|
Fragment
tekstu poniżej cytowany pochodzi z autobiograficznej książki francuskiego
autora Guy Sajera "ZAPOMNIANY ŻOŁNIERZ" [1943-45 Front Wschodni]. Im
więcej upływa czasu od chwili gdy ją czytałem, tym mocniej utwierdzam się w
przekonaniu, że słowa te zawierają pewną prawdę poza czasem , przestrzenią
, konkretnymi wydarzeniami , i tłem historycznym. Niejako przekornie wyciągam
je z historii innego narodu. Od każdego z nas zależy, czy potrafimy ją
odczytać mając świadomość że przekaz weń zawarty wyda nam się obcy, bo
jest częścią historii, której w ogóle nie znamy.
z
pozdrowieniami
RODMAN
^^^
"Nigdy
nie było mowy o żołnierskich masach, czasem zwycięskich, czasem pokonanych,
karconych przez dowódców, nękanych przez rozjuszonego nieprzyjaciela, któremu
pozwolono wyładować swą "usprawiedliwioną" wściekłość i
który lubuje się w zbrodniach i pogardzie, a potem daje upust swemu
rozczarowaniu, gdy widzi, że zwycięstwo nie zwróciło mu wolności. Ponieważ
wolność nie istnieje. W gruncie rzeczy istnieją tylko zbrodnie wojenne
i będąca również zbrodnią hipokryzja w czasach pokoju. Swego sąsiada nie kocha się przez zwykły poryw serca; często kocha się go, aby później
mieć usprawiedliwienie, kiedy trzeba będzie go, niestety, nienawidzić.
A ja uważałem go za poczciwego chłopaka - zauważy się później. Nie ma
wolności w społeczeństwie, które szczelnie zamyka granice. Jest tylko
kruche prawo głoszące krągłe frazesy, że wolność jednych kończy się
tam, gdzie zaczyna się wolność innych. -świadom ogólnikowości tego
proroctwa, drobnomieszczanin, uśmiechając się dobrotliwie, łypie
niespokojnymi oczyma na sąsiada ryzykującego upadkiem z granicznego drzewa na
starannie ostrzyżony żywopłot z trzmieliny, chroniący enklawę dostatniej
wolności. Prehistoryczni ludzie pojmowali to instynktownie, a wolność
dla nich istniała tylko w zasięgu działania ich maczugi. Dalej
to już tylko ustawiczne zagrożenie wojenne, pułapki i nikczemności.
- Dlatego właśnie walczycie - powiedział nam pewnego dnia Hauptmann
Wesreidau. - Jesteście tylko broniącymi się zwierzętami, nawet gdy
zmusza się was do ataku. Dalej, odwagi! Życie to wojna, a wojna to życie.
Wolność nie może istnieć. Kapitan Wesreidau pomagał nam przetrwać najcięższe
chwile. Doskonale nas rozumiał. Nie należał do oficerów, co to pusząc
się swoim stopniem, patrzą na żołnierza z góry, traktując go jak nędzne
indywiduum, którym można wysługiwać się bez skrupułów. Ileż
to razy czuwał wraz z nami podczas koszmarnych nocy! Ileż razy
przychodził do naszych umocnień, by prowadzić długie rozmowy, dzięki czemu
zapominaliśmy o śnieżnej zawierusze szalejącej na zewnątrz! Jeszcze
dziś widzę jego szczupłe oblicze, niewyraźnie oświetlone
płomykiem świecy, znajdujące się blisko naszych twarzy. - Niemcy to wielki
kraj - mówił nam. - Przeżywamy dziś ogromne trudności. Porządek, w który
mniej lub bardziej wierzymy, wart jest tyle, co hasła sowieckie. Nawet
kiedy czasem nie akceptujemy tego, co
musimy zrobić, musimy to wykonać dla naszego kraju, naszych rodzin,
naszych kolegów atakowanych przez tę drugą część świata, utrzymującą, że służy prawdzie i słusznej sprawie.
Prawda i słuszna sprawa są tak względne jak wolność. Wszyscy jesteście
na tyle dorośli, by to zrozumieć. Podróżowałem po Ameryce Południowej,
kiedyś nawet znalazłem się w Nowej Zelandii. Następnie walczyłem w
Hiszpanii, w Polsce, we Francji, a dziś w Rosji. Mogę powiedzieć, że wszędzie
spotykałem się z tą samą hipokryzją. Życie, ojciec i lekcje starszych
ludzi - to wszystko nauczyło mnie, bym żył uczciwie i rzetelnie. Byłem
wierny tym zasadom, pomimo wszelkich trudności i łajdactw, jakie napotkałem po
drodze. Tam, gdzie przydałby się miecz, nadal się uśmiechałem albo sam się oskarżałem, myśląc, że zło
pochodzi ode mnie. Kiedy po raz pierwszy zrobiłem użytek z karabinu, a było
to w Hiszpanii, czułem, że wojna tak bardzo mi nie odpowiada, że chciałem
popełnić samobójstwo. Później jednak widziałem okrucieństwo ludzi, którzy
przekonani, że bronią słusznej sprawy, uczynili z zabijania narzędzie
oczyszczenia.
Widziałem, jak obawiają się nas łagodni i egzaltowani Francuzi. Potem, kiedy
zaczęliśmy im ufać, pragnąc wyciągnąć do nich przyjazną dłoń,
rozzuchwalili się i sięgnęli po broń, którą nie potrafili się posłużyć,
gdy był ku temu czas. Ludzie na ogół nie akceptują tego, do czego nie
są przyzwyczajeni. Jakakolwiek zmiana zaskakuje ich i przeraża. A wówczas
zgadzają się walczyć, aby zachować to, na co ustawicznie się skarżą.
Wystarczy, że piękni mówcy mający wygodną posadkę przekonają ich, że
istnieje równość między ludźmi. Wówczas ci ludzie, choć tak różni
od nas jak krowa i kogut, zmęczeni i sfrustrowani w swym świecie
niezmiernie ograniczonej wolności, zaczynają wykrzykiwać swe przekonania i prą
groźnie do przodu. Niemniej, dobrze jest chronić ich i pilnować, by
mieli pełen brzuch, jeśli się chce wyciągnąć z nich choćby dziesięć
procent zaplanowanej wydajności.
Taka, koledzy, jest mniej więcej sytuacja po stronie przeciwnika. U nas ludzie
mają przynajmniej szczęście, że mogą być mniej bierni. Jeśli ktoś
krzyczy: popatrzcie na siebie!, każdy ma odwagę na siebie spojrzeć. Nasza
sytuacja daleka jest od doskonałości, lecz my nie boimy się szukać czegoś
nowego. A więc próbujemy szukać szczęścia. Jest to ryzykowne przedsięwzięcie.
Głoszone jest hasło jedności. Nie zapewnia ono ani bogactwa, ani sytości, ale zdecydowana większość narodu niemieckiego akceptuje je, chwyta
się go, wykuwa je i wykrzykuje we wspaniałym narodowym porywie. W ten sposób
szukamy szczęścia. Usiłujemy, opierając się na ideach społecznych,
zmienić oblicze świata, mając nadzieję, że wydobędziemy stare, tradycyjne
wartości ukryte pod plugastwami nikczemnych narodów i naszych ojców. Za
to wszystko nie jesteśmy wynagradzani. Jesteśmy armią znienawidzoną i
wydziedziczoną z naturalnych praw. Jutro, jeśli stracimy twarz,
niesprawiedliwy osąd dotknie tych, którzy zostaną przy życiu po zaznaniu tak
wielu cierpień. Wlec ich się będzie w pyle i piachu, padać na nich będą cięższe
oskarżenia niż o ludobójstwo, jak gdyby inni w czasie wojny nie popełniali
tych samych czynów. Ci, którym będzie bardzo zależało, by nasz idealizm
przeminął, wyśmiewać będą nasze poglądy. Nic nie zostanie nam oszczędzone. Niszczyć
się będzie nawet groby bohaterów, zachowując tylko, w imię poszanowania śmierci,
miejsca pochówku przypadkowych poległych, którzy tak naprawdę nawet nie odważyli
się szukać swego szczęścia. Wraz z nami skończy się czas
bohaterstwa, którego dowody dajemy każdego dnia. Zniknie pamięć o poległych
i ocalałych towarzyszach, zniknie nasza duchowa wspólnota, nasze
nadzieje i niepokoje. Historia nasza nie będzie nawet relacjonowana. Napomknie
się tylko o bezsensownym, idiotycznym poświęceniu. Chcąc nie chcąc,
stanowicie cząstkę ryzykownej misji. Nic nie dorówna waszym wysiłkom, skoro
pisane jest wam spać pod spokojnym rosyjskim niebem. Nie uzyskacie
przebaczenia, jeżeli uda wam się przeżyć. Będziecie albo odrzuceni, albo
zachowają was jak nieliczne zwierzęta, uratowane z kataklizmu. Nie będziecie
mieli prawdziwych przyjaciół. Pies i kot nigdy nie mogą spokojnie spać.
Czy chcecie podobnego końca? Ci, którzy potrafią dostosować się do takiej
sytuacji, mogą przejść przez nasze linie i odejść, nie obawiając się
naszej zemsty. Niech każdy, kogo dręczą obawy, powie mi o tym, a całymi
nocami będę go uspokajać. Pozostali niech odejdą.
Nie mamy czego od nich oczekiwać.
Nasza misja nie znosi niezdecydowanych. Wierzcie mi - jestem świadom waszej
nieszczęsnej doli. Jest mi zimno, tak jak wam, tak jak wy się boję, tak
jak wy strzelam do nieprzyjaciela, bo uważam, że jako oficer powinienem
robić więcej niż wy. Tak jak wy pragnę żyć, choćby tylko po to, by nadal
walczyć. Chcę, aby moja kompania jednoczyła się w walce i myślach.
Nie będę tolerował słabych i wątpiących. Cierpimy nie tylko po to,
by odnieść ostateczne zwycięstwo; cierpimy też, by codziennie zwyciężać
tych, co atakują nas
nieustannie, marząc jedynie o bezmyślnym wytępieniu nas. Możecie na
mnie liczyć. Nie wystawię was na niepotrzebną
śmierć. Będę niszczył i puszczał z dymem całe wioski, a nie pozwolę, by
choć jeden spośród nas umarł z głodu.
Tu, zagubieni w ogromnym stepie, tym bardziej będziemy czuli łączącą nas więź.
Wiemy, że na zewnątrz czyha na nas nienawiść i śmierć, ale nasz braterski związek zawsze okaże się
silniejszy, niż brak dyscypliny czy chęć ucieczki. Chcę, abyśmy
stanowili jedność i by myśli nasze były takie same. To jest waszym
prawdziwym obowiązkiem i jeśli podołamy temu, nawet martwi będziemy
zwycięzcami.
Rozmowy z kapitanem Wesreidau wryły nam się głęboko w pamięć.
Słuchając oficjalnych przemów apelujących o poświęcenie, stawaliśmy się
nieufni i podejrzliwi, natomiast wiara naszego oficera była tak żarliwa,
że nawet najwięksi sceptycy akceptowali jego słowa. Otwarty na nasze
pytania, odpowiadał na nie jasno i inteligentnie. Kiedy tylko czas mu pozwalał,
przebywał z nami. Kochaliśmy go i poważaliśmy jako dowódcę i
przyjaciela, na którego mogliśmy liczyć. Kapitan
Wesreidau był straszny dla nieprzyjaciół, a ojcowski dla swej kompanii.
Podczas każdego przegrupowania czy operacji jego steiner jechał zawsze
na czele. Pod jego rozkazami pozostawaliśmy aż do wiosny 1944 roku. Któregoś
dnia, kiedy likwidowaliśmy luki w
naszej obronie, jego pojazd wpadł na minę, w wyniku czego zginęło czterech
żołnierzy. Zrozpaczeni, rzuciliśmy się, by podnieść z ziemi naszego
dowódcę. Pan kapitan, który miał chyba z dwadzieścia złamań, umarł,
oparty o przydrożną skarpę gdzieś niedaleko granicy rumuńskiej. Do
ostatniej chwili zachęcał nas, byśmy nadal wspólnie wykonywali swoje
zadanie.
|