|
cz. I
"W roku [793 n.e.] ukazały się przerażające
znaki nad Northumbrią, które mocno przestraszyły mieszkańców.
Były to wielkie wiry powietrzne i pioruny, a w powietrzu
widziano plwające ogniem smoki. Wkrótce po tych znakach nastąpił
wielki głód, a nieco później, w tym samym roku, napady pogan
zniszczyły w straszliwy sposób Bogu poświęcony kościół na Lindisfarne, siejąc mord i rabunek."
(Kronika anglosaska)
Rok 793 tradycyjnie
przez historyków określany bywa jako początek "epoki
Wikingów", których rozbójnicze najazdy przez kilkaset
następnych lat nękały ludy europejskie. Obecnie, w dobie
jednoczącej się Europy współcześni historycy wspomagani
przez archeologów, starają się wskazywać na te elementy z
przeszłości naszego kontynentu, które jednoczyły różne społeczności,
na wymianę handlową, okresy pokojowego współżycia i
kolonizacji, wzajemnego przenikania się kultur itd. Jednakże
mimo upływu wieków, dociekliwych badań naukowych oraz licznych
i znaczących odkryć wykopaliskowych, które ukazują świat
wczesnośredniowiecznej Skandynawii w obiektywnym świetle, wciąż
w zbiorowej pamięci Europejczyków dominuje postać krwawego,
okrutnego wojownika - Wikinga i jego długa "smocza łódź"
- drakkar. Właśnie tej postaci poświęcimy niniejsze rozważania.
Jak się sądzi,
przyczyny wielkiej ekspansji Skandynawów miały charakter wewnętrzny
i zewnętrzny, leżały bowiem zarówno w przeludnieniu
skalistej
krainy północy i w stosunkach politycznych tam panujących jak
i w słabości militarno-politycznej wielu państw ówczesnego świata.
Stosunkowa łatwość szybkiego wzbogacenia się, tworzyła zachęcający
klimat do organizowania licznych wypraw oraz opiewany przez
rodzimych skaldów i sagamandrów etos wojownika - łupieżcy.
Organizatorami grabieżczych
rajdów byli słynący z wojennego szczęścia wodzowie i królowie,
którzy zazwyczaj uważani byli za potomków najwyższego germańskiego
boga. To on miał być np. przodkiem późniejszych władców
angielskich i saksońskich. Jak rozumiano ów związek świadczy
zwrotka 12 wiersza "Pieśń o Haraldzie Grafell", ułożonego
przez skalda Glumra Geirasona, która mówi, że "w królu
był sam Sig - Tyr " (t.j. Odin). Pierwszy człon określenia
tego boga łączy się z pojęciem walki, przewagi i zwycięstwa.
Oznacza to także, iż w królu w czasie bitwy objawiał się ten
bóg i skutecznie kierował jego słowami i czynami.
Przypomnijmy, że
naczelnym bóstwem Germanów był Wodan (st.nord. Ođinn, anglo-sax.
W_den, st.
sax. Woden, st. frank. Wodan, st.górn.niem. Wutan, Wuotan). Był on ojcem bogów, bogiem poezji, śmierci, wojny,
magii, run i ekstazy. Był także bogiem poległych w walce i
reprezentujących ich wojennych związków mężczyzn - "w_d"
("* W_danaz" - pan "w_d"), a więc bogiem
wtajemniczenia wojowników. Już Tacyt (Publius Cornelius Tacitus),
historyk rzymski żyjący w latach 55/56 - 120 n.e. wśród
naczelnych bóstw Germanów wymienił m.in. Merkurego (tj. Wodana),
najbardziej czczonego, któremu w oznaczonych dniach mieli oni składać
ofiary ludzkie (Germania, 9).
(...)
Zmiany jakie zaszły w społecznościach
germańskich w epoce brązu i początkach epoki żelaza, w dobie
demokracji wojennej, wędrówki plemion oraz niekończące się
wojny jakie prowadziły te ludy, doprowadziły do wysunięcia na
pierwsze miejsce klasy wojowników. To oni mieli decydujące
znaczenie w ówczesnych populacjach i decydowali o ich życiu i
śmierci.
Pierwszoplanową rolę
odgrywali oczywiście mistrzowie walk oraz inicjacji wojowników,
nauczyciele zabijania, wielcy manipulatorzy i deformatorzy
psychiki, którzy z młodych chłopców potrafili uczynić
sprawne, niesłychanie skuteczne w boju maszyny i krwiożercze,
bezlitosne bestie. Albowiem wojna zawsze była sytuacją
niezwykłą dla życia społeczności, stanem permanentnego śmiertelnego
zagrożenia, w którym objawiają się skrajne uczucia ludzi - od
wielkiego poświęcenia począwszy, aż po sadystyczną żądzę
zemsty i niepohamowanego mordu. Skala jest wielka, lecz bezwzględnie
dominują w niej uczucia negatywne.
Warstwa wojowników nie była
jednolita. W trakcie licznych walk wyłonili się z niej ci
najlepsi, najsprawniejsi a zarazem najokrutniejsi - "arystokracja
miecza i krwi", ci, co bronili swe plemię przed wrogami i
dostarczali mu obfitych łupów i niewolników. Zasługi ich
znajdowały sowitą zapłatę nie tylko na tym, lecz również na
"drugim świecie". Elita posiadała własny elitarny zaświat,
własną bliską bogom krainę zmarłych. Odin ich bóg i zarazem
wzorcowy mistrz inicjacji prowadził ich do Walhalli, swojej
krainy szczęśliwości i wyznaczał im zaszczytną misję
kosmiczną. Czynił ich wręcz współodpowiedzialnymi za losy
tego świata i całego Kosmosu.
Członków elity wojennych
społeczeństw germańskich aż do schyłku ery wikingów w
Skandynawii nazywano berserkami, mężami w niedźwiedzich
koszulach, magicznie przekształconymi w bestie, wojami walczącymi
w amoku, siejącymi strach i śmierć. "
Wodan, czyli gwałtowność, prowadzi wojowników i daje ludziom
siłę przeciw wrogom" - zanotował w XI w. kronikarz Adam z
Bremy w "Gesta Haburgensis ecclesiae pontificum".
(...)
Z postacią berserka łączą się liczne nowożytne
opowieści, legendy i wierzenia o wilkołakach. Podobne zjawiska
notuje się nie tylko u ludów indoeuropejskich lecz także wśród
narodów afrykańskich, u Indian amerykańskich i na Dekanie.
Wiele nazw grup etnicznych bierze się od słowa "wilk"
(np. Luwijczycy, Lukanowie, Luceres, Hirpini, Dacy, Likaonowie, Hyrkanowie,
Lykokranci, zachodniosłowiańscy Lucice itd.), co
dowodzi starożytności inicjacji wilkołackich. Zainteresowanych
tym tematem odsyłam do książek L.P.Słupeckiego "Wilkołactwo"
i "Wojownicy i wilkołaki".
Transformacja duchowa w
drapieżnika (wilk, niedźwiedź, lew), byka, psa bojowego lub
zwierzę antastyczne np. smoka, była typowa dla obszaru Europy.
Generalnie rzecz biorąc,
u Indoeuropejczyków miejsca inicjacji wilkołackich znajdowały
się na krańcach świata ludzkiego, w puszczy, nad wodą, na
szczycie dzikiej góry, w zamkniętym kręgu kultowym lub w
kultowej chacie. Zaopatrzone były one w symbole Centrum (axis mundi), "bramę" do świata podziemnego. Inicjacje
wilkołackie odbywały się w zimie, w czasie pełni księżyca
około dnia przesilenia słonecznego. Adeptów rozbierano do naga
(= ostateczne zerwanie ze światem ludzi). Transowa muzyka
towarzyszyła ekstatycznym tańcom. Serwowano im napoje
halucynnogenne i zadawano ciałom cierpienia. Kandydaci poddawani
byli rytualnej śmierci, zakopywano ich w ziemi, pogrążano w
wodzie lub dotykano skrwawionym mieczem. Potem powstawali do
nowego życia jako wilczy bracia. Wdziewali na siebie wilczury i
uczestniczyli w uczcie kanibalskiej. Odrażający zwyczaj picia
krwi wroga i kanibalizm były pogwałceniem szczególnie silnego
tabu, wstrząsem psychicznym wyzwalającym tłumione instynkty i
wprowadzającym w amok.
Germańscy "nadludzie"
inicjowani byli w tajnych stowarzyszeniach wojowników ("Mannerbunde").
Ich inicjacje miały mroczny, demoniczny charakter typowy dla
gnozy "lewej ręki". Odbywały się one w "domu mężczyzn",
w chacie w lesie. W wielu sagach skandynawskich, szczególnie w
"Sadze o Volsungach", zachowały się informacje o
przebiegu takich inicjacji. Próby zaczynały się już pod opieką
matki. Był to okres prześladowania przez wrogów a zarazem
szczególnej opieki Odina, izolacja i odosobnienie. Sama
inicjacja obejmowała typowe militarne próby odwagi i wytrzymałości
fizycznej a także wprawienie się w kontroklowaną ekstazę, potęgujacą
agresję, siłę fizyczną, wytrzymałość na zmiany temperatury,
okrucieństwo, stłumienie bólu i lęku przed wrogiem.
Praktykowano również rytualny kanibalizm. Zdaniem Jeana Przyluskiego, badacza wilkołactwa, początkowo berserkerzy
zabijali i spożywali starych konfratrów, potem dopiero zaczęli
zastępczo stosować napoje oszałamiające. Wierzono, że spożycie
ciała człowieka - wilka, pozwala samemu stać się wilkołakiem.
W magiczny sposób przejmowało się moc i wszelkie właściwości
spożywanego.
(...)
Ludy Skandynawii już
co najmniej w epoce brązu znały skutecznie działające
substancje psychoaktywne, które były znakomitymi środkami
zagrzewającymi do ciężkiej pracy lub walki. Wojownicy po ich
zażyciu w stanie całkowitego obłąkania dokonywali czynów wręcz
niemożliwych.
(...)
"Berserkerzy Odina
nie tylko przypominali wilki i niedźwiedzie (...) swoją siłą
i krwiożerczością, ale do pewnego stopnia sami byli tymi
zwierzętami " - twierdzi G.Dumezil, wybitny znawca
mitologii indoeuropejskich. Można ich było wręcz określić
jako zwierzęta drapieżne pochodzenia ludzkiego. Kontrolowany
amok wojenny czynił z nich bezlitosne, okrutne bestie. To oni i
ich przodkowie, wojownicy indoeuropejscy potrafili podczas walki
psychicznie utożsamiać się z najgroźniejszymi zwierzętami,
dając tym samym początek niezliczonym podaniom, legendom i baśniom
o wilkołakach.
(...)
Cechy bereserkerskie były
dziedziczone, czego najlepszym przykładem może być Ulf zwawny
Kweldulfem ("Nocnym Wilkiem"), jego wnuk Egil oraz syn
Skalla - Grim, o którym król Harald powiedział : "Kiedym
miał przed sobą ten wielki, łysy łeb, zobaczyłem, że mu
wilkiem z oczu patrzy. Skoro się tylko dorwie, pozabija mi moich
najlepszych ludzi" (Saga o Egilu, 25).
Wytrzymałość tych
wojowników była zdumiewająca. Islandzki berserk Otrygg znany z
"Sagi o Njalu" (103), potrafił przejść przez dwa płonące
ogniska (= odporność na wysokie temperatury) i tylko lek przed
czarami chrześcijan nie pozwolił mu przekroczyć płomieni
roznieconych przez wyznawców Chrystusa.
Istotą
berserka, jak to mówiliśmy, był szał. Kiedy Ljot Blady przybył
na holmgang (pojedynek), by zabić Fritgeira, wtedy - jak powiada
"Saga o Egilu" (64) - "Zaczął nakładać odzież
odpowiednią do boju i zbroję; na końcu wziął
do ręki miecz i tarczę. Był to olbrzym o nadludzkiej sile. Gdy
szedł łąką ku holmowemu boisku, ogarnął go szał berserka,
ryczał jak zwierz i gryzł własną tarczę". Ta sama saga
mówi (27), że " z tymi, którzy się przemieniają w wilki
albo dostają berserkerowego szału, sprawa się tak ma, że póki
owa przemiana trwa, są tak mocni, że nikt i nic nie jest w
stanie im się przeciwstawić, lecz skoro minie, wówczas są
zupełnie wyczerpani z sił."
(...)
Umiejętność
wprowadzania się w szał bojowy znana była również ludom
celtyckim, z którymi przez wiele wieków wojowali Germanowie.
Znakomity opis furii wojennej deformującej ciało (ang. warp-spasm)
w jaką wpadł heros irlandzki Cúchulainn ("Pies Culanna";
syn lub wcielenie boga Luga) pochodzi ze średniowiecznego utworu
"Táin Bó Cuailnge" :
"I ogarnął Cúchulainna
pierwszy szał, i przekształcił go w potwora Szkaradnego,
Bezkształtnego i Niesłychanego. Golenie jego, kości jego,
kosteczki jego od czubka głowy aż po palce stóp zatrzęsły się
niby drzewo w czas powodzi albo też trzcina miotająca się pod
naporem nurtu. Ciało skręciło się wewnątrz skóry, stopy i
kolana odwinęły się w tył, a pięty ruszyły do przodu. Ścięgna
pięt przekręciły się ku goleniom, a każde zawiązało węzeł
wielki niby pięść wojownika. Ścięgna głowy napięły się
od skroni aż po kark w kłęby większe niźli głowa miesięcznego
dziecka. Twarz zmieniła w purpurową kulę. Oko zassało w
oczodole tak głęboko, aż nawet dziki żuraw nie wyciągnąłby
go z czeluści. Drugie oko spływało wzdłuż policzka. Usta
rozwarły się, wargi rozłupały przez szerokość szczęk, aż
gardło pokazało wnętrzności. Płuca i wątroba zatrzepotały
u podniebienia. Warga dolna waliła o górną z
hukiem godnym
sapnięcia lwa. Flaki, skręcone wściekle niby runo górskiego
tryka, wywalały się poprzez przełyk. Serce biło w piersi na
podobieństwo psiego ujadania albo niby ryk lwa walczącego z
niedźwiedziami. Mgła i ogień buchały w krwawych chmurach
gotujących się nad ogarniętym szaleństwem ciałem. Włosy głowy
Cúchulainnowej splątały się niby krzew cierniowy tak gęsty,
że gdyby królewska jabłoń zatrzęsła nad nim owocem, nie
wiadomo, czy jakie jabłko przebiłoby się przez ostrze jego włosów.
Najeżyła je bowiem wściekłość. Brwi bohatera uniosły się
niby aureola. Okrągła jak ryj, twarda niby brus, na którym
ostrzy się miecze... I ruszył waląc w tarczę, krzycząc na woźnicę
rydwanu. A ze środka jego czaszki strzeliły magiczne mgły
podobne do masztu ogromnego okrętu, podobne do ciemnego bluzgnięcia
krwi, podobne do dymów królewskiego domu w tę godzinę, gdy służba
czeka na wracającego u schyłku zimowego dnia władcę."
(przekł. E.Bryll i M.Goraj)
Powyższy tekst,
w sposób
poetycki opisuje zmiany psychofizyczne zachodzące w ciele
wojownika (częściowo obserwowane przez innych i zarazem osobiście
odczuwane przez samego bohatera), po zażyciu silnych środków psychoaktywnych. Twarz celtyckiego herosa przypomina
wyrzeźbione
w XIII - wiecznym drewnianym kościółku (stavkyrkor) w Hegge (Norwegia)
oblicze ...Odina wykrzywione berserkerskim szałem.
*******
"Magiczna "
transformacja człowieka w zwierzę, nie jest wyłącznym "wynalazkiem"
wojowniczych przodków dzisiejszych Europejczyków i umiejętność ta bynajmniej nie należy do zamierzchłej przeszłości.
Przemianę człowieka w drapieżnika praktykowało wiele ludów
Afryki, Azji i Ameryki. Utożsamiano się z wilkiem i szakalem
saharyjskim, kojotem północnoamerykańskim, tygrysem indyjsko -
indonezyjskim, lampartem zachodnioafrykańskim, hieną abisyńską,
jaguarem południowoamerykańskim, lwem, niedźwiedziem
syberyjskim itd.
Zdaniem badacza tej
problematyki R.P. Eckelsa, wiara w wilkołactwo oraz informacje o
różnego typu transformacjach ludzi w bestie, mają swe
przyczyny w obserwacjach takich faktów jak: choroby (psychozy,
epilepsja, paranoja, szał wścieklizny), zjawiska społeczne (tajne
bractwa, banici, żołnierze - szaleńcy) oraz rzadkie stany
psychiczne z zakresu psychotroniki. Do tych ostatnich należą
sugestie czarowników - szamanów, autosugestie, zauroczenia,
stany półsnu - półjawy, telepatia i sympatia na odległość.
Psychiczna transformacja w
bestię mogła nastąpić za przyzwoleniem i chęcią kandydata
na wilkołaka (szczególnie dotyczy to członków tajnych związków),
a także wbrew woli człowieka, na skutek choroby psychicznej (likantropia)
lub celowego działania czarowników.
Pewne światło na problem
celowej deformacji psychicznej rzucają współczesne badania
etnologiczne prowadzone we wschodniej Afryce. Mówią one o
zabiegach magicznych stosowanych przez szamanów skupionych w
tajnych związkach na terenie Tanzanii. Ludzie ci posiadają m.in.
umiejętność stosowania różnorakich środków powodujących
śmiertelne zagrożenie życia oraz przemianę młodzieńców
w
tzw. ludzi - lwy (mbojo). Człowiek - lew był m.in. karmiony
przez szamankę jadłem składającym się z surowego małpiego
lub psiego mięsa zmieszanym z silnym środkiem obezwładniającym
umysł. W końcowym etapie obróbki psychicznej młodzieniec
przechodził całkowitą i bezpowrotną zmianę osobowości -
psychiczną transformację w lwa. Poruszał się jak to zwierzę.
Nosił na sobie również szczelnie przylegającą do ciała skórę
lwa i nasadzony na głowę lwi pysk. W podobny sposób
preparowani są wschodnioafrykańscy niewolnicy zwani vizuu oraz
karaibscy zombi - "żywe trupy".
(...)
Inicjacje wilkołackie będące
gnozą "lewej ręki", odwołują się do
najmroczniejszych sił tkwiących w ludzkiej psychice.
Psychoanalitycy nazywają je archetypem Antypersony, chrześcijanie
mówią wprost o Szatanie. Zjawisko psychicznej transformacji człowieka
w zwierzę na skutek celowych działań lub też straszliwej
choroby mają wspólną przyczynę. Amerykański naukowiec
czeskiego pochodzenia, Stanisław Grof od dziesięcioleci badający
strukturę podświadomości człowieka, stwierdził istnienie
tzw. doznań transpersonalnych, w trakcie których można doświadczyć
"świadomości" zwierzęcia (np. głodnego węża,
żółwia itd) a nawet rośliny. Tą iście szamańską umiejętność
czasowego wykorzystania doznań transpersonalnych posiadali m.in.
skandynawscy berserkerzy.
Cz.
II
"Są oni opętani przez różne wizje,
przerażające lub przyjemne [...] z powodu których niektórzy
skakali, tańczyli, inni płakali i byli przerażeni, jeszcze
innym wydawało się, że niewielka szpara jest tak szeroka jak
drzwi, a beczułka wody głęboka jak morze".
Stefan
Kreszennikow (1755)
" Zażyty wewnątrz,
wzbudza w ciele ludzkim nader niebezpieczne, lubo nie zawsze śmiertelne
zjawiska. Upojenie, pomieszanie zmysłów, zapamiętała śmiałość,
wściekły gniew, drżenie członków [...]. Niekiedy zda się
im, że się przemienili w olbrzymów; tu następuje zapamiętała
wściekłość; hałasują i szaleją, aż burzliwą tę scenę,
po gwałtownym natężeniu nerwów, głęboki sen zakończy."
Józef
Gerard-Wyżycki (1845).
Zarówno w trakcie
inicjacji berserkerskich jak i przed rozpoczęciem walki
Wikingowie zażywali bardzo silne środki psychoaktywne. Jakie?
Od kiedy właściwie ludzie narkotyzowali się
i po co to
robili?
Historia narkotyków jest
tak stara jak dzieje ludzkości.
W czasach, gdy nie znano jeszcze rolnictwa i
hodowli, ludzie przez dziesiątki tysięcy lat żywili się tym,
co upolowali, złowili lub zebrali w lesie. Wtedy właśnie w
paleolicie i mezolicie "przetestowano" wiele roślin
pod względem ich właściwości jadalnych. A przy okazji ujawniło
się działanie halucynogenne wielu z nich. Najwcześniejsze dane
pochodzą już ze starszej epoki kamienia.
Ostatnie badania nad
techniką malarską wspaniałych paleolitycznych malowideł
jaskiniowych we Francji wykazały, ze farby użyte do ich
wykonania zawierały substancje halucynogenne. Dzieła te
tworzono, biorąc farbę do ust, mieszając ją ze śliną i
wydmuchując na ścianę groty. Efektem tej techniki były wizje
narkotyczne, uwidocznione potem na ścianach jaskiń.
Kolejnym dowodem są
znaleziska pyłków roślin halucynogennych odkrytych na licznych
stanowiskach prahistorycznych, zwłaszcza w grobach. Najstarsze
pochodzą z Szanidar (Irak) a związane są już z człowiekiem
neandertalskim. Podobne pyłki znajdowały się w grobie kapłanki
z wczesnego neolitu w Çatal Hüyük (Turcja) oraz na
megalitycznym stanowisku na wyspie Jersey koło Wielkiej Brytanii.
W neolicie Europy Środkowej,
mamy przede wszystkim do czynienia z opium uzyskanym z maku. Już
w XIX w. odkryto ziarenka tej rośliny wśród
wczesnoneolitycznych budowli palowych w Robenhausen w Szwajcarii.
Na ślady związane z użytkowaniem opium natrafiono także na
stanowiskach neolitycznych w północnej Italii i w Niemczech.
Ziarenka maku lekarskiego (Papaver somniferum L.) odkopano także
w Polsce, we wsi Zasławice (woj. małopolskie) na stanowisku
kultury ceramiki promienistej oraz w osadzie kultury łużyckiej
w Biskupinie.
Na czasy neolitycznej
protocywilizacji megalitycznej , do której zaliczana bywa również
kultura pucharów lejkowatych, datują się znaleziska małych
glinianych naczynek, tzw. flasz z kryzą. Występują one na obszarze od
Bretanii na zachodzie po Wołyń na wschodzie i od południowej
Skandynawii po Morawy. Są to wyobrażenia makówek i wyglądają
niemal identycznie jak egipskie flakony na opium pochodzące z późnej
epoki brązu. Bez wątpienia były to pojemniki na ten narkotyk.
W czasach przedchrześcijańskich, mak i opium poświęcone było
greckim bóstwom m.in. Demeter, Afrodycie, Morfeuszowi, Hypnosowi
a także Tanathosowi.
Neolityczne "flasze
z kryzą" znajdowane są na terenie osad, gdzie stanowiły
znikomy procent wszystkich materiałów ceramicznych. Przede
wszystkim zaś wchodziły one w skład wyposażenia grobowego. W
mogiłach ludności kultury pucharów lejkowatych lokowano je
zazwyczaj tuż przy głowie zmarłego. Generalnie rzecz biorąc,
obyczaj wkładania środków halucynogennych do grobów
kontynuowany od paleolitu do naszych czasów, wynikał z troski o
losy pośmiertne duszy zmarłego, (szybka jej transportacja w
zaświaty) i zapewnienia bezpieczeństwa żywym. Jeszcze w XIX w.
w rejonie Gór Świętokrzyskich, na zachodniej Ukrainie i w
Prusach, istniał zwyczaj sypania maku do trumny lub do grobu.
Zabieg ów tłumaczono tym, że zmarły zajmie się liczeniem
ziarenek maku i nie będzie szkodził żywym. Jak widać, funkcja
apotropeiczna skutecznie wyparła wcześniejszą motywację.
Z czasów kultury pucharów
lejkowatych z miejscowości Ćmielów i Złota, woj. Świętokrzyskie
pochodzą fajki gliniane. Służyły one do palenia środków
odurzających, prawdopodobnie konopi (Cannabis sativa L.), których
ślady znajdowane są na licznych stanowiskach archeologicznych w
Europie Śr. już od wczesnego neolitu. Konopie znane są m.in. z
osady kultury ceramiki wstęgowej (ok. 4500 l.p.n.e.) w Eisenberg
w Turyngii, z kultury Narwa oraz z grobów germańsko-celtyckich
sprzed 2500 lat itd. Te halucynogenne rośliny palili znani
Herodotowi Scytowie. Przekazy starożytnego historyka greckiego
potwierdzają współczesne badania wykopaliskowe grobów
arystokracji scytyjskiej, w których znajdowano nasiona konopi
w specjalnie do tego celu wykonanych woreczkach.
Psychoaktywny lulek czarny
(Hyoscyamus niger L.) znany był już w epoce brązu z rejonu Alp.
Pyłki tej rośliny odkryto także w Biskupinie, najsłynniejszym
polskim stanowisku archeologicznym. Roślina ta wchodziła w skład
znanych w Średniowieczu i renesansie Europy "maści
czarownic", dającej wrażenie lotu. Lulka czarnego
przypuszczalnie używali wczesnośredniowieczni Rusowie w obrzędach
pogrzebowych opisanych przez arabskiego kupca i podróżnika Ibn Fadlana. Napój uwarzony z tej rośliny serwowano niewolnicom
zabijanym w ofierze dla zmarłego wielmoży. Z kolei Galowie właśnie
lulkiem mieli zatruwać ostrza oszczepów. Nawiasem dodajmy, że
inne trująca ziele, cykuta (szalej, Conium maculatum), którą uśmiercono
Sokratesa, poświęcona była w Skandynawii i Anglii
Wodanowi/Odinowi.
Różnego typu narkotyki
stosowane były
przez ludy starożytne w obrzędach
religijnych. Znali je Indianie obu Ameryk, Grecy (Pytia,
misteria eleuzyjskie), Asyryjczycy, Chińczycy, Persowie i
Hindusi. U tych ostatnich bogowie Haoma i Soma byli uświęconymi
roślinami halucynogennymi stosowanymi od kilku tysiącleci w
kulcie.
Wśród rysunków
naskalnych z Tassili z terenów Sahary datowanych na późny
neolit znajdują się przedstawienia tańczących w ekstazie
postaci antropomorficznych z halucynogennymi grzybami
oraz
postać szamana z głową w formie łba pszczoły. Z jego ciała
wyrastają grzyby. Trzyma je również w swoich dłoniach. Z Bałkanów
z kręgu neolitycznej kultury Vin_a, pochodzą natomiast kamienne
rzeźby grzybów. Z kolei na epokę brązu datuje się ciekawy
posążek będący obecnie w posiadaniu Muzeum Archeologicznego w
Atenach. Przedstawia on kobietę z dzieckiem w ręku. Głowa
dziecka przyozdobiona jest kapeluszem grzyba.
Wiele wizerunków grzybów
halucynogennych, zapewne muchomorów (Amanita muscaria), odkryto
w Skandynawii. Wyobrażano je m.in. na brzytwach z okresu brązu
służących, jak się sądzi, do celów kultowych (inicjacje,
ofiary, obrzędowe ścinanie włosów ludzi i zwierząt). Ten
gatunek grzybów zasługuje na naszą szczególną
uwagę.
Już w roku 1784 Smamuel
Ödman jako pierwszy postawił hipotezę o stosowaniu przez
Wikingów muchomorów dodawanych do alkoholowego napoju podnoszącego
ich męstwo do rozmiarów szaleńczej odwagi, a rozpijanych przed
każdą bitwą.
" W czasach dawnych używali go [tj.
muchomora - przyp. JTB ] szermierze północni, kiedy mieli iść
w zapasy, dla wzbudzenia w sobie wściekłości", pisał w
1845 r. J. Gerard-Wyżycki.
Analogicznie wnioski wysunął
F.Ch. Schübler (1886),
R.Nordhagen (1930) i wielu innych badaczy. Szał bojowy berserków
lub ulfhednar ("ludzi w skórze wilka") zwany
berserka-gĺng
(lub berserksgang) wzmagały środki halucynogenne, grzyby
berserkjasveppur (Amanita muscaria) - dowodził w 1929 r. F. Grřn,
zał. w 1953 r. Ramsbottom opisał skutki zażywania tych grzybów
przez berserków.
Inny badacz historii środków
psychoaktywnych, John Mann (1994) stwierdził natomiast, że
grzyby Amanita muscaria (muchomor czerwony) wcześniej mogły być
źródłem halucynacji dla wojowników skandynawskich, jednak w
przypadku furii wojennej bardziej odpowiednim wydaje mu się był
gatunek Amanita pantherina (muchomor plamisty) wywołujący obłęd.
Jak wynika z powyższych
danych, najbardziej rozpowszechnioną i zarazem najbardziej
prawdopodobną jest hipoteza związana z grzybami Amanita muscaria. Niezwykła wytrzymałość, niewrażliwość na ból
uczestniczących w wyprawach wojennych Wikingów była efektem
rytualnego wypijania przed bitwą wzmacniającego napoju, którego
głównym składnikiem był muchomor czerwony.
Istnieje ponad 50 różnych
gatunków halucynogennych Amanita muscaria występujących na
terenie Europy, Azji, Afryki i Ameryki Półn. Mają one związek
symbiotyczny z brzozami, sosnami i dębami.
W czasach przedchrześcijańskich
muchomor czerwony powszechnie stosowano w trakcie obrzędów
religijnych (głównie typu szamańskiego) na prawie całym
obszarze Euroazji - od Skandynawii po Kamczatkę oraz w Ameryce półn.
Na Syberii muchomor czerwony był przez wieki najbardziej
rozpowszechnionym środkiem halucynogennym. Znali go Czukcze,
Itelmeni (Kamczadale), Koriacy, Jukagirzy, Tunguzi, Jakuci,
Chantowie (Ostiacy) oraz ludy samojedzkie. Źródła historyczne
mówią o używaniu ich przez plemiona syberyjskie już w XVI w.
Zostały one później wyparte przez alkohol, głównie wódkę.
Grzyby te konsumowane były również przez pierwotnych Słowian
i inne ludy indoeuropejskie a także przez szamanów lapońskich
(Sami) i północno-amerykańskich Indian. U ludów zachodniej
Syberii i wschodniej Europy (np. Wogulów, Mordwinów, Czeremisów)
grzyb ten nosi nazwę "pankh", "bang" itp. (z
irańskiego słowa "bangha", która oznacza konopie -
haszysz). Te ostatnie nagminnie stosowały ludy
irańskojęzyczne
- Scytowie, Sakowie, Partowie i Massageci (intoksykacja poprzez
inhalacje).
Niektórzy
badacze, uważają, że jeszcze w początkach XIX w., w czasach
wojny szwedzko-norweskiej, żołnierze z värmlandzkiego
regimentu zagrzewali się do boju spożywając muchomory czerwone.
Jeden z oficerów tego regimentu wspominał, że w 1814 r. po
zjedzeniu grzybów żołnierze walczyli z furią i pianą na
ustach. Analogicznie zachowywali się w Fehérvár (Węgry) w
1945 r.żołnierze radzieccy, którzy - jak wspomina
S.Kuylenstierna-Andrassy
(1948) - po skonsumowaniu "trujących grzybów"
zamienili się w bestie i walczyli "jak wściekłe psy"
a potem osłabieni wysiłkiem, gwałtownie zapadali w ciężki
sen. Najprawdopodobniej w oddziałach tych służyli Sybiracy
dobrze znający właściwości omawianych grzybów. Interesujące
są również opisy sporządzone przez R.Nordhagena dotyczące
intoksykowanych muchomorami czerwonymi pacjentów . Chorzy śpiewali,
śmiali się, skakali, bili rękami, potem wyczerpani spali i
obudziwszy się byli zupełnie normalni.
(...)
Grzyby używane przez ludy
syberyjskie były myte i suszone na słońcu. Zasadniczo zjadano
od 1-3 szt. Niekiedy szamani syberyjscy spożywali do 12 grzybów
jednorazowo. Według innych danych z Syberii, zjadano 1/3
kapelusza dużego grzyba lub 2 małe suszone na słońcu
muchomory razem z mlekiem renifera, sokiem żurawiny
(Vaccinium oxycoccus) lub brusznicy (Vaccinium vitis idaea), rzadziej z
sokiem z czarnych jagód (borówek). Na Litwie natomiast grzyby
te mieszano z wódką.
"Kamczadale
robią z muchomora z dodatkiem wierzbówki wąskolistnej (Epilobium
angustifolium) napój mocny, którego użycie sprawia im
przyjemne fantazje i marzenie. W zachwyceniu tem, miewają
widzenia duchów, śpiewają i przepowiadają w sposób uroczysty
duchem prorockim " (J.Gerard-Wyżycki, 1845).
Zdaniem Jocelsona (1905) i
Bogoraza (1909), którzy byli członkami wyprawy naukowej Jessupa,
na Syberii grzyby zbierano w sierpniu, kiedy charakterystyczne
karmazynowo-czerwone kapelusze były rozwinięte. Tylko młode
dziewczyny mogły zbierać grzyby i suszyć je. Korjacy nie jedli
muchomorów świeżych, gdyż obawiali się ich toksycznych efektów.
Dlatego też suszyli je na słońcu. Kobietom, jakkolwiek nie
dopuszczane były do jedzenia grzybów, pozwalano na żucie i
trzymanie kawałków grzybów w swoich ustach przez dłuższy
czas bez połykania.
W Skandynawii natomiast
muchomory czerwone suszono jesienią i spożywano w okresie
przesilenia dnia z nocą, dokładniej - w środku zimowej nocy
w
czasie inicjacji wilkołackich (berserkerskich).
Z kolei u Chantów, po całodziennym
poście szaman zjadał 3 lub 7 grzybów. Były to liczby
kosmologiczne. Wyjątkowo zdarzało się konsumowanie
większych
ilości, np. ponad 20 szt. Potem szaman kładł się na kilka
godzin spać. Budził się raptownie, wstrzasany drżeniem i ogłaszał,
co mu przekazały duchy. Potem szaman znów zasypiał, aby
dopiero nazajutrz przystąpić do odbywania seansu.
(...)
Działanie halucynogenne
po zażyciu połowy wysuszonego grzyba pierwszy opisał generał
Józef Kopeć w 1837 r., zesłaniec syberyjski, który poznał go
na Kamczatce pod koniec XVIII w. Jego wizja krainy szczęśliwości,
pełnej pięknych ogrodów, kwiatów, owoców i kobiet, była
analogiczna do tej jaką np. przekazywały opowieści celtyckie o
Zaświatach. O podobnych swoich wizjach mówił 200 lat po Kopciu
Christopher Mayhew. Stąd m.in. E.Rowan i T. White (1997) piszą
o znajomości tych halucynogenów u Celtów. Natomiast inni
badacze twierdzą, iż ten typ halucynogenów dawał w efekcie
wizje Innych Światów i Krain Zmarłych oraz bogów (Ogród Hesperyd, Pola Elizejskie, wyspa
Leuke, Wyspy Blestu, Avalon, Horaisan, Uttarakuru, Ogród Edenu, Ynisvitrin - Wyspa Szkła,
Glasberg - Szklana Góra itd, itp.). Zdaniem wybitnego mykologa, R.G.Wassona, to właśnie z muchomora czerwonego wykonywano najświętszy
napój Ariów - halucynogenną somę.
Badania etnofarmakologiczne, dane etnologiczne, obserwacje kliniczne oraz
relacje różnych testerów pozwalają dość dokładnie określić
działanie spożytych muchomorów czerwonych na ciało i psychikę
człowieka.
(....)
.......wróćmy do Germanów, Wikingów i berserków,
u których te środki halucynogenne w magiczny sposób związane
były z najwyższym bogiem.
Cytowany już wcześniej
Ch.Rätsch (1994) próbował powiązać poszczególne rośliny i
grzyby z określonymi postaciami mitologii germańskiej. Według
jego hipotezy, lulek czarny przypisać należy
Donarowi/Thorowi
i Bil [?], konopie - Freji i Frejowi, mak (opium) - Lollowi
(Lollusowi)
[??], mandragorę - Idunn oraz Albrunie zaś beladonnę (Atropa
belladonna) walkiriom. Muchomory czerwone (tzw."grzybki
latające") poświęcone były natomiast, nie bez racji, Wodanowi/Odinowi.
Odin nosił przydomek
"Hrafnáss" ("bóg kruka"), gdyż towarzyszyły
mu dwa kruki Muninn i Huginn. Literatura skaldyczna używa także
określenia "Munins tugga", tj. jadło kruka Muninna.
Może ono odnosił się również do "chleba kruka",
dawnej szeroko rozpowszechnionej w świecie germańskim nazwy
muchomorów czerwonych. Grzyby te zapewne związane były z
krukami Odina, które symbolizowały siły intelektualne tego
boga, myśl i pamięć. Były zatem niejako "pokarmem"
dla nich. Dodajmy, że np. w antycznej Grecji grzyby
halucynogenne
zwane były "pożywieniem bogów" (broma theon) i
"bo__ trawą". Inne ludy nazywały je także
"chlebem
diabła" i "strawą martwych".
Bezpośredni związek
Wodana (Odina) z muchomorami poświadcza folklor z południa
Niemiec. W jednej z legend bóg ten odjechał na swym koniu w
wieczór wigilijny ścigany przez diabły. Koń zaczął tak
galopować, aż czerwonoplamista piana kapała z mu z pyska.
Tam gdzie upadła na ziemię w następnym roku pojawiły się biało
cętkowane czerwone kapelusze muchomorów.
Przypomnijmy, że
etymologię imienia Odin wywodzi się od óđr - st.
nord.
furia, niem. Wut - wściekły gniew, złość, goc. wots - opętanie.
Odin będący natchnieniem i furią jest zarazem patronem poetów
jak i wojowników. Dlaczego? To dość dziwne zestawienie można
wytłumaczyć jedynie efektem zażycia jednego (wizje zaświatów, etc) lub wielu (szał wojenny
berserka) muchomorów czerwonych.
Grzyby te wyobrażone na
brzytwach z epoki brązu z terenu Skandynawii, jak wykazała to
szczegółowa analiza, wiąże się bardzo ściśle z ówczesnym
szamańskim modelem świata i z wędrówką duszy do krainy zmarłych.
Nie
wykluczone zatem, że wizje Walhalli i Ragnarök - zmierzchu bogów,
były również wynikiem zażywania muchomorów czerwonych. Efekt
tzw. "good trip" dawał wizję szczęśliwej, boskiej
krainy wojowników zabawiających się w towarzystwie walkirii
ucztami i pojedynkami. Z kolei efekt "bad trip" był
przyczyną pojawienia się wizji totalnej wojny ludzi, demonów i
bóstw, kosmicznego pożaru (Muspell) i całkowitego zniszczenie
dotychczasowego świata bogów oraz gatunku ludzkiego. Ucztujący
berserkerzy radują się w niebiańskich pałacach Odina i Freji
a jednocześnie mają pełną świadomość nieuchronnej własnej
zagłady (efekty psychiczne: stany od euforii po głęboką
depresję, stany radości "podszytej" grozą i
panicznym strachem).
Wedle mitycznych wyobrażeń,
bogowi berserków - wilkołaków, Odinowi (Wodanowi) towarzyszyły
dwa wilki (Freki i Geri), lecz na końcu świata on sam, najwyższy
bóg zostanie pożarty właśnie przez kosmicznego wilka Fenrira.
Szał zostanie pochłonięty przez jeszcze większą furię bojową
(= efekt indukcji).
Przy okazji warto tu zwrócić
uwagę na jeszcze jedną postać z mitologii skandynawskiej, na Gullweig, zaliczaną do grupy bogów Wanów. Wedle podań
eddaicznych bogowie ci odznaczali się wybujałą erotyką, wiedzą
magiczną, mądrością, jasnowidztwem oraz metaforycznym
tajemnym językiem. Ich nazwa Vanir (st.isl.) pochodzi z
indoeuropejskiego *wen- "kochać, pożądać". Z Wanami
walczyli Asowie, którymi przewodził Odin. Wspomnienie owej
wojny zawiera "Przepowiednia Wieszczki" (21). Czytamy w
niej:
"Pamięta ona wojnę, tą
pierwszą na świecie,
Gullweig w niej życie od
włóczni straciła
I gdy na Odinowym stosie
ciało jej spalano,
trzykrotnie spalona, po
trzykroć ożyła.
I jeszcze dotychczas żywa
w dalszym ciągu."
Gullweig była piękną i
lśniącą jak złoto wieszczką z rodu Wanów. Jej imię
pochodzi od st.isl. gull ="złoto" i veig = "napój"
a więc "Złoty Napój". Niektórzy badacze wywodzą
drugi człon jej imienia od st.isl. vig = "bój" albo
gockiego weibs ="wieś"(?). Jeszcze inni tłumaczą to
imię jako "Żądza Złota" i uważają ją za kobiecą
postać uosabiającą pożądanie bogactwa. Niekiedy określa się
ją jako hipostazę bogini Freji. Gullweig miała zostać wysłana
przez Wanów do Asów, by wzbudzić ich pożądanie. Zamach na
jej życie stał się przyczyną wojny. Mimo oporu Asowie ulegli
"żądzy złota". Wersy o potrójnym zmartwychwstaniu
Gullweig łączy się zazwyczaj z metalurgią złota, kolejnym
oczyszczeniem w ogniu.
Sądzę, że można
popatrzyć na ów problem nieco inaczej. Gullweig jest wieszczką,
którą nie można zabić gdyż odżywa po śmierci. Nie może
jej pokonać nawet najwyższy bóg Odin swą magiczną
włócznią.
Jakie czary zna ta kobieta? Złoto z racji swej rzadkości w
przyrodzie oraz innych właściwości jest jednym z
najcenniejszych metali. W wielu religiach symbolizuje nieśmiertelność.
Złote ciała mają bogowie, złote są nieba, złota jest broń
i narzędzia bogów. Gullweig posiada tajemnicę nieśmiertelności.
Kim lub czym jest zatem Złoty Napój? W następnej zwrotce
"Przepowiedni Wieszczki" nazywa się ją Heidi (st.isl.
Heidhr = "wiedźma"):
"Heidi ją zwano, gdy w domy
wchodziła:
Wieszczyć dobrze umiała
o_ogiem,
Czary rzucać umiała,
umysły omamiać,
Złym kobietom radość to
sprawiało."
A zatem wiedźma - szamanka, która działa na
korzyść "złych kobiet". O nich to właśnie mówi
zwrotka "Pieśni Najwyższego" (155). Odin chwali się:
"Pieśń dziesiątą
znam: gdy czarownicę ujrzę
Lecące
w powietrzu,
Wtedy
tak uczynię, że się zabłąkają,
Postaci
swej nie odnajdą,
I
nie odnajdą swej duszy".
Mówi się tu o czarownicach, które zostawiwszy
ciała w domach (= typowy szamański stan transowy), fruwały nad
ludzkimi zagrodami. Wierzono, że zaklęciem można było
spowodować, by nigdy nie odnalazły swoich domów oraz swych ciał.
Znane z późniejszych wieków, głównie z czasów renesansu,
bezlitośnie tępione przez Kościół i palone na stosach
czarownice europejskie, używały w tym celu specjalnych "maści
do latania" zawierających silnie środki halucynogenne.
Na Syberii już dość
dawno spostrzeżono, iż mocz wydalany po spożyciu grzybów
zawiera znaczące ilości aktywnych substancji halucynogennych.
Dlatego też stosując pierwotny recykling utylizowano go, pijąc
mocz i znów wpadając w trans, aż do zupełnego wyjałowienia
uryny. Pito mocz własny, lub rozdzielano go wśród pomniejszych
(uczniowie pili mocz swego mistrza - szamana, biedota mocz
bogaczy). Jedne z pierwszych relacji o tych zwyczajach
przekazali
m.in. Oliver Goldsmith (1762) i Filip von Strahlenberg oraz Józef
Gerard-Wyżycki (1845). Georg Steller (1774) tak relacjonuje o Korjakach, wśród których spędził kilka lat:
"Po upływie około
pół godziny osoba taka była kompletnie odurzona, doświadczając
niezwykłych wizji. Ci, którzy nie mogli sobie pozwolić na ten
stosunkowo drogi specyfik, pili mocz tych, którzy go jedli, po
czym zachowywali się tak samo jak odurzeni grzybem, o ile nie
byli bardziej odurzeni. Mocz wydaje się mieć większą moc od
samych grzybów i działa nawet na czwartą lub piątą w kolejności
osobę."
*****
W tym miejscu powróćmy
do mitów skandynawskich. Gullweig ("Złoty Napój"),
powód pierwszej wojny między Asami i Wanami,
była nieśmiertelna
tak jak indyjski Soma i irański Haoma oraz tak jak oni była
jasnowidząca. Kolor złoty to przede wszystkim
kolor moczu, w
którym znajdują się nierozkładalne przez ludzki organizm
substancje dające efekt halucynacji. "Złoty napój"
może być więc trzykrotnie przepuszczany przez ciało człowieka,
wydalany z moczem i znów pity. To samo jest dowodem na jego nieśmiertelność.
Jasnowidzenie Gullweig również ma związek z intoksykacją
muchomorami
czerwonymi. Została ona przebita magiczną włócznią Odina, co
również nie jest przypadkowe.
Bóg ten zwany był także
"Panem Włóczni" (geirs drótinn). Posiadał magiczną
dzidę Gungnir ("chwiejąca się", "kołysząca się")
zrobioną z gałęzi Drzewa Kosmicznego - Yggdrasill. Jej grot
hartowany w mleku, krwi, smole i miodzie pokrywały tajemne runy
mocy. Włócznią tą Odin zabijał wybranych wojowników w
bitwie, aby potem przyjąć ich u siebie w Walhalli. Broń ta
symbolizowała skondensowane Światło kosmiczne, przede
wszystkim - Światło
pioruna - błyskawicę. Analogiczną
symbolikę posiadały również włócznie bogów celtyckich, np.
boga Światła i wojny, Luga.
Odin uderza włócznią -
piorunem w Gulweig, lecz - co jest znamienne - nie może jej
uczynić żadnej krzywdy. Wręcz przeciwnie, wzmacnia ją. W
Europie,
Azji i Ameryce wiele mitów, przysłów, przedmiotów, określeń
językowych wiąże grzyby z burzą, gromem i błyskawicą. Często
mówi się o ich boskim pochodzeniem. Dość powszechnie wierzono,
że grzyb rośnie nie na skutek opadów deszczu lecz od uderzeń
pioruna. Przekonanie to istniało w Grecji, Rzymie, Indiach,
Kaszmirze,
Iranie, u arabskich Beduinów, na Dalekim Wschodzie, w
Oceanii,
oraz u meksykańskich Indian. W Ameryce Płn. na zachód od Gór
Skalistych twierdzono, że grzyb bezpośrednio rodzi się z
pioruna. Istnieje ścisły
związek grzybów z błyskawicą i bogiem Gromodzierżcą. W wielu baśniach i mitach
euroazjatyckich opowiada się, że tam gdzie uderzy piorun wyrośnie
muchomor czerwony (Amanita muscaria). Dodajmy, że indyjska Soma
jest właśnie dzieckiem boga burzy i matki Ziemi. Grzyby są
potomstwem Gromowładcy zrzuconymi z nieba i przemienionymi m.in.
w chtoniczne zwierzęta. Starogrecka nazwa jednego z rodzajów
grzybów znaczy dokładnie "uderzenie błyskawicy" i
ma związek z Zeusem Kerauniosem ("Gromodzierżcą"). U
wielu ludów grzyby zwane są także "diabelskimi,
czarcimi palcmi". "Czarcie strzały" to z kolei z
ludowa nazwa belemnitów, którymi Gromodzierżca porażał
swoich przeciwników. Tam gdzie istnieje związek grzybów z
gromem odbija się to już w samej nazwie grzyba (st.rus. "gromowik",
słow. "molnjena goba" = "grzyb błyskawicowy",
maoryski Whatitiri = "grzyb","piorun", chińsk. lejczincju_ "grzyb przestraszony piorunem",
lejszenczju_
- "grzyb grzmotu", mong. tienriin ku pri tiengri
=
"niebo" itd). Wierzono, że grzyby pochodziły z
boskiego nasienia i miały też związek z niebiańskim moczem.
Zostały włączone siłą w triadę idei "życie - śmierć
- płodność". Istniały w niebie jako boże dzieci. Rosły
na ziemi jako przeobrażone dzieci Gromowładcy. Łączyły
wszystkie sfery Kosmosu, niebo z ziemią.
Halucynogenny napitek nieśmiertelności
w części przygotowany z muchomorów czerwonych służył do
szamańskich podróży do nieba i piekła. Właśnie te grzyby
spełniały niekiedy funkcję bibilijnego Drzewa Poznania Dobra i Zła jak to
widać np. na fresku w kaplicy w Plaincourault
[XIII w..].
Na koniec dodajmy, że
muchomory
współwystępują w lesie z dębami, a te w wielu mitach różnych
ludów są
właśnie drzewami boga burzy i piorunów.
Znamienny jest również
związek Gullweig z ogniem, tak charakterystyczny np. dla
aryjskiej Somy. Ogień Odina to żar magiczny wypełniający ciało
wojownika podczas walki, którą toczy w stanie transu wojennego,
po spożyciu "złotego napoju". Gullweig jest zatem,
moim zdaniem, germańską wersją *saumy
(somy, haomy), świętego
indoirańskiego halucynogennego napoju.
Jeżeli prawdziwa jest
hipoteza łącząca twórców protocywilizacji megalitycznej z
Wanami znanymi z mitów północnogermańskich, to staje się
jasne, że wzorcowymi mistrzyniami wtajemniczeń były boginie
Wanów oraz ich ziemskie naśladowczynie - czarownice. W neolicie
musiało więc dojść do spotkania dwóch typów inicjacji
wojennych, gnozy "męskiej", z której w późniejszych
czasach rozwinęły się wtajemniczenia Odina, wielkiego szamana
wojennego i psychopomposa oraz starej gnozy "żeńskiej"
opartej na rytach płodnościowych. Najistotniejszym
celem owych obrzędów była zmiana świadomości a zarazem
osobowości adepta poprzez ujawnienie mu ukrytej "prawdziwej
rzeczywistości", jego misji kosmicznej, powołania oraz
przyszłego losu pośmiertnego.
Hipostazami halucynogennej
somy/haomy stali się bogowie - indyjski Soma i perski Haoma.
W
przypadku "złotego napoju" powstał obraz boginki -
czarownicy. Jako szamanka, Gullweig reprezentuje prastarą gnozę
Wielkiej Matki i z tej racji wchodzi w nieuchronny konflikt z
patriarchalną gnozą inicjacji Odina. Po mitycznej wojnie bogów
między Wanami a Asami oraz zawarciu pokoju, nastał czas współdziałania,
czas wzajemnego przenikania się ludzkich kultur i obyczajów. Po
zaakceptowaniu konkurencyjnych technik transowych, muchomory
czerwone włączono do kultu Odina a "złoty napój"
zaczęto
stosować w mrocznych inicjacjach berserkerskich
(wilkołackich).
Wywar z muchomorów pity przez berserków przed walką dawał
bowiem efekty dokładnie opisane w "Rigwedzie" i
"Aweście" (np. makropsja i mikropsja).
Społeczności pradziejowe
i tzw. prymitywne spożywały narkotyki podczas najważniejszych
uroczystości religijnych oraz w obrzędach przejścia (narodziny,
inicjacje, pogrzeb). Z czasem narkotyki zastąpiono napojami
alkoholowymi (miód, wino i piwo). Te ostatnie produkowane np. z
jęczmienia skażonego halucynogennym sporyszem. Badaczka E.
Bourguignon stwierdziła wręcz, że 90% spośród
rozpatrywanych przez nią 488 społeczności pierwotnych znało
zinstytucjonalizowane formy i metody zmieniania stanów świadomości.
środki te były niejako wmontowane w owe kultury i miały
sankcje religijne.
Halucynogeny zawsze
odgrywały szczególną i ogromną rolę w obrzędowości i
sztuce religijnej. Początkowo użytkowano je nie dla własnej,
czczej przyjemności oraz doznawania "odjazdowych wizji",
lecz wyłącznie w celu kontaktu z niewidzialnym światem bogów,
duchów i zmarłych przodków. O tych wewnętrznych przeżyciach
ludzi pierwotnych mówi nam ich sztuka: malowidła, rzeźby,
ornamentyka naczyń i narzędzi. Sztuka zamierzchłych epok
zrodziła się z głębokich, wstrząsających doświadczeń
psychicznych, które wymagały uzewnętrznienia, zadokumentowania
ich religijnej doniosłości. Nikt bezkarnie nie odważył się
wkraczać do krainy duchów, w mroczne głębiny własnej podświadomości.
W późniejszych wiekach
środki psychotropowe miały również niemały wpływ na wielkie
procesy społeczne - rewolty i polowania na czarownice. Od
niepamiętnych czasów są one źródłem wielu baśniowych
motywów. Mało kto wie, ze elfy, gnomy a przede wszystkim
krasnoludki, ukochane postacie naszego dzieciństwa, to efekt
zjedzenia muchomorów.
Zjawisko mikropsji i makropsji
wykorzystał Daniel Defoe w swoich opowieściach o przygodach Guliwera. Efekty te zostały doskonale opisane przez Lewisa
Carrolla (tj. Ch.L.Dodgsona) w "Alice's Adventures in
Wonderland" oraz "Though the Looking Glass" (tłum.
polskie "Alicja w Krainie Czarów" i
"Co Alicja
widziała po drugiej stronie lustra" ). Zacytujmy fragment
dla przykładu:
"Po minucie lub dwóch Gąsienica wyjął z
ust cybuch nargili, ziewnął raz czy dwa razy i otrzasnął się.
Później zszedł z grzyba i odpełznął pośrod trawy, rzucając
tylko w przejściu: - Jedna strona uczyni cię wyższą, druga
strona uczyni cię niższą.
-"Jedna
strona czego? Druga strona czego?" - pomyślała Alicja.
-
Grzyba - powiedział Gąsienica, zupełnie jak gdyby usłyszał
to wypowiedziane na głos; jeszcze chwilka i zniknął jej z oczu.
[...] oderwała ząbkami odrobinkę z kawałka trzymanego w
prawej ręce, żeby spróbować, jaki to da wynik. W następnej
chwili poczuła gwałtowne uderzenie w podbródek: uderzyła nim
we własną stopę!" [...] Brodę miała tak mocno przyciśniętą
do stopy, że nie było już niemal miejsca do otwarcia ust, ale
dokonała tego wreszcie i zdołała połknąć część kawałka
trzymanego w lewej ręce.
-
No, w końcu uwolniłam głowę - powiedziała Alicja uradowanym
głosem, w którym pojawiła się jednak po chwili nutka trwogi,
gdy odkryła, że nigdzie nie może dostrzec własnych ramion:
spoglądając w dół widziała tylko niezwykłej długości szyję,
która jak łodyga wznosiła się z leżącego daleko w dole
morza zielonych liści".
(tłum. M.Słomczyński).
***********************************************************
Demitologizacja przyrody i
desakralizacja świata nie uwolniły współczesnego człowieka
od stresów. To co przez tysiąclecia służyło religii dziś
wymknęło się niestety spod kontroli w naszej racjonalistycznej
cywilizacji. Narkomania stała się ciężką chorobą i śmiertelnym
zagrożeniem dla milionów mieszkańców planety Ziemia.
|