|
Będąc niepoprawnym bibliofilem i szperaczem starych ksiąg, znalazłem w jednym z warszawskich antykwariatów publikację z XIX w., którą nabyłem za jedyne 20 zł. (któż teraz czyta stare książki?). Dzieło owo autorstwa Członka Królewskiego Warszawskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk, J. B. Rakowieckiego miało długi barokowy tytuł ,, Prawda Ruska czyli Prawa Wielkiego Xięcia Jarosława Władymirowicza Tudzież Traktaty Olga Y Igora WW. XX. Kiiowskich Z Cesarzami Greckimi Y Mścisława Dawidowicza X. Smoleńskiego z Rygą Zawarte, Których Texta, obok Polskiem tłómaczeniem poprzedza Rys Historyczny Zwyczaiów, Obyczaiów,
Religiy, Praw Y Języka Dawnych Słowiańskich Y Słowiańsko-Ruskich Narodow (Tom II. w Warszawie w Drukarni XX. Piiarów 1822 roku) ". Nie cena jednak skłoniła mnie do zakupu lecz fragment tekstu, który przykuł moją uwagę. Brzmiał on:
(s. 228)
,, Okazało się wyżey, iż od wieku X władza i oświata narodu przeszła w ręce duchownych, których przez lat sto z samych tylko Włoch i Niemiec przysyłano, i że w ciągu tego czasu żaden z rodaków do godności duchowney nie był dopuszczonym (u); co lubo późniey zmieniono, wszelako aż do końca wieku XV duchowieństwo tak świeckie iako też zakonne składali w większey połowie cudzoziemcy, którzy pomimo czynionych przeciwko nim ustaw i narzekań, zawsze mieli pierwszeństwo i przewagę. Jeszcze w wieku XII wzywano z zagranicy cudzoziemców na pierwsze urzędy duchowne (w). W wieku XIII Arcybiskupi i wyższe duchowieństwo Polskie zaczęło myśleć o nadaniu powagi zaniedbanemu i pogardzanemu językowi polskiemu; lecz chęci te były zawsze bezskuteczne, i ustawy iakie w tym względzie czyniono nie były nigdy wypełniane. W roku 1237 Pełka
(s.229)
Arcybiskup Gnieznieński przepisał ustawę, 'aby wszyscy Plebani za wiedzą swych Biskupów utrzymywali szkoły, na czele których aby nieumieszczali Niemców, chyba gdyby doskonale umieli język Polski'. Lecz w roku 1241 nastąpiły Tatarskie napady; zrządzone przez nich klęski, który uległ kray cały, niedozwoliły aby ustawa ta mogła wziąć swóy skutek (x). W roku 1285 na prowincyonalnym synodzie Łęczyckim pod przewodnictwem Jakóba Swinki Arcybiskupa Gniezneńskiego ustanowiono: 'ażeby urzęów duchownych obcym niedawać i naczelnictwa szkół niepowierzać takim nauczycielóm, którzyby języka Polskiego nieumieli.' Nie wzięła iednak ta ustawa pożądanego skutku, gdyż w następnym wieku XIV na prowincyonalnym synodzie Kaliskim roku 1357 przez Jarosława Bogorya Arcybiskupa Gniezneńskiego wznowioną i w ustawach synodalnych umieszczoną została (y). Bynaymniey niedopełniano tych ustaw. Wiele było klasztorów maiących wyłączne przywileie, aby Mnisi z samych się tylko cudzoziemców składali, o co Jan Ostrorog w piśmie swoiem około roku 1460 napisanem w następuiących upomina słowach: ,, Panowie rządzący Rplitą iakżeście niebaczni, dozwalaiąc, iż z klasztorów włościami i dochodami od przodków naszych uposażonych, na ziemi polskiey, w iey wsiach żyiący, waszych ziomków oddalaią i od zakonu wyłączaią, snadź dla tego, że podług ustaw swoich, Niemców tylko do swoich klasztorów przyymować mogą. Smieszna ta ustawa powinna bydź zniesiona. Któż bowiem może się ważyć wolnemy królestwu polskiemu, tórego król niczyiego zwierzchnictwa nie uznaie, takowe iarzmo narzucać? .....(z)''.
Ci to nieprzyiaźni nam cudzoziemcy, naypierwszą i nayszanownieyszą klassę w narodzie stanowiacy, nieznaiąc i bynaymniey znać niechcąc języka narodowego, spiknęli się raz na zawsze na zupełną onego zagładę i na wytępienie wszelkich iego pomników. Jawny dowód takowego postępku, dopełnionego iuż nawet w naszych czasach, przywodzi X. Juszyński w przedsłowiu do Dykcyonarza Poetów Polskich wydanego w Krakowie 1820 roku, gdzie mówi następnie: ,, Odwiedzałem z Biskupem Kieleckim Bibliotekę Świetokrzyską, a będąc tam przed 20 laty z Czackim, iuż tylko dzieł oyczystych ślady
(s.230)
w katalogach widziałem. X. Lochman, Przeor w ów czas tego klasztoru, z rozrzewnieniem opowiadał: iż Benedyktyni francuzcy przyięci iako emigranci, podiąwszy się ułożenia Biblioteki, płacąc gościnność, iak barbarzyniec z Alexandryyską Biblioteką postąpili, gdyż znaczną część ksiąg polskich, iako nierozumianych, spalić mieli.'' Tacy to przybysze od początku wieku X ciągle niszczyli i wytępiali wszelkie dawne barodowego języka pomniki. Niedozwolili używać go w żadnych czynnościach ani publicznych ani prywatnych. Wszystkim wyższym stanóm potrafili wrazić zupełny wstręt do mowy oyczystey, iakoby pągańskiey, dzikiey i barbarzyńskiey, i zaledwie zostawili ią tylko samemu pospólstwu. Z tego powodu zaledwo przy końcu wieku XIV ośmielono się używać języka narodowego [...]. Powszechny iednak wstręt i pogarda głęboko w umyśle narodu wpoiona trwała aż do końca wieku XV."
Zdumiałem się nieco owymi wynurzeniami i bijącymi z nich narodową ksenofobią, lecz kiedy uświadomiłem sobie czasy w jakich księgę tę wydrukowano (utrata niepodległości, zabory i głębokie poczucie frustracji po klęsce Napoleona), rzecz wydawała mi się z psychologicznego punktu widzenia zrozumiała. Jednakże , w krótkim czasie potem, szperając w kronikach arcymistrza języka polskiego, autora "Lalki" i "Faraona", Bolesława Prusa znalazłem następujący "kwiatek":
"Przed kilkoma laty ukazała się w języku francuskim broszura (autora nie pamiętam), usiłująca objaśnić przyczyny - ubożenia, mieszania się, a nawet znikania narodów.
Oto odpowiedzi na powyższe kwestie.
Rzeczywistym dochodem narodu są jego wytwory. A wiec zboże, które zbiera - bydło, które hoduje na rzeż - minerały, które wydobywa z ziemi, wreszcie tkaniny, odzież, sprzęty.
Suma tych rzeczy jest dochodem. Ale źródłem narodowych dochodów są:
Ziemia, rodząca zboże i kryjąca w sobie minerały.
Ludzie, których praca i rozum przerabiają materiał surowy.
Na koniec - motory i machiny, bez pomocy których praca ludzka byłaby bezsilna.
Otóż francuski autor broszury, o której mowa, twierdzi, że:
"naród chcący istnieć powinien sprzedawać cudzoziemcom tylko swoje dochody, nigdy zaś źródeł dochodów".
Innymi słowy: naród może sprzedawać tkaniny, ale - musi zachować u siebie machiny parowe i warsztaty tkackie. Może sprzedawać pszenicę, ale - musi zachować ziemię.
Od chwili gdy cudzoziemcy wykupią nasze machiny, praca narodu stanie się zależna od nich; cudzoziemiec będzie przedsiębiorca, naród robotnikiem. Od chwili gdy zaczniemy sprzedawać ziemię, stracimy grunt pod nogami. Cudzoziemiec stanie się właścicielem karmiącej nas śpiżarni, dachu, który nam zasłania głowę, łóżka, na którym śpiemy, nam zaś pozostanie z dwojga jedno:
Albo zostać sługami nowego pana ziemi.
Albo wynosić się z kraju.
Takie mniej więcej poglądy od wielu lat kursowały w zachodniej Europie, zanim Wschód zabrał się do ich praktycznego wykonania."
Bolesław Prus, "Kroniki "; t. 10, PIW, Warszawa 1960 ; s. 132-133; (Kroniki Tygodniowe "Kurier Warszawski". R. 1887, nr 147; dn. 29 maja)
Uwagi starego Prusa zaniepokoiły mnie wielce, ale usłyszałem właśnie wypowiedź rumianego i zadowolonego z siebie ministra finansów, która mnie zupełnie uspokoiła.
"Polacy albo będą grzebać w śmietnikach, albo pracować u obcych." (Emil Wąsacz, minister finansów III RP, 1999 r.). Kilka lat przed nim inny, czynnie działający polityk, Henryk Goryszewski stwierdził:,, Nie jest ważne czy Polska będzie biedna czy bogata. Ważne, aby była katolicka".
Z kolei w publicznej telewizji wyemitowano relację z Chicago autorstwa Doroty Warakomskiej. Rozentuzjazmowana dziennikarka podawała, że mimo chwilowego zastoju na amerykańskim rynku pracy, Polacy nie muszą się martwić, gdyż są poszukiwani do ciężkich fizycznych robót budowlanych oraz do pracy pomocy domowych. Ucieszyłem się. Wooow! Full success! Górą nasi!
Prus mnie zniesmaczył, gdyż zabrzmiał jak oszołom i skrajny nacjonalista. Przecież my idziemy do Europy, już "przymierzamy fraki", ćwiczymy obce języki. Właściwie już jesteśmy Europejczykami całą gębą. Przed nami otwiera się wielki świat.... Praca na czarno na niemieckich budowach, zmywanie talerzy we francuskich restauracjach, porcelany angielskich kibli i podłóg supermarketów, praca służących we włoskich willach. Żyć nie umierać ! Rację miał były minister oświaty i zasłużony senator IIIRP, prof. Stelmachowski, kiedy na początku lat 90-tych w publicznej TV stwierdził otwarcie i bez żenady, że Polakom potrzeba "4 klasy szkoły podstawowej, nauki obsługi komputera, prawo jazdy i znajomość co najmniej jednego języka zachodnioeuropejskiego." Po co służącym i robolom Europy więcej? Szkoda pieniędzy! A przecież "nasze pieniądze z podatków są najważniejsze", jak to niemalże codziennie słyszymy.
Tylko ten "nacjonalista"- Prus! Pobłądził biedaczek. Przecież wszyscy od co najmniej 400 lat wiemy, że naród polski twórczo przyswoi wszelkie obce wpływy i "że co Francuz wymyśli to Polak polubi". A cóż na to właśnie Francuzi. Otóż jeden z nich, XVII wieczny pamiętnikarz, po wizycie w Polsce, która dopiero rozpoczynała swój '' pikujący lot ku zagładzie'', całkowitej utracie suwerenności i rozbiorom poprzedzonych totalnym rozkładem politycznym, ekonomicznym , wojskowym, moralnym itd., m.in. zapisał : Polacy nie są ,, dobrymi gospodarzami i nie zadają sobie trudu, by powiększać dochody''. Dają się wykorzystać gospodarczo przez cudzoziemców (de Beaujeau, 1679r.).
Po co więc Polakom ich śmietnik, który tworzyli przez 50 lat tzw. PRL-u, bohatersko walcząc z komuną ? Po co im ta ruina, zwana "majątkiem n
arodowym", którą sprzedaje się obcym od 10 lat i jeszcze trochę jej zostało?
Ponad pół tysiąca lat temu inny wielki polski artysta Jan Kochanowski przestrzegał:
"Cieszy mię ten rym: "Polak mądr po szkodzie";
Lecz jeśli prawda i z tego nas zbodzie,
Nową przypowieść Polak sobie kupi,
Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi".
Jan Kochanowski , Księgi Wtóre, Pieśń V, 1586 r.
Tedy siedzę sobie z głową nabitą przestrogami przodków, tych co marzyli o silnej, Niepodległej i za nią przelewali krew i oddawali swoje życie. Przyplątał mi się dziecięcy wierszyk.
"Kto ty jesteś?
Polak mały.
Jaki znak twój?.."
Głupim. Zaiste, głupiś! Nie należy bowiem grzebać w starych księgach. Wystarczy dziennik TV, amerykańska telenowela o fascynującym życiu za Wielką Wodą i hamburger u McDonalda.
POST SCRIPTUM:
Były kanclerz Niemiec Helmut Schmidt powiedział do jednego z polskich polityków:
"{...} musicie rozwijać własny przemysł, bo jeśli tego nie zrobicie, to po wejściu do Unii Europejskiej was zjedzą." Z kolei Hiszpan, Felipe Gonzales w 1991 (!) roku stwierdził, że państwo powinno pozostawić w swoich rękach kilka kluczowych zakładów przemysłowych, bo jeśli się ich wyzbędzie, to będzie tańczyć tak, jak mu zagrają prywatni właściciele. Przekonywał, że w gospodarce rynkowej, czyli konkurencyjnej, przedsiębiorstwa będące własnością państwa dadzą sobie radę, a te, które nie sprostają wymogom rynku, pójdą na dno.
ŚWIETLISTOGÓRY, SIERPIEŃ ROKU 2000
|