie czytelnicy scenę we młynie, i sposób, jakim pan August,
chcąc zyskać przyjaźń chorążego, zrobił sobie nieprzyjaciela w Abramku. Abramko
był żyd, i religią jego był pieniądz. Kto go więc obrażał z tej najdotkliwszej
strony, obrażał go śmiertelnie i nie powinien był spodziewać się przebaczenia. Pan
August zapomniał, co powiedział, bo szczerze tego nie myślał, ale Abramko nie
zapomniał bynajmniej i, dowiedziawszy się ze pan August miał być zięciem
chorążego, a zatem miał nabyć tak przeważny wpływ na jego przekonanie i interesy,
zląkł się serio, aby na przyszły rok nie podwyższono mu arendy o trzy
tysiące. Trzy tysiące więcej! - powiedział sobie
Osiemnaście tysięcy! - skąd ja tego wezmę? - Żal mu się zrobiło Niedolipia i tych
młynów, choć nie mających żadnych szczególnych wynalazków, ale mocnych i
niepotrzebujących reparacji; tej wody pełnej ryb i stojącej prawie w jednej mierze,
stałej i umiarkowanej, jak dusza filozofa. Zasadziwszy ręce pod pejsy i
skrobiąc się w głowę, zaczął rozważać: czyby się nie znalazł jaki
sposób odradzenia chorążemu, aby nie wydawał "take śliczne córka" za takiego
niebezpiecznego człowieka, bo w rzeczy samej pan August był człowiekiem
niebezpiecznym, mającym zgubny zamiar przyczynienia trzech tysięcy do raty.
Wówczas przyszło mu do głowy, że najlepiej pojechać do Zakrzówka, obaczyć
naprzód, co to za taka wieś, żeby była równa posagowi panny chorążanki?
dowiedzieć się, jakie tam na niej długi? Wystawić wszystko w nędznych kolorach,
skłamać w razie potrzeby, bo to nic nie kosztuje, i tak odstraszyć chorążego,
powtóre: zajrzeć przez brata arendarza do tajników kawalerskiego życia pana Augusta, i z temi
wiadomościami pójść do chorążyny. Taki plan utoczywszy, uśmiechnął się
złośliwie i kazał zaprzęgać swój wózek.
W tejże chwili pan August wracaiący do domu, już prawie pewny swego, z dumą i
jaśniejącą twarzą przejeżdżał koło młyna. Abramko zdjął jarmułkę i
ukłonił mu się tak, jak się kłaniał Fouche Napoleonowi, wyjeżdżającemu do Niemiec przed
bitwą pod Lutzen.
[...]
Pan
August, kazawszy przeprząc inne konie, natychmiast wyjechał; a w kilka
godzin potem na wózku o dwóch kołach, siwą kobyłą stanął przy tylnej
bramie karczmy w Zakrzówku Abramko. Zlazł poważnie ze swego rydwanu,
otworzył sobie przymknięte tylko wrota, zajechał poza słupy karczmy w ten
szary kąt, gdzie latem leży parę połamanych sani i kilka kłód drzewa.
Odprzągł spokojnie swoją kobyłę.
W kilka minut potem już znajomość najściślejsza z gospodarzem była
zrobiona, choć się jeszcze nigdy w życiu nie widzieli, a w .kwadrans już
Abramko prawie wszystko wiedział i żując kawałek cebuli, kiwał poważnie
głową, i ważył w głębokim swoim rozumie, jak z powziętych wiadomości
skorzystać. Ale Abramko nie był to człek płochy, postanowił więc zaczekać
do jutra, pójść do dworu, zobaczyć wszystko na własne oczy, pogadać z
ekonomem i z panią ekonomową, a wreszcie i z samym panem, jeśliby nazajutrz
wrócił. Powodem do tego postanowienia było mu, podejrzane bardzo cmokanie
gospodarza, gdy mówlł o pani ekonomowej i dodał, że ma lat dwadzieścia
dwa, a pan ekonom czterdzieści kilka. O pretekst stawienia się we dworze
przed Wyższą i niższą jurysdykcją nietrudno było dla Abramka. Wiedział
on dobrze, że pani ekonomowa ma zawsze coś sprzedać w sekrecie przed mężem,
pan ekonom w sekrecie przed panem, że panowie także chętnie sprzedają, żyd
zaś wszystko kupuje, tak szedł Więc do dworu i, opędzając się laską
przed chartami, które go opadły, dziwił się, że u dziedzica na jednej wsi
wszystko tak było zabudowane porządnie i po pańsku. Kazał się zaprowadzić
do pani ekonomowej, i szepnął jej: czy niema do sprzedania motków
albo płótna? na co odebrał odpowiedź, ze mąż już sprzedał wszystko.
Wpatrywał się w twarz młodej i ładnej kobiety, gdy jej zwiastował że się
ich pan żeni, że wkrótce będą mieli panią, ale zamiast rumieńca i
grymasu zazdrości i obawy, postrzegł na twarzy ekonomowej prawdziwą radość
i usłyszał słowa: - Dałby Bóg żeby lak najprędzej. Zdekoncertowany
Abramek, podłożywszy znowu lewą rękę pod pejsy, już miał wychodzić ze dworu, gdy psy zaszczekały,
zadzwoniły kółka krakowskicb cbomątów, i pan August dobrym kłusem wjechał na dziedziniec.
Postrzegł on Abramka pod sztachetami i kazał go do siebie zawołać. Wszedł żyd z całą izraelską pokorą, i opierając
ręce na lasce, zatrzymał się przy drzwiach. Stał tak -długo, i czekał, i dziwił się, że w pokojach było tak ładnie, tak czysto i tak po pańsku.
Ale trzy tysiące mającej się podwyższyć raty, całym ciężarem worka, który go gniótł w owym bolesnym śnie, znowu legły na
jego żydowskiem sercu, i postanowienie jego tą wagą przygniecione, większej nabrało sprężystości. Nareszcie wyszedł pan August z dalszych pokojów, i dał mu znak, aby się przybliżył.
- Co ty tu robisz? żydzie! -zapytał go, patrząc mu bystro w oczy.
- Jak to co robię? --odpowiedział Abramko ze zwyczajnym żydowskim manewrem, zaczynając odpowiedź od
zapytania - Zwyczajnie biedny żyd, co on musi płacić takie wielkie rate , staram się. I teraz jadę do różne panowie, gdzie by taniej kupić zboża. Na
przednówek już ludzie zboża nie mają i moje młyny stoją. To ja już muszę sam kupować i mleć swoje, żeby oni nie stali.
- Więc ty chcesz kupić zboża? -rzekł pan
August. Żyd skłonił się, podnosząc zlekka jarmułkę na znak potwierdzenia.
-
Dlaczegoż -dodał pan August, gładząc wąs średnim palcem i patrząc jeszcze w oczy żydowi z
podejrzeniem - najpierwej przyjechałeś do mnie.
- Jak to dlaczego? -odpowiedział Abramko.
- Albo to ja nie wiem, że jasny pan taki porządny gospodarz i że jaśnie
pana zboże suche i niestęchłe, i pszenica żółta jak wosk i żyto takie wielkie jak groch? At!
- Alboż to inni panowie nie mają takiego zboża.
- Dlaczego oni nie mają mieć? - odpowiedział. - I u naszego pana chorążego
jest, ale u niego nie można się dokupić. Ale drugie panowie lubią oszukać żyda i przedadzą
jemu pszenice porosłe i żyto stęchłe.
- A ja tego nie zrobię? -rzekł pan August uśmiechając się.
- Ach! czy to ja jaśnie pana nie znam? A prócz tego, choć by jaśnie panu i przyszła
ochota okpić biednego żydka, toby jaśnie pan mnie tego nie zrobił.
- A czemuż to? Mości Abramkul -zapytał
pan August.
- Czemu? -odpowiedział żyd, uśmiechając się filuternie -bo jaśnie pan wie, że jakby mnie takiego figla wypłatał, to
jabym zaraz poszedł do pałacu i poskarżyłbym się nasze panienka.
- Alboż ty wiesz, że mnie wasza panienka interesuje? ...
- Jak to ja nie wiem? Któż tego nie wiem? To już wszędzie gadają i
zazdroszczą jaśnie panu. I jest czego - dodał, nachylając ją do stop pana Augusta.
- I ja winszuję jaśnie panu. Niech Pan Bóg da szczęście i wszystkiego
dobrego i dużo paniczów. Ach! będziesz jasny pan miał rarytne żonę. Tu żyd zaczął trząść głową
i silnie cmokać.
- Tak odpowiedział pan August, I twarz jego przybrała wyraz zimny i obojętny
- Szkoda tylko, że chorąży taki skąpiec.
-Jaśnie pan zna dobrze naszego pana chorąży odpowiedział żyd z uśmiechem, i przez głowę jego przeszła myśl płodna i jasna. -Już
to, prawdę powiedzieć, z nim jaśnie panu będzie trudno.
-Czy myślisz, że odmówi?
-Jak to odmówi, kiedy już pozwolił? Mnie powiedzieli we dworze, że już wszystkiego skończone.
-Tak, naturalnie, że już prawie skończone rzekł pan August, zmiarkowawszy się. -Ale czemuż mówiłeś, że mi będzie z nim trudno?
-Ja mówiłem, że trudno będzie z wypłatem posagu, bo on więcej kocha pieniędzy, jak córka.
Szatan zguby zawsze stoi przy boku człowieka i czyha na słabą minutę, w której namiętność bierze górę nad rozumem. Przed panem
Augustem stał żyd, i pan August zapomniał, że mu należało być umiarkowanym i bezinteresownym. Wspomnienie posagu, jak ostroga utopiona w boku konia, ocknęła
jego łakomstwo, które rozum ściągał munsztukiem. Ta krótka walka, ten ruch
wewnętrzny, odbił się i na twarzy pana Augusta. Wprawne oko żyda dostrzegło jego myśli i chęci.
- Jaśnie pan -rzekł Abramko, przybliżając się i nachylając się
cokolwiek - już zapewnie ułożył się z naszym pana chorążego, jaki on da
posag swoje panienka, póki on żyć będzie?
-O tem z nim nie mówiłem -odpowiedział pan August z zaiskrzonym wzrokiem. -
Nie wypada mi w tej materji zaczynać.
-Nu, zapewnie -rzekł żyd, - to bardzo delikatna materja, a osobliwie z takim panem, jak nasz. Jednakowoż, z przeproszeniem jaśnie pana
- dodał, skrobiąc się w głowę, - mnie się zdaje żeby dobrze wiedzieć tego pierwej.
Te słowa zdały się panu Augustowi okrytemi jasnością szczerego złota, tak raziły oczywistą, prawdą. Pomyślał więc, że może korzystać z przypadkowego spotkania tego żyda u siebie, i rzekł niby od
niechcenia :
-A widziałeś próbę mojej pszenicy u ekonoma, Abramku?
Żyd cofnął się krok i poskrobał w głowę, powiedział jednak: - Widziałem, jaśnie
panie! Pszenica, niema co mówić, piękna.
-A co dasz? -zapytał pan August, gładząc wąs.
-Nu, co jaśnie pan chce? - odpowiedział żyd zwyczajnym trybem.
- Dasz po dwanaście złotych z dostawą do młyna -rzekł pan August.
Ceny wówczas były cokolwiek wyższe. Zmiarkował więc Abramko w mgnieniu oka, że pan August ma na niego jakiś projekt i dlatego
od razu spuścił cenę niżej egzystującej. Postanowiwszy więc przy jednym ogniu dwie pieczenie upiec, odpowiedział pokornie:
-Dziesięć złotych jaśnie panu dam. Ja biedny żydek, a ratę płacę okrutnie duże.
-Mniejsza o to, zgoda, choć stracę więcej niż dwieście złotych.
- Nu, ja tego odsłużę jaśnie panu inszym sposobem-odpowiedział Abramko, i sięgając ręką za pazuchę, dodał:
- Moźe jaśnie panu pieniądze zaraz?
- Nie ma potrzeby -rzekł pan August. - Jak ci dostawię i obaczysz, że wszystkie sto korcy jednakowe i odpowiadają próbie, to tam oddasz człowiekowi. Ja ci wierzę.
-Aj! dziękuję JW. panu-odpowiedział żyd, kłaniając się do nóg pana
Augusta.
-Wystarczy
mi dla drugie panowie. które mi pewnie nie pokredytują. A prędko jaśnie pan może mi przysłać
te sto korcy? ,
-Pszenica już w workach. teraz sucho, odbierzesz ją za dwa dni.
-Niech jasny pan nie każe wysyłać, aż pojutrze, żeby za cztery dni przyjechali, bo ja dopiero na szabas będę w domu -rzekł Abramko, żeby go pokryć swoją filuterią.
-Jak sobie zechcesz-odpowiedział pan August, przechadzając się po pokoju. Żyd tymczasem nie odchodził, stał i prowadził za nim wzrokiem. Wiedział on, że
nie darmo mu spuszczono więcej niż po trzy złote na korcu, nie wzięto pieniędzy, że zatem to był środek i ścieżka do jakiegoś innego celu. Jakoż raptem pan August, w owej złej minucie, stanął przed żydem i rzekł:
-Słuchajno, Abramku! powiedziałeś niedawno rzecz, która mi się zdaje bardzo prawdziwą.
-Względem pana chorążego?-odpowiedział żyd.
-Właśnie -mówił dalej pan August. -Chorąży gotów mię potem zbyć ni
tem. ni owem.
-Jak jaśnie pan jego dobrze znal -odrzekł żyd.
-Dlatego masz rację, żeby dobrze co§ wprzódy o tem wiedzieć.
-Czy to ja jaśnie panu darmo mówiłem?
At! on człowiek twardy.
-Możesz-że ty mi zrobić jedną przysługę? rzekł pan August, spuszczając oczy, bo czuł, do jak niskiego ucieka się środka.
-Jaśnie pan mnie tanio przedaje i wierzy, a jakby nie zrobił wszystkiego dla
jaśnie pana? Ach! czy to ja taki człowiek?
-Słuchajże Abramku! -dodał z rezygnacją podłości pan August.- naprzód
nie piśniesz nikomu ani słowa żeś był u mnie.
-Nu, naco mnie tego komu gadać - odpowiedział żyd ruszając ramionami.
-Potem przy dobrej zręczności - mówił dalej pan August zapalając się -
gdy chorąży przyjdzie do młyna, tak, nieznacznie, w rozmowie. nie wspominając nic o
mnie, ale w ogólności, na przypadek, gdyby wydał córkę za mąż, jakiby też
jej naznaczył posag za życia? I czy ma zamiar dać gotówką, czy oddzielić z parę wsi od swego majątku? Zrozumiałeś?
-Jak to ja nie zrozumiałem? -odpowiedział żyd uradowany z tak głupiej konfidencji rozumnego pana Augusta.
-I potrafisz to ułatwić zręcznie?
-Czy to ja naszego pana chorąży nie znam? Czy to ja nie wiem, z jakiej beczki z nim potrzeba zacząć?
At! powiem jaśnie panu, że jak ja zechcę, to wszystko wyciągnę, co u niego pod serce leży.
-Pamiętajże. Ja ci jeszcze każę sto korcy żyta przemłynkować i tanio sprzedam.
-Dziękuję jaśnie panu. Chwalić Pana Boga, że jaśnie pan, a nie kto inszy, będzie się żenić z nasze
panienka. Takie żona, a do tego jeszcze taki posag! ajl aj! ajl-Nu, ale jaśnie pan wart takiego
szczęście.
Pan August dał jeszcze żydowi asygnację na zboże i poleciwszy, aby się dobrze i ostrożnie sprawił, poszedł do swego pokoju.
Żyd popatrzył za nim ironiczniej, worek z trzema tysiącami złotych spadł z jego
serca i znakomity Abramko, lekki i pewny swego, powrócił do karczmy.
(...)
Scena,
którąśmy opisali, odbywała się w Dębowej Woli 7 czerwca, w sobotę, a w
wigilię tego dnia, gdy już słońce się zniżyło, wyszła chorążyna,
panna Klara i pan Paweł na przechadzkę na groblę, gdzie przynajmniej były
drzewa i woda.
Gdy
przyszli na groblę, chorążyna postrzegła kilkanaście podwód obcych, już
próżnych, a z ostatniej znoszono worki ze zbożem do młyna. Zastanowiło
ją to cokolwiek, że tyle razem zebrało się chłopów mających mleć swoje
zboże, i zbliżywszy się, pytała:
-Czy to
wasze?
-Nie,
Jaśnie Wielmożna Pani! -odpowiedział jeden, zdejmując czapkę - to
żydowska pszenica. On ją kupił u naszego pana.
-A skąd
wy? -zapytała.
-Z Zakrzówka,
Jaśnie Wielmożna Pani! -odpowiedział znowu. Zastanowiło to tem bardziej
chorążynę i kazała wywołać żyda.
Panna
Klara, zajęta rozmową z panem Pawłem, który był w szczególnem
usposobieniu i opowiadał jej treść "Latarni Czarnoksięskiej",
odeszła naprzód i nie słyszała ani zapytań matki, ani odpowiedzi chłopa.
Gdy się obejrzała, spostrzegła, że matka rozmawia z Abramkiem i odchodzi z
nim w przeciwną stronę.
Gdy
Abramko stanął przed chorążyną trzymając
w ręku jarmułkę, rzekła mu łagodnie:
-Źle
robisz, Abramku, że kupujesz zboże na stronie. Wiesz o tem, że jest punkt w
kontrakcie, który ci tego zabrania, i że mój mąż będzie się mocno
gniewać.
-Nu
- odpowiedział Abramko, kłaniając się
dziękuję Jasne Pani, że mnie tego mówi jak matka, ale z przeproszeniem Jasne Pani ja naten raz mogłem kupić na stronę, bo tam także stoi w
kontrakcie: jeśliby mu się zdarzyło kupić za cenę daleko niższą od egzystująca, to w takim razie może nabyć, ale nie więcej jak trzysta korcy na rok. A ja z przeproszeniem Jasne Pani kupił tylko sto korcy, i chwalić Pana Boga bardzo tanio.
-Od pana Molickiego kupiłeś? -zapytała chorążyna.
-Od pana Molickiego z Zakrzówka, co on, jak mówią, chwalić Pana Boga... -i tu
Abramko ukazał głową na pannę Klarę i kłaniał się chorążynie. Ona spuściła głowę i pomyślała: zapewne myśli
ekwipować się w czasie jarmarku, i zbywa wpół.
darmo, co ma. Zasmuciło ją to mocno; a ta pewność z jego strony, gdy słowo jeszcze nie było dane, nie podobała się wcale. Ale niedowierzając żydowi, zapytała:
-Po czemuż teraz pszenica?
-Nu -odpowiedział -powiem Jasne Pani, że takiej pszenicy, jak ta, taniej jak dwa ruble srebrne nie można dosłać.
-A ty po czemu kupiłeś?
-At -odpowiedział żyd, uśmiechając się ja kupiłem daleko taniej, i jeśli Jasne Pani nie wierzy, to proszę obaczyć. -Tu dobył z kieszeni
asygnację pana Augusta, w której wyraźnie była wymieniona cena. Przeczytała chorążyna, i oddając
mu papier, rzekła: .
-Czegoż tak na mnie patrzysz, Abramku, i uśmiechasz się?
-A czy wie Jasne Pani, dlaczego mnie: ten pan tak tanio przedał? A on nie lubi tanio przedawać.
-Zapewne potrzebuje pieniędzy.
-Ach! gdzie tam! On i zadatku nie wziął i pokredytował, i teraz kazał powiedzieć, że jeśli nie mam gotowizny, to nic nie
szkodzi, można i potem.
-Czemże to tak zasłużyłeś na łaskę pana Augusta? -rzekła z uśmiechem uspokojona cokolwiek chorążyna. -Darował ci blisko czterysta złotych.
-Nu, jak to Jasne Pani w swoim delikatnym rozumie zaraz zmiarkowała, że darował -odpowiedział żyd. -Ale żeby Jaśnie Pani wiedziała, za co
darował!
Nikt nie obwini chorążyny, że ją ciekawość ubodła i niepokój jakiś ogarnął. Zapytała więc:
-Za cóż to? powiedz.
-Kiedyż-bo ja nie wiem, jak Jasne Pani tego powiedzieć. Ja już jutro przy szabasie chciałem i sam iść do pałacu, i poradzić się Jasne Pani, jak i tu zrobić? bo ja się boję.
-O cóż to idzie? -zapytała chorążyna, serio zatrwożona.
Tu żyd niby niechętnie, niby z trwogą. zaczął od łgarstwa. że wyjechał dla dostania gdzie tańszej pszenicy, bo pan chorąży chciał strasznie drogo: że w tym celu udał się do
swojego krewnego (wszyscy żydzi w razie potrzeby są krewni), arendarza w Zakrzówku, który faktoruje i wie, gdzie którzy
panowie potrzebują pilno pieniędzy; i że tam postrzegł go pan Molicki i zawołał do siebie.
Potem zaczął mówić. jak pan Molicki pytał: co tam słychać we dworze? co mówią o jego ożenieniu? a jak żyd zaczął wychwalać panią i pannę, to pan Molicki miał powiedzieć: -
Nu, niema co mówić, pani chorążyna dobra kobieta, i panienka, także niczego, ale z panem chorążym będzie trudna
sprawa względem posagu. — Tu dopiero objawił chorążynie Abramko, jakie mu dał polecenie pan
August.
Zbladła biedna matka, widząc całą niskość środków, do jakich się uciekał ten egoista.
— Widzi Jasne Pani, że ja musiałem z tem poradzić się. Bo powiedzieć tego pana chorążego?
ach! niech Pan Bóg broni!
— I ty nie kłamiesz? — zapytała chorążyna surowo.
— Dlaczego-że mnie kłamać? krzyknął Abramko — co mnie z tego za pożytek? Albo mnie z tego
co przyjdzie, jak ja się dowiem, wiele Jasne Państwo dadzą swoje panienki posagu? i czy nic nie
dadzą? Jasne Pani sama tego dobrze widzi.
— Czy wspominałeś co o tem memu mężowi? — rzekła chorążyna prawie przekonana tym
argumentem.
— Jakby ja śmiał tego zrobić? — rzekł Abramko. — Ja chciał poradzić się Jasne Pani. Jasne
Pani niech to sobie rozważy w swoim delikatnym rozumie, i jak mnie każe, tak ja zrobię.
— Nie mówże nic ani memu mężowi, ani nikomu. Ja sama powiem. Rozumiesz?
Żyd skłonił się, a chorążyna zawołała pannę Klarę i milcząc wróciła do domu.
(...)
Matactwa
pana Augusta wyszły na jaw inna drogą , chorąży otrzeźwiał, ale chciałby
jeszcze utrzymać przy sobie miłego klakiera.
— Mnie się zdaje, moja Basiu —
odpowiedział — że byłoby to obrazić człowieka niewinnego i zrobić mu krzywdę, na którą nie zasłużył.
— Nie zasłużył? — zawołała, i złośliwy jakiś uśmiech, może raz pierwszy w życiu, przebiegł
po jej ustach. — Nie zasłużył, mówisz?
— Tak myślę, moja Basiu!
— Poślijże po Abramka — rzekła — i zapytaj go, jakich używa środków dla dowiedzenia
się, wiele mu dasz posagu za życia i które wsi oddasz pod jego rozporządzenie, nim umrzesz
i nim zabierze wszystko. Jeżeli tego nie będzie dość, jutro powiem ci więcej.
To powiedziawszy, trzasnęła drzwiami, poszła do siebie i siadła do pisania. Chorąży posłał dwóch
kozaków, aby mu natychmiast przyprowadzili Abramka. Wyciągnęli przelęknionego żyda z
brudnych betów, nieśli go prawie na rękach i wkrótce
drżący i rozczochrany stanął przed chorążym. Ale Abramko prędko przyszedł do siebie i
zmiarkowawszy o co idzie, powiedział wszystko. Chorąży, pogroziwszy
Abramkowi, że go wypędzi, jeśli się wda w jakie faktorstwa i intrygi, poszedł do żony,
którą zastał piszącą.
— Piszesz? — zapytał jeszcze zadyszany od gorącej rozmowy z rudym Taylerandem
Niedolipia.
___________________________
Zostawmy
to , bez osądzania i wyroków , a jedynie jako przykład przejścia relacji
międzyludzkich w fazę , której powojenna Europa jeszcze nie zna.
Spełniony
przykład entropii Symboli i Wartości, czyli Świadomego zaangażowania
stanowiła właśnie diaspora żydowska. Inny przykład to mogą być Indie.
Co ciekawe dla wielu są to rzeczywistości społeczne godne uwielbienia,
tylko jakoś tak się dzieje że nikt nie chce w takim oto sosie żyć.
Taki
sos szybko staje się wraz ze zmianą ducha czasów nie tyle Arkadią , a zwykłym
motłochem.
________________________
Znowu
, miejmy tu właściwe rozumienie sprawy. Nic nie jest takie, a takie
samo przez się. Staje się takim to a takim w pewnym kontekście. Ludzie są
ludźmi, przeżywającymi swe życie tak, lub inaczej, stają się ewentualnie
Ćwokami/lub też nie, , czy Motłochem/lub też nie, jedynie w obliczu Wartości,
czyli jedynie w Obliczu Świadomie przyjętej Śmierci.
Twierdzę
z pełnym przekonaniem że 100 Wojowników jest w stanie rozpirzyć w proch i
w pył milionowy motłoch. Tak było w epoce megalitycznej, czasach krucjat ,
etc. Oczywiście, gdyby nie rodzili się Wojownicy i nie podnoszono kwestii
Wartości nie byłoby tym samym i Motłochu. Ludzie są przecież ludźmi
.
To
jak w opowieści pracownika Sonderkommando
Z.Taubera. Pracował. Pracował
przy spalaniu zwłok. Może i przy gazowaniu ludzi. Ale miał pracę, jak każda
inna. On zaś żył, oni zaś już nie. Ludzie są tylko ludźmi. Może czuł
z tego satysfakcję że pracę swą wykonuje sprawnie. Może jakiś niesmak ,
bo robota jednak przykra , ale można się przyzwyczaić. Nie on się bał a
oni.
Ale
raptem biznes się skończył. Pracodawcy przegrali wojnę.
Przyszli
inni Wojownicy
Postawiono
go pod sądem Wartości
"...
jestem Żydem
to
byli Żydzi."
I
co ?
Czy
nazwany został zbrodniarzem i zwykłą kanalią ?
Nie
- był ... przymuszonym przez okupanta sterroryzowanym więźniem, który może
do końca życia cieszył się wysoką kombatancką emeryturą, za to że dał
świadectwo światu ... swojej nikczemności.
Podobnie
jak z Holokaustem
Czy
jest to Wielki pomnik pewnego ludu?
Czy
świadectwo wielkiej hańby zorganizowanej w dużym stopniu rękoma tego ludu,
na życzenie okupanta.
/przypomina
mi się scena z FAHRENHEIT 9/11, młody czołgista amerykański opowiada
o płycie heavy-metalowej , której uwielbiają słuchać , podczas ostrzału
wszystkiego co żywe, jadąc przez irackie miasto. Nie słyszą wtedy krzyków
, nie widzą krwi, rozgniatanych gąsienicami ciał - napierdalają we
wszystko ... co się rusza /
_______________________
Motłoch
chociaż zwycięski,
nie
jest neutralny,
jest
po prostu ślepy.
Więc
krew się dziś znów leje, i Śmierć zbiera żniwo.
Z
czystej głupoty, bo Motłoch jest nawet nie tyle nierozumny,
ale
po prostu jest głupi, a
z
krwi narodów rodzą się Wojownicy.
Pozdrawiam
RODMAN
|